W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Aleksego, Bogdana, Martyny , 17 lipca 2019

Kultura to nie piwo, kiełbasa z grilla i disco-polo

2019-04-17

Z Moniką Kowalską, dyrektor kina Helios i jednocześnie animatorką kultury, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_24568.jpg

- Dyrektor kina Helios, ale artystka, śpiewająca artystka. Co to się stało, że przygotowałaś w końcu własny recital piosenki francuskiej?

- To, że ja śpiewam, wiadomym jest od dawna. Uświadomiłam sobie niedawno, że mniej więcej, 20 lat już to trwa. Nowością jest rzeczywiście recital. Do tej pory było tak, że ja raczej śpiewałam w takich grupowych przedsięwzięciach. W Zaduszkach, w koncertach łączonych z różnych okazji. I teraz pomyślałam, że może warto byłoby zrobić coś samej, tym bardziej, że byłyśmy umówione z Elą Kuczyńską i Anią Łaniewską na coś wspólnego we trójkę. Ale Ania jest zajęta bardzo i ciągle jakoś nie udało się zgrać terminu. W tym czasie Ela miała różne badania, a potem stało się, to co się stało. Ela odeszła. Wtedy mi się smutno zrobiło, że nie udało nam się jednak nic zrobić. I wówczas zdałam sobie sprawę, że nie wolno przegapiać momentów, które przynosi życie oraz że jednak trzeba się spieszyć z tymi rzeczami, które chce się w życiu robić. Czas szybko ucieka i nigdy nie wiadomo, na co nam go jeszcze wystarczy.

- Ale przecież od wielu lat robisz własne rzeczy, bo przy pomnę „Noc z kiczem”, były piosenki Agnieszki Osieckiej, były programy dedykowane wspomnianej Elżbiecie Kuczyńskiej. Jakby to zebrać, to wyjdzie cały potężny worek działań artystycznych. Z czego one wynikają? Z chęci uzupełnienia takiej sobie oferty kulturalnej Gorzowa, czy też z tego, że zwyczajnie to lubisz?

- Lubię, to po pierwsze. A po drugie, rzeczywiście w tej ofercie gorzowskiej bardzo mi brakuje tej „Krainy łagodności”, że tak ją nazwę. O ile bowiem mamy fantastycznie działający Jazz Club, równie świetnie działającą Filharmonię, która robi rzeczy klasyczne, albo niekiedy mniej klasyczne, ale jednak oparte o klasykę, mamy też Teatr Osterwy, natomiast cały czas, moim zdaniem, brakuje nam, zwłaszcza od chwili, kiedy nie ma Grodzkiego Domu Kultury, takiego miejsca, gdzie można śpiewać, ale i posłuchać piosenki z tekstem. Mnie to zawsze pociągało, dlatego też robię takie rzeczy. Ten recital wynikał także z czegoś innego. Otóż jakiś czas temu i przez zupełny przypadek zaczęłam lubić tłumaczyć piosenki. Znajomy mnie namawiał, abyśmy zrobili właśnie taki program z piosenkami poetyckimi. Ale ja powiedziałam, że nie śpiewam w innych językach tylko po polsku. Usłyszałam, że ten kolega ma znajomego, który potłumaczy, więc nie ma problemu. No i oczywiście, jak już doszło do momentu, kiedy trzeba było zacząć pracę nad recitalem, okazało się, że kolega zapomniał, tłumaczeń nie ma. Wobec czego ja stwierdziłam, że ja to zrobię sama.

- Ale przecież nie znasz francuskiego.

- Nie znam, ale w dzisiejszych czasach to nie jest duży problem. Istnieje coś takiego, jak tłumacz Google, poza tym są strony, na których można przeczytać tłumaczenia piosenek, może nie dokładne, ale można tam przeczytać, o czym dany tekst jest. Brakuje tam tego wszystkiego, co ma piosenka, czyli rytm, rym, fraza, akcent, czyli tego, co tworzy piosenkę. Tak naprawdę zabawa z tłumaczeniem polegała na tym, aby te treści, które są przetłumaczone i znane, ubrać w formę piosenki właśnie. Muszę przyznać, że bardzo mi się to spodobało, że zwyczajnie się rzuciłam na te tłumaczenia. I właśnie gdzieś tam zaczęła się przewijać Carla Bruni, i kiedy na poważnie zaczęłam myśleć o recitalu, to trzeba było wszystko ujednolicić, zbudować pewną całość, no i wówczas właśnie Carla Bruni robiła się całością.

- Czy te twoje wszystkie działania artystyczne wynikają z tego, że jesteś córką znakomitego malarza i wychowałaś się w otwartym, artystycznym domu?

- Nie wiem, z czego wynikają. Trudno tak analizować siebie. Ale możliwe, że tak. Jako młoda dziewczyna nie miałam takich inklinacji artystycznych, bo dom był właśnie taki. Wówczas wydawało mnie się to takie naturalne i oczywiste. Skończyłam matematykę na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, poszłam więc w zupełnie innym kierunku. Ale potem okazało się jednak, że się wyrasta z tego, co się z domu wyniosło. Ten wiatr artystyczny był dla mnie tak oczywisty i tak naturalny, że właściwie tam się czuję najlepiej. Jak wchodzę do teatru, muzeum czy Filharmonii to czuję się jak w domu. A w innych miejscach się tak nie czuję. Naturalnym jest, że tam mnie ciągnie.

