W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

Jest to po prostu zwykłe miejsce do życia

2019-04-30

Z dr. Bogusławem Bukowskim, socjologiem, wykładowcą Wyższej Szkoły Biznesu, rozmawia Renta Ochwat

medium_news_header_24671.jpg

- Kolejny raz na osiedlu Słonecznym chuligani zniszczyli nowo wyremontowane elewