W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Borysa, Magdy, Marii-Magdaleny , 25 maja 2019

Czas przejazdu tramwaju będzie dłuższy niż przed remontem

2019-02-13

Z Grzegorzem Musiałowiczem, społecznikiem i byłym radnym, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_24012.jpg

- Przestał pan być radnym. Jak teraz wygląda pana dzień?

- Mam znacznie więcej wolnego czasu. Staram się go przeznaczyć przede wszystkim dla siebie, dla rodziny, dla znajomych. Przyznaję, niestety, że niektórych przez te cztery lata kadencji zwyczajnie zaniedbałem. I bardzo mi z tego powodu przykro.

- A nie było panu żal, że mimo iż został pan najpopularniejszym samorządowcem roku, to jednak nie udało się wejść na kolejną kadencję do Rady Miasta?

- Może po prostu mieszkańcy potrzebowali trochę świeżej krwi. Ale też każdy, kto kandyduje, musi się liczyć z tym, że może ponieść porażkę. Na pewno spodziewałem się lepszego wyniku. Na moim przykładzie widać, że mieszkańcy chyba nie do końca wiedzą, na czym polega funkcja radnego. Radny to nie jest ktoś, kogo wybiera się do urzędu, kto w tym urzędzie siedzi za biurkiem. Jest to osoba działająca wśród mieszkańców i w ich imieniu. Reprezentuje ich wobec urzędu i prezydenta, i dzięki tej pozycji może wiele spraw rozwiązać. I to nawet w sytuacji, kiedy jest radnym z opozycji. Ja myślę, że około połowy, jeśli nie więcej, spraw mieszkańców udało mi się pomóc rozwiązać. Zarówno spraw zgłaszanych przez nich, jak i tych podejmowanych z własnej inicjatywy.

- Przygląda się pan temu, co się dzieje w mieście?

- Oczywiście, aczkolwiek z racji tego, że nie jestem radnym, nie mam już dostępu do wielu informacji, tak że o wielu rzeczach dowiaduję się albo znacznie później, albo wcale.

- A co pana interesuje najbardziej?

- Kwestie dotyczące planu transportowego. Widzę bowiem dużo optymizmu w urzędzie, że wszystko nam się uda, że za kilka miesięcy ruszą tramwaje. Patrząc na to, co się dzieje, chyba nie tylko ja mam coraz więcej obaw. Również piszą do mnie w tej sprawie zatroskani mieszkańcy. Pamiętam w połowie minionej kadencji bardzo częste spotkania zespołu transportowego, w którym samorzutnie uczestniczyłem. Potem te spotkania praktycznie przestały się odbywać i zapanował na długi czas marazm. Dziś obserwuję to z nieco innej pozycji, ale wciąż spotykam się z mieszkańcami i podzielam ich troskę.

- Czego panu tak naprawdę jest najbardziej żal? Czego pan nie zdążył zrobić?

- Przede wszystkim nie udało się utworzyć ośrodka dla osób uzależnionych od dopalaczy. Mogliśmy naśladować w tym inne miasta, ale nie zdążyłem nawet w tej sprawie złożyć interpelacji. Zaniedbaliśmy też kwestie czystości powietrza, mimo że inne miasta podeszły do tych zagrożeń znacznie bardziej odpowiedzialnie. Smog skraca nam życie, zwiększa liczbę chorób układu oddechowego, a my to nadal lekceważymy. Poza tym nie udało mi się przeforsować kilku zmian w planie transportowym, co moim zdaniem ograniczy rozwój komunikacji w mieście. Chodzi o kwestie umiejscowienia przystanków dla wygody pasażerów, a szczególnie  tego, że wpuściliśmy się w pojedyncze torowiska. To spowoduje, iż czas przejazdu tramwaju będzie dłuższy niż przed remontem. Dla mnie największym rozczarowaniem jest pojedynczy tor na Sikorskiego i Kostrzyńskiej oraz archaiczne mijanki w rejonie osiedla Słonecznego. Uważam to za totalny niewypał. Takich dziwacznych rozwiązań nie stosuje dziś już żadne polskie miasto. Moim zdaniem tramwaje z takimi ograniczeniami nie będą już tak punktualne jak przed przebudową. Przy tym układzie jest to niemożliwe.

- To jak ocenia pan budowę kolejnego deptaka, tym razem w ulicy Sikorskiego?