- Jak oceniasz to, co się dzieje w gorzowskiej kulturze?

- A jak mogę oceniać? Źle.

- Ale przecież  kilka instytucji oceniłaś dobrze.

- No tak, ale przecież nie chodzi o to, aby tylko te instytucje dźwigały na swoich barkach całą kulturę. Inna rzecz, że te instytucje działają dobrze, bo tam są ludzie, którym się chce. Bo są pasjonatami tego, co robią. Natomiast miasto nie pomaga absolutnie. Nie wspiera tego wszystkiego. Tu trzeba być wariatem, żeby pracować w kulturze. Szczęściem, tych wariatów kilku mamy. I dobrze, że oni są, bo gdyby było inaczej, to tak naprawdę niczego by nie było. A przecież kultura nie powinna się opierać jedynie na wariatach. Zwyczajnie powinna się opierać na bardzo silnych filarach. Miasto powinno wiedzieć, czego chce, co wspiera i dlaczego. Ja mam wrażenie, że miasto nie wie, czego chce. Stąd te działania są tak chaotyczne i tak niezorganizowane, takie – raz tu, raz tu. No i rzecz jeszcze jedna. Stawanie na kulturę taką najbardziej popularną, taka najbardziej rozrywkową, te Dni Gorzowa, które są taką kiczowatą zabawą z muzyką disco-polo, to błąd. Nie rozumiem i nie trafiają do mnie argumenty, że ludzie tego chcą. Nie na tym polega wspieranie kultury w mieście. Bo kultura to nie piwo, kiełbasa z grilla i disco-polo. Kultura to kreacja pewnych wydarzeń, które trwać mogą czasami dłużej, bo nie da się pewnych rzeczy zrobić w pięć minut. Trzeba wspierać takie projekty, takie wydarzenia, które są wartością.

- Gdybyś miała zdefiniować, na co powinno postawić miasto Gorzów, to co to by było?

- My mamy bardzo dobre pomysły, na co powinniśmy postawić. My jesteśmy przede wszystkim miastem wielokulturowym. I właśnie ona powinna nas wyróżniać. Ta wielokulturowość wynika z tego, że wszyscy tu skądś przyjechaliśmy. Ważne jest też i to, że mieszkamy w mieście poniemieckim i już potrafimy z tym żyć. Co więcej, traktujemy tę spuściznę niemiecką jako swoją własną. Tym bardziej, że to zaraz po wojnie wcale nie było takie oczywiste. A teraz to jest oczywiste. Teraz zbieramy stare niemieckie pocztówki, jesteśmy dumni z tego, że tu był Landsberg. Zaczęliśmy traktować niemiecka historię miasta jako swoją spuściznę. I na tym można budować bardzo ciekawe rzeczy, tym bardziej, że jesteśmy blisko Niemiec, a współpraca polsko-niemiecka mogłaby się odbywać właśnie na tej bardzo ciekawej płaszczyźnie, jaką jest wspólna historia. I to chyba powinno iść w tym kierunku. To naturalnie jest trudne. Ale jak najbardziej do zrobienia. Mógł to robić Dom Historii Miasta, o którym swego czasu było głośno. A obecnie w mieście mamy zabetonowany Kwadrat, powitanie i zakończenie lata w stylu disco. Dodać do tego trzeba jeszcze wycięte drzewa. Miasto, które się nazywało miastem parków i ogrodów, czyli kojarzone było z zielenią, stało się czymś smutnym. Pamiętam, jak tutaj ludzie przyjeżdżali, moi znajomi z różnych zakątków nie tylko Polski, zachwycali się tym, że mamy tyle parków, i że jest tak bardzo zielono. A teraz robi się coraz mniej zielono, bo coraz więcej wycinamy i coraz więcej betonujemy. I dlatego tracimy też trochę swojej tożsamości. A po drugie – robimy się trochę zabetonowani.

- No właśnie, spróbuj określić tożsamość gorzowianina, to jak byś to zrobiła?

- Moim zdaniem jest to miasto, zresztą jak to mówił prof. Bogdan Kunicki, średniej wielkości. I ta średnia wielkość to jest bardzo ciekawa rzecz. Bo z jednej strony jest to miasto na tyle duże, że nie zaglądamy sobie w okna i w garnki, czyli nie ma tak jak na wsiach czy w niedużych miasteczkach, ale też jest na tyle małe, że bardzo dużo ludzi się zna. Tworzymy takie małe społeczności, dosyć zresztą silne. I to jest ciekawe, to jest ta wartość dodana. Bo można robić bardzo dużo wspólnych rzeczy. Oczywiście, mam na myśli rzeczy artystyczne. Przecież tak naprawdę w tym gorzowskim świecie artystycznym znamy się wszyscy. I tak naprawdę robienie wspólnych działań jest o wiele łatwiejsze niż w Warszawie, Poznaniu, Szczecinie czy Gdańsku. Wystarczy zadzwonić do kolegi czy pójść z kimś na kawę i już. Czasami się lubimy, czasami nie, ale jeśli trzeba coś zrobić, to to robimy. Jesteśmy zwyczajnie blisko siebie, wiele o sobie wiemy. Myślę, że tego nie doceniamy, a szkoda bardzo.

- Dziękuję bardzo.

Fot. Sławomir Sajkowski