W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Donata, Gizeli, Łukasza , 17 lutego 2019

Zasługują ci ludzie na lepsze warunki

2019-01-16

Rozmowa z dr Ewą Pawlak, dyrektor Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta

medium_news_header_23767.jpg

- Zainteresowanie promocją albumu ,,Waldemara Kućki spacer po Gorzowie’’ było ogromne. Spodziewała się pani, że zabraknie książek dla wszystkich chętnych?

- Byłam przygotowana, podobnie jak cała załoga naszego muzeum, że odwiedzi nas sporo gorzowian, ale że aż tak dużo, to nie. Spotkanie autorskie pokazało, że nasi mieszkańcy interesują się przeszłością i dla nich była to sentymentalna podróż po dawnym Gorzowie. Dla mojego pokolenia z kolei takie publikacje stanowią wartość poznawczą. Osobiście nie pamiętam Gorzowa z czasów zaprezentowanych na zdjęciach Waldemara Kućki. Z wielkim zainteresowaniem przeglądam jednak te fotografie, tym bardziej że Gorzów nie jest moim rodzinnym miastem. I zanim jeszcze rozdaliśmy ostatnie egzemplarze już pomyślałam sobie, co teraz powinniśmy zrobić? Z jednej strony warto postarać się o dodatkowe pieniądze na dodruk kolejnych kilkuset egzemplarzy, z drugiej już należy pomyśleć o drugiej części, bo tych zdjęć jest bardzo dużo. Podobnie myśli autor publikacji Lech Dominik. Do tego są potrzebne środki finansowe, o które zawsze jest najtrudniej. Mam nadzieję, że w ramach Nadwarciańskiego Towarzystwa Upowszechniania Dziedzictwa Kulturowego uda się potrzebne pieniądze pozyskać.

- Co było najtrudniejsze w przygotowaniu publikacji?

- Najpierw skanowanie negatywów, ponieważ jest to żmudna praca, a potem wybór zdjęć. Była to zespołowa praca. Mamy zeskanowanych 15 tysięcy negatywów prezentujących fotografie Waldemara Kućki. Na razie wykorzystaliśmy zaledwie 340. Zostały one pogrupowane tematycznie w sześciu rozdziałach. Jeszcze inną trudność stanowiło rozpoznanie niektórych miejsc. Poprosiliśmy o pomoc znanego gorzowskiego rysownika Romana Picińskiego, który zna chyba każdy ważniejszy detal w mieście.

- Jak zachęciłaby pani gorzowską młodzież, żeby też sięgnęła po ten album, jeśli tylko będzie taka możliwość?

- Jestem przekonana, że warto to uczynić. Nie tylko ze względu na poznanie dawnych walorów naszego grodu. Myślę, że młodzież powinna obejrzeć te zdjęcia, żeby zobaczyć, jak kiedyś było trudno zrobić profesjonalną fotografię. Nie wystarczył tylko dobry aparat. Trzeba było wiedzieć, jak zrobić dane ujęcie, uchwycić optymalny moment naciśnięcia migawki. Potem jeszcze trzeba było wywołać film i zrobić odbitki. To też wymagało dużej wiedzy i doświadczenia. Dzisiaj wystarczy wyjąć telefon i codziennie można zrobić po kilkanaście zdjęć. Pytanie, czy dobrych? Uważam, że fotografie Waldemara Kućki mogą inspirować i zachęcać do nauki.  Bo jak się patrzy na te zdjęcia, to chwilami ma się wrażenie, że jest się w środku akcji, którą on wybrał.

- A teraz o czymś innym. Pani dyrektor, Muzeum dostało całkiem pokaźny zastrzyk na remont Młynarzówki w Bogdańcu. Ile?

- Dostaliśmy 6,7 mln zł.

- Jakim cudem udało się dostać te pieniądze?

- To nie cud. Muzeum któryś raz z kolei składało wniosek o dofinansowanie i tym razem udało się w końcu pozyskać pieniądze. Dokładnie jest to 5,7 mln zł z Regionalnego Programu Operacyjnego, a jeden milion gwarancji na wkład własny z budżetu województwa lubuskiego.  I to jest cała kwota, którą przeznaczymy na kompleksowy remont zagrody młyńskiej. Nie obywa się bez problemów. Jesteśmy ofiarami rynku usług budowlanych, ponieważ w pierwszym przetargu nie udało nam się wyłonić wykonawcy. A to ze względu na wyższe ceny. Ogłosiliśmy drugi przetarg, zobaczymy, co wyjdzie.