- My jako klub radnych nie byliśmy przeciw wyłączaniu z ruchu kołowego pewnych ulic, bo jest to przyszłość dla miasta – jeśli ma się ono rozwijać, jeśli ma być przyjazne dla mieszkańców. Jednak kontrowersyjna decyzja prezydenta to było takie chirurgiczne cięcie, bez żadnych konsultacji społecznych, bez próby zbadania, jak to wpłynie na płynność ruchu. Nie było testowego zamknięcia tego fragmentu ulicy choćby na kilka tygodni, żeby zobaczyć, jak ten ruch będzie wyglądał. A kiedy już padła kwestia, że robimy deptak, to pojawiły się pomysły, że może wpuścimy tam autobusy MZK. A potem, że w razie potrzeby przywrócimy ruch drogowy. Brakuje konsekwencji. Albo robimy deptak, albo go nie robimy. Deptak tam będzie. Jak on wpłynie na miasto? Ja mam nadzieję, że pozytywnie. Natomiast, aby zachęcić mieszkańców do korzystania z transportu publicznego, nie należy zaczynać od deptaków, lecz od dobrej komunikacji miejskiej, przyjaznej mieszkańcom. Tymczasem my od kilkunastu lat ograniczamy jej znaczenie poprzez zmniejszanie liczby kursów czy likwidację niektórych linii. Przypomnę, że była też koncepcja, aby Gorzów zupełnie pozbawić transportu szynowego i wszystkie linie tramwajowe zastąpić autobusami. Moim zdaniem było to krótkowzroczne myślenie, bo skoro będziemy mieć dwa deptaki, to jedynie możliwość dojazdu tramwajem spowoduje, iż te miejsca ożyją. Gdybyśmy z tramwajów zrezygnowali, to deptaki kompletnie byłyby pozbawione możliwości dojazdu.

- A co się panu udało podczas kadencji radnego?

- Na pewno udało mi się pomóc mieszkańcom w wielu indywidualnych sprawach, z jakimi się do mnie zwracali. Udało mi się np. doprowadzić do obniżenia o połowę czynszu za mieszkania komunalne, samodzielnie remontowane przez nowych najemców. Ważne było też zamontowanie siedmiu nowoczesnych sensorów smogowych. To jest jednak akurat działanie, które tak naprawdę powinien podjąć urząd, tak jak w Rybniku czy Tomaszowie Mazowieckim. Moim zdaniem rolą urzędu nie jest chwalenie się, co nowego się udało, ale stałe dbanie o miasto i mieszkańców. Tymczasem u nas, jeżeli zrobi się nawet coś nowego, jest hałas i chwalenie się, a po jakimś czasie wszyscy o tym zapominają. I jeśli coś się zniszczy, to rzadko kto kwapi się do naprawy. Jedynym miejscem, takim oczkiem w głowie, o które się dba, jest bulwar nadwarciański. Reszta nam powoli niszczeje. I temu się sprzeciwiałem.

- A jakiś przykład na te zaniedbania, zapominanie?

- Proszę bardzo. Zniszczone znaki drogowe w mieście. Przecież nikt ich nie odtwarza. Proszę spojrzeć na Rondo św. Jerzego. Tam był drogowskaz z kierunkami jazdy, trzy inne znaki, a dziś nie ma żadnego. Zdewastowane, pobazgrane przejścia podziemne na Piłsudskiego, Górczyńskiej czy Jagiełły. Nikt się tym w mieście nie przejmuje, nikt o to nie dba, bo po co.

- Będzie pan kandydował kolejny raz? Zawalczy pan o mandant radnego w kolejnej kadencji?

- Za wcześnie, żeby o tym mówić. Niczego nie wykluczam, bo w życiu spotykają nas różne propozycje, czasami dość niespodziewane. Może się okazać, że za pięć lat, kiedy będą następne wybory, mnie w Gorzowie może już nie być. Nie ukrywam, że z dwóch różnych miast w Polsce dostałem ciekawe propozycje pracy dla ich urzędów i było to jeszcze pod koniec trwającej kadencji. Przyznam, że się dość poważnie zastanawiałem, bo to były propozycje konkretnej pracy. Nie chcę mówić o szczegółach, ale raz jeszcze podkreślę – różne rzeczy mogą się w życiu jeszcze wydarzyć.

- Ale pan nie był tylko radnym, przecież cały czas działa pańskie stowarzyszenie na rzecz Zawarcia.

- Kiedy zostałem radnym, to stowarzyszenie chyba na tym nieco straciło, gdyż miałem mniej czasu na działanie w nim. Obecnie udzielam się mocno w Komitecie Rewitalizacji Zawarcia, które obejmuje dwie strefy rewitalizacji, czyli fragmenty Zakanala i Zamościa. I moim zdaniem z wszystkich trzech komitetów nasz działa najprężniej, choć to w Śródmieściu planowana jest większość nakładów finansowych. Tymczasem także osiedle Słoneczne potrzebuje zdecydowanych działań. Centrum jakoś sobie daje radę, ale to osiedle, jako najstarsze w mieście peerelowskie blokowisko, ma najwięcej problemów społecznych. Z różnych powodów i z centrum, i z tego osiedla wyprowadzali się od lat mieszkańcy bardziej zamożni, lepiej przystosowani, którzy szukali lepszych warunków do życia. Stąd nastąpiło skumulowanie się w tych strefach osób starszych czy uboższych, mniej przystosowanych i narastanie tam problemów społecznych. Rewitalizacja ma temu przeciwdziałać, wyprowadzić takie miejsca z kryzysu. I po to miały być te komitety, aby problemom się przyglądać i pomagać je rozwiązywać.

- Jednym słowem, pasji społecznikowskiej nie da się odłożyć na półkę, nawet jak się przestaje być radnym?

- Oczywiście, że nie. Jedno z drugim może być powiązane, ale wcale nie musi. Działam, bo lubię, bo mam to we krwi, bo tego potrzebuję. I widzę w naszym mieście wciąż wiele nierozwiązanych problemów, z którymi musimy się jak najszybciej uporać.

- Dziękuję za rozmowę.