W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jadwigi, Leonarda, Teresy , 15 października 2019

Najważniejsze są jak najwyższe zwycięstwa na własnym torze

2019-03-20

Ze Stanisławem Chomskim, trenerem żużlowców truly.work Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_24302.jpg

- Zanim porozmawiamy o zbliżającym się sezonie wyjaśnijmy, na czym polegają i jak ważne są przygotowania zimowe?

- Jeżeli chodzi o teorię sportu, to w każdej dyscyplinie pewne przygotowania są do siebie zbliżone. Po okresie startowym następuje tak zwany okres przejściowy, niektórzy nazywają to roztrenowaniem. Chodzi o to, żeby w sposób łagodny obniżyć poziom sportowy, by organizm mógł się zregenerować. W razie potrzeby, w tym okresie leczy się ponadto wszelkie mikrourazy i generalnie wypoczywa. W przypadku gorzowskich żużlowców od lat przyjmujemy, że ten czas odpoczynku powinien trwać do końca listopada.

- Z ilu etapów składają się przygotowania?

- Zaczynamy na początku grudnia i ten podział składa się, umownie mówiąc, z czterech etapów. Pierwszy to okres przygotowania ogólnego, potem wchodzimy na pracę ukierunkowaną i specjalistyczną. Pierwsze dwa etapy wiążą się z zajęciami fizycznymi, natomiast trzeci z pracę ze sprzętem oraz jazdą na motocyklach crossowych, ale też innymi zajęciach związanymi z wyrobieniem szybkości, gibkości, refleksu. Ostatnim etapem jest okres przedstartowy, w którym właśnie się znajdujemy.

- Dlaczego pierwsze jazdy na torze odbywają się indywidualnie?

- Zawsze należy rozpoczynać od jazd indywidualnych, celem których jest przypomnienie techniki ułożenia ciała na motocyklu oraz zaadaptowanie partii mięśniowych do określonego rodzaju wysiłku. Zawodnicy nie mają z tym oczywiście większego problemu, ponieważ po wcześniejszej pracy fizycznej organizmy zawodników są bardzo wydolne. Z każdym kolejnym treningiem zwiększa się im stopień trudności poprzez ciągłą jazdę przez kilka okrążeń, potem w dwójkach, czwórkach i wreszcie spod taśmy. Jak już zawodnicy są odpowiednio przygotowani zaczynają się jazdy kontrolne i sparingi.

- Na którym etapie zawodnicy zaczynają się skupiać na testowaniu sprzętu?

- To zależy od zawodnika, ponieważ po półrocznym powrocie na tor każdy musi przypomnieć sobie czucie pracy motocykla. I kiedy dopiero wyczuje go zaczyna analizować, co należy poprawić, na co zwrócić uwagę. Korzystanie z wcześniejszych doświadczeń nie zawsze może przynieść oczekiwany efekt. To co idealnie pasowało w poprzednim sezonie wcale nie musi sprawdzić się w nowym. Mógłbym podać wiele przykładów, że komuś jeden silnik sprawował się rewelacyjnie pod koniec sezonu, a na początku nowego stracił wszystkie atuty, pomimo, że nic nie było ruszane. Wpływ na takie sytuacje ma wiele rzeczy, poczynając od wilgotności materiału, temperatury otoczenia czy składu nawierzchni. Dlatego prace nad dopasowaniem sprzętu zawodnicy rozpoczynają z chwilą, kiedy już dobrze czują się na motocyklu po zimowym powrocie na tor.

- Już w pierwszych dniach marca w wielu ośrodkach trenowano, pan jednak nie przyśpieszał wyjazdu zawodników na gorzowski tor. Dlaczego?

- Pogoda na przełomie lutego i marca rzeczywiście nas miło zaskoczyła, ale nie chcieliśmy niczego robić na siłę, ponieważ wcześniej mieliśmy rozplanowane sprawy z przygotowaniem samego obiektu. Nie tylko w zakresie torowym, ale także przygotowania bandy kinetycznej, którą wykonywała firma zewnętrzna. Oczywiście, że można było wszystko na siłę przewrócić do góry nogami, ale nie miało to większego sensu. Zawodnicy, którzy byli przygotowani do wyjazdu na tor i bardzo ich korciło do tego wyjazdu poradzili sobie, jadąc na pierwsze zajęcia do Wittstocku, potem w szerszej grupie pojechaliśmy do Ostrowa. Inni zaś realizowali swój plan treningowy i nie chcieli go rozbijać szybszym wyjazdem.

- Pogoda w pierwszej połowie marca nie była najlepsza i przez to nie udało się wyjechać w Gorzowie na tor. To opóźnienie może mieć wpływ na przygotowanie zespołu?

- Rezerwa czasowa jest cały czas, ale najważniejsze w tym wszystkim jest zawsze to, że jak ktoś już zacznie trenować na torze, musi to czynić systematycznie. Przez to niektórzy opóźniają takie wyjazdy, woląc trenować na motocyklach crossowych. Inni, jak Bartek Zmarzlik, chcieli szybko to uczynić nie po to, żeby pokręcić sobie kółka, ale żeby być przygotowanym do jazdy na najwyższym poziomie jak najszybciej. Skoro w Gorzowie nie mieliśmy najlepszej pogody to każdy radził sobie jak mógł. Duńczycy trenowali w Gorican, Zmarzlik z Woźniakiem pojechali do Krsko, Kasprzak jeździł w Opolu. Pod tym względem nie ma żadnych opóźnień, a teraz wyjeżdżamy na tor w Gorzowie i kontynuujemy treningi już u siebie.

- Gorzowskich kibiców bardzo interesują nowe nabytki klubu. Jak zaaklimatyzowali się Peter Kildemand i Anders Thomsen w naszym zespole i czy będą dobrze przygotowani do rozgrywek ligowych?

- Co do aklimatyzacji to raczej tutaj problemów nie widzę, podobnie jeżeli chodzi o przygotowanie fizyczne. Natomiast najważniejsze w ich przypadku będzie przygotowanie sprzętowe. Można wydać sporo pieniędzy i, mówiąc kolokwialnie, nie trafić w sprzęt. Można także nie mieć odpowiedniego czucia, o którym wspomniałem, żeby dostroić motocykle do odpowiednio wysokiego poziomu. Powiem wprost, że cały czas się poznajemy, ważna jest ponadto komunikacja w drużynie. Dlatego bardzo ważna będzie tutaj rola innych zawodników, w tym Krzyśka Kasprzaka, Szymka Woźniaka i nowego kapitana Bartka Zmarzlika. Uczulałem ich, żeby w każdym momencie starali się pomóc chłopakom, choć musimy pamiętać, że żużel jest sportem indywidualnym i każdy jest rozliczany osobno. Przez to praktycznie wszystko będzie zależało od nich.

- Wierzy pan w Kildemanda, który po świetnych sezonach najpierw w Częstochowie, potem w Rzeszowie, wpadł w duże turbulencje i od kilku sezonów nie spełnia pokładanych w nim nadziei.

- Dla niego jest to chyba ostatni sezon, w którym może wysłać sygnał do środowiska żużlowego, że jest nie tylko zawodnikiem na miarę PGE Ekstraligi, ale i posiadający duże ambicje sportowe, sięgające ponownej walki o miejsce w Grand Prix.

- Co mogło być przyczyną, że zawodnik o sporych umiejętnościach tak się zablokował, że od kilku sezonów nie może pokazać swojej dużej wartości?

- Powodów może być sporo i nie chciałbym tutaj spekulować. Powiem tylko tyle, że każdy zawodnik będący w danym środowisku musi czuć się jego częścią. Jeżeli poczuje, że jego obecność ma istotny wpływ na jakość funkcjonowania drużyny łatwiej będzie mu dać z siebie maksimum. W innym przypadku szybciej się zniechęca, traci motywację. To zresztą dotyczy każdej dziedziny życia, nie tylko sportu. Oczywiście problemy akceptacyjne mogą brać się także ze słabej formy sportowej. Przez to sytuacja szybko staje się złożona i najlepiej rozwiązuje się ją w praktyce. Najwięcej zależy od samego zawodnika i jego podejścia, chęci. Jeżeli Kildemand wykaże takie chęci to wierzę, że pomożemy mu powrócić na wysoki poziom.

- Anders Thomesen jeszcze trzy lata temu na równi walczył z Bartkiem Zmarzlikiem o indywidualne mistrzostwo świata juniorów. Nie zdecydował się jednak wtedy na starty w PGE Ekstralidze, co zapewne zahamowało jego karierę. Stać go jeszcze na osiągnięcie poziomu zbliżonego do aktualnego wicemistrza świata?