- Co chcecie zrobić w Młynarzówce?

- Wszystko. To ma być generalny, kompleksowy remont głównego budynku młyna oraz przyległych budynków gospodarczych. Oprócz robót budowlanych od piwnic po dach to jeszcze chcemy odtworzyć koło młyńskie. Tak naprawdę jest to ratowanie zabytku. Proszę pamiętać, że od 2007 roku jest tam taki poważny stan zagrażający życiu, i dlatego tylko część jest udostępniona do zwiedzania.

- Wobec tego co pani powie gorzowskim przedszkolakom, które tam hurtem jeżdżą, żeby masło ubijać oraz chleb na liściu kapusty piec?

- Przede wszystkim poproszę ich o cierpliwość na ten czas, kiedy będziemy remontować młyn. Szczęściem, teraz jest sezon zimowy, więc przedszkolaki nie przyjeżdżają. Jednak gdy nadejdzie sezon – zrobi się ciepło, to niestety będziemy musieli się tłumaczyć wszystkim placówkom edukacyjnym, które przyjeżdżały do nas po to, aby zwiedzić skansen oraz skorzystać z warsztatów pieczenia chleba. Będziemy prosić właśnie o cierpliwość. Bo za dwa lata zaprosimy ich, może już jako uczniów szkół, do zupełnie zmienionego młyna. Co więcej, będzie można realizować zadania edukacyjne wewnątrz, bo projekt przewiduje wygospodarowanie tam miejsca na salę edukacyjną.

- Na czym polega fenomen tego miejsca? Na jego położeniu? Architekturze? Przyrodzie? Gorzowianie uwielbiają tam jeździć.

- To jest złożoność kilku czynników. Po pierwsze Młyn ma wyjątkowe położenie geograficzne oraz walory przyrodnicze, bo położony jest bezpośrednio przy Obszarze Chronionym Natura 2000 na terenie parku kulturowego. Dodatkowo jest położony w Dolinie Trzech Młynów, nad piękną rzeczką Bogdanką, z wielką ilością bobrów. Drugim atutem jest historia tego miejsca. Przecież ten młyn ma około 200 lat. Tam naprawdę mieszkał młynarz, który naprawdę mielił mąkę, tu tętniło życie. A po trzecie to jest zabytek, dziedzictwo, o które musimy dbać. To wszystko sprawia, że czujemy się w tym miejscu jak w domu, przed laty. Zapominamy o całym wirtualnym świecie. O tych szybkich technologiach, nowoczesności.

- A ja miałam nadzieję, że doda pani jeszcze ducha, który ponoć tam mieszka i jeszcze potrafi straszyć.

- (śmiech) A tego jeszcze nie wiem. Inna sprawa, że tam jest wyjątkowy duch gościnności. Tam jest duch i zapach pieczonego chleba. Skoro pani mówi, że tam jest duch straszący, to go poszukamy.

- A teraz trochę zmienimy temat. Jest pani półtora roku dyrektorem Muzeum. Jednak wcześniej była pani dyrektorem miejskiej kultury, wydziału kultury dokładnie. Jak pani teraz patrzy na gorzowską kulturę?

- Staram się współpracować ze wszystkimi i na każdym polu. I taka współpraca jest. Nie tylko pomiędzy instytucjami, które podlegają pod Urząd Marszałkowski. Na pewno z wydziału kultury, którym zarządzałam, wyniosłam ogromne doświadczenie. Nadzorując instytucje kultury z tego formalnego punktu widzenia, poznałam całą kuchnię ich działania. Jeśli chodzi o gorzowską kulturę, to myślę, że ona się wcale tak źle nie ma.

- Gdyby przyszło pani podejmować dziś decyzje, jakie pani wówczas podjęła, zwłaszcza o likwidacji różnych placówek kultury w mieście, uczyniłaby pani tak samo?

- Decyzje podejmuje się w określonym miejscu i określonym czasie pod wpływem czynników, które wówczas występują. Na pewno do tamtych decyzji, które wówczas były podejmowane, ja byłam przekonana. I myślę, że teraz, po latach, po różnych rozmowach z ludźmi wychodzi to, że niektórzy po latach dopiero zrozumieli, dlaczego tak to musiało wyglądać. Natomiast dziś trudno się odnosić do tego, co wydarzyło się pięć lat temu. Przecież to, co się działo w Klubie Nauczyciela czy Domu Kultury Małyszyn, nie umarło. To cały czas się dzieje.

- Ale umarł Lamus.

- Proszę pamiętać, że Lamus wcale nie był zlikwidowany, Lamus został wcielony do innej placówki. I to taki paradoks może, bo to, co robili nauczyciele w Klubie Nauczyciela, robią z takim samym skutkiem w Klubie Jedynka. Podobnie jest z działaniami, jakie były w Grodzkim Domu Kultury – one przeszły do Miejskiego Centrum Kultury. Tak więc życie tych polikwidowanych instytucji jednak jest prowadzone. A Lamus – osoba, która była dyrektorem, pracuje dalej w Miejskim Ośrodku Sztuki. Ale trudno mi się do tego odnieść, bo potem już tego wszystkiego nie śledziłam. No i nie chciałabym się wypowiadać na ten temat obecnie.

- Pani dyrektor, znów się rozgrzewa, jeśli chodzi o gorzowską kulturę. Powstały bowiem plany przenosin różnych instytucji, ale i szkół w inne miejsca. Myśli pani, że to mogą być sensowne działania? Mam na myśli przenosiny Młodzieżowego Domu Kultury do odzieżówki na Śląską.

- Jestem zwolenniczką takiej tezy, że jeśli cokolwiek zmieniać, to nie dla samej zmiany, tylko po to, aby ta zmiana przyniosła jakąś korzyść. Jakąkolwiek. Nie znam dokładnie planów miasta, jeśli chodzi o przenosiny, jeśli przenieść, to w lepsze warunki, albo po to, aby skuteczniej działać. Takie powinno być założenie każdej zmiany, i takie też były tamtych zmian, które ja nadzorowałam. Nie zawsze to się w praktyce w 100 procent udaje, często się popełnia błędy. Przecież nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Na pewno Młodzieżowy Dom Kultury, kiedy jak pracowałam w Urzędzie Miasta, już wówczas nie miał najlepszej bazy. Trzeba też pamiętać, że to placówka edukacyjna i podlega pod wydział edukacji. Ja tam bywałam przy różnych okazjach. Budynek dodatkowo dzielony jest ze Szkołą Muzyczną I stopnia. Zasługują ci ludzie na lepsze warunki.

- Zatem czas wrócić do muzeum. Placówka zaistniała w świadomości ludzi. Czyżby dlatego, że otworzyliście się w soboty?

- Myślę, że nie tylko. My zaczęliśmy bardzo intensywnie informować, co się u nas dzieje. My przecież nie robimy tego dla siebie, tylko dla ludzi właśnie. I jeśli nie powiemy o tym głośno przez media społecznościowe czy tradycyjne lub naszą stronę internetową, to ludzie się zwyczajnie o tym nie dowiedzą. A muszą się dowiedzieć po to, żeby tutaj przyjść. Podam przykład. Sama liczba polubieni na Facebooku. Półtora roku temu mieliśmy około 700 polubień naszego profilu. A w tej chwili jest już ponad 1500, czyli podwoiła się liczba. Chcemy bowiem docierać do jak największej liczby mieszkańców.

- Początek 2019 roku, a już mamy coś na kształt bomby, którą raczej trudno będzie przebić. Mam tu na myśli album z fotografiami Waldemara Kucki i tłumy na promocji. Planujecie podobne bomby w tym roku?

- Trochę tak. 30 stycznia mamy Dzień Pamięci i Pojednania. Nasza ukochana Carla Mueller, która była nie tylko prawnuczką Gustawa Schroedera, ale wielkim mecenasem naszego muzeum, przekazała do naszych zbiorów na chwilę przed śmiercią rok temu swój niezwykły zbiór porcelany francuskiej. To prawdziwy wyjątek. To jest coś, czego w muzeum nie mieliśmy nigdy. I właśnie w Dzień Pamięci i Pojednania otworzymy wystawę tej porcelany. Myślę, że to może być stała wystawa. Będzie ona na I piętrze, w jednym z takich pomieszczeń, w których Carla mieszkała jako dziecko, gdzie rodzina mieszkała, bo pokoje na parterze miały charakter oficjalnych, reprezentacyjnych pomieszczeń. Potem też szykujemy coś niezwykłego, czyli specjalną wystawę poświęconą kręgowi Arsenał.

- Czyli będzie się działo.

- Oj tak.

- Bardzo dziękujemy za rozmowę.

Renata Ochwat, Robert Borowy