- Potencjał ma, ale musimy pamiętać, że Duńczycy jako nacja żużlowa, w tej chwili przechodzą pewien kryzys. Wynika on z bardzo mocnego obniżenia poziomu sportowego w kraju. Liga tam straciła na jakości, coraz mniej drużyn w niej startuje. Brakuje pieniędzy, sponsorów i trudno zawodnikom jest się wybić. Thomsen bardzo chciał się przebić do czołówki światowej, ale jego starty w Polsce szybko pokazały mu, że do wszystkiego musi dochodzić powoli. Dopiero po trzech sezonach spędzonych w Nice 1. Lidze Żużlowej dojrzał do tego, żeby spróbować sił w PGE Ekstralidze. Przed nim trudne zadanie poznania nowych torów i podjęcia walki z najlepszymi na świecie. Sprzętowo poradzi sobie, bo poza grupą walczącą o mistrzostwo świata reszta ma podobne silniki, choć często bywa, że to sprzęt buduje i sprzęt rujnuje zawodnika. Myślę, że najwięcej będzie zależało od samego jego podejścia. Osobiście bardzo liczę na niego, ale zobaczymy na torze, co wniesie on do drużyny.  

- Zgodnie z wcześniej przyjętym planem do pierwszego meczu ligowego zespół ma mieć dwa sparingi z MrGarden GKM Grudziądz, wspólne treningi z Vetlandą oraz start w memoriale Edwarda Jancarza. Czy może to się zmienić?

- Wiosną sytuacja zawsze jest dynamiczna, a decyzje mogą zapadać z dnia na dzień. Zobaczymy jak to się wszystko ułoży. Na pewno nie będziemy siedzieli z założonymi rękoma. Myślę, że jeszcze przed wyjazdem do Częstochowy wspólnie potrenujemy na obcym torze, prawdopodobnie w Ostrowie, może zaliczymy jakiś dodatkowy sparing. Podobnie będzie sprawa wyglądała przed pierwszym naszym występem ligowym w Gorzowie, kiedy to pojedziemy z Motorem Lublin. Można było oczywiście wcześniej rozplanować większą liczbę sparingów, ale to się mija z celem. Lepiej reagować na bieżąco, w zależności od potrzeb zawodników.

- Tegoroczny sezon ligowy zapowiada się bardzo atrakcyjnie. Pamięta pan sezon, w którym tak naprawdę wszyscy najlepsi żużlowcy świata jadą w PGE Ekstralidze?

- Gdybyśmy dokładnie prześledzili każdy rok z osobna, to myślę, że znaleźlibyśmy podobne lata. Oczywiście to dobrze, ale ja będę się upierał, że nadal brakuje decyzji o powiększeniu najwyższej klasy rozgrywek. Ta nasza liga jest w czasie krótka, jest stanowczo za mało pojedynków, choć rozumiem, że jest bardzo atrakcyjna, gdyż praktycznie każde spotkanie jest o wszystko. Niektóre drużyny na własnym stadionie odjadą jednak tylko po siedem meczów i w sierpniu udadzą się na wakacje. Jaki jest w takim razie cel wydawania przez samorządy wielkich pieniędzy na budowę lub modernizacje stadionów, skoro w roku jest tak mało ligowych zawodów? Coś jest nie tak. Budujemy pomniki dla tak małej liczby imprez? Dla mnie jest to rozrzutność. A koszty ciągle rosną. Teraz trzeba nawet środek murawy doświetlić, bo kamera przechodząc przez ten fragment stadionu wpada w cienie. Ja to rozumiem i popieram rozwój infrastruktury, ale nie dla tak małej liczby zawodów w sezonie. Owszem, czasami wskoczy jakiś turniej, memoriał, ale są to sporadyczne wydarzenia. Ponadto wiele ośrodków jest przygotowanych do startu w najwyższej klasie rozgrywek, ale brakuje dla nich miejsca i muszą smażyć się we własnym sosie.  

- Jakie ośrodki ma pan na myśli?

- Choćby Łódź czy Rybnik. Kolejna sprawa, mała liczba drużyn zawsze będzie negatywnie działań na beniaminków, którzy corocznie mają kłopoty ze zmontowaniem dobrego składu. Dzisiaj, kto nie zbuduje drużyny, przynajmniej na papierze, na play off, musi drżeć, żeby nie spaść, bo różnica pomiędzy czwartym a ósmym może być minimalna na koniec rundy zasadniczej. Dalej, jedna kontuzja może ustawić cały sezon. To nie jest dobre. Przy większej liczbie meczów, większej rotacji zawodników łatwiej jest przetrwać trudniejszy moment.

- Przeciwnicy powiększenia PGE Ekstraligi od razu wysuwają argument o zbyt małej liczbie żużlowców przygotowanych do jazdy na tym szczeblu rozgrywek?

- Trzeba tych zawodników wychowywać, aczkolwiek jest z tym duży problem, gdyż żużel nie jest sportem masowym. Jest to sport zamknięty, rodzinny, bardziej dla hobbystów niż młodych ludzi przychodzących z podwórek. Dlatego najlepszym rozwiązaniem jest powrót do średniej meczowej.

- A co z niższymi ligami w przypadku powiększenia tej najwyższej?

- Najrozsądniejszym działaniem byłby oczywiście powrót do dwóch lig.

- Czy dobrze, że wszystkie mecze ligowe będą transmitowane na żywo w dwóch stacjach telewizyjnych, także w piątki?

- Wydaje mi się, że dla kibiców mecze w piątki będą pod wieloma względami atrakcyjne. Zwłaszcza, jeżeli chodzi o spotkania wieczorne. Praktycznie wszyscy będą mieli już czas wolny, przed sobą weekend, nigdzie nie będzie im się śpieszyło, a po meczu będzie jeszcze czas na celebrację. Z niedzielnymi pojedynkami, głównie tymi rozgrywanymi o późnej porze, problem tkwi z powrotem do domu. Dlatego wielu kibiców z dalszych miejscowości nie przyjeżdżało. Kiedy spojrzymy na piłkę nożną, rozgrywaną w dni powszednie, nie widzimy, żeby frekwencja na tym ucierpiała. Mam nadzieję, że żużel też nie straci. Swoją drogą trudno walczyć ze zmianami, bo skoro telewizja weszła tak głęboko do sportu, to musimy to zaakceptować. Cieszę się, że w Gorzowie bez względu na transmisje telewizyjne frekwencja zawsze jest wysoka i oby tak pozostało w nadchodzącym sezonie.

- W ostatnich trzech latach wywalczył pan ze Stalą komplet medali. Najpierw było złoto, potem brąz, a w zeszłym roku srebro. Wystarczy jednak słabszy dzień, a kibice mogą szybko o sukcesach zapomnieć. Czuje pan już stres związany ze zbliżającą się inauguracją ligową?

-  Nie, w tej chwili skupiam się na pracy, natomiast im bliżej będzie pierwszych meczów zapewne ten stres w jakiejś formule się objawi. Oby niósł on pozytywną energię. Co do kibiców to naturalnym jest, że w chwilach zwycięstw cieszą się, w przypadku porażek smucą i narzekają. Przystępujemy do sezonu z nadziejami i obawami. Myślę, że w każdym klubie tak jest, bo ten sezon zapowiada się rzeczywiście ciekawie. W mojej ocenie nie ma pewniaków do niczego. Ani do medali, ani do spadku. Ponadto dla jednych brak mistrzostwa będzie porażką, dla innych utrzymanie się będzie sukcesem. Każdy zostanie inaczej rozliczony nie tylko przez właścicieli klubów, prezesów, ale przede wszystkim własnych kibiców. W naszym przypadku poprzeczka w ostatnich latach została zawieszona bardzo wysoko, co nie ułatwia zadania, ale trzeba walczyć. Nie jesteśmy stawiani w gronie faworytów, są tacy, którzy uważają, że bezpieczne utrzymanie się w lidze będzie naszym sukcesem. Życie zweryfikuje wszystko. Mogę powiedzieć tylko, że mamy większe ambicje niż samo utrzymanie.

- Co będzie kluczem do osiągnięcia zakładanego celu?

- W obowiązującym w polskiej lidze systemie najważniejsze są jak najwyższe zwycięstwa na własnym torze. Oczywiście na wyjazdach też trzeba spróbować ograć rywali, ale jeżeli przegrywać, to jak najniżej i zbierać bonusy. Najważniejszy jest awans do czwórki, samo miejsce nie jest aż tak ważne. Liczyć się będzie bardziej dyspozycja w play off.

- Dziękuję za rozmowę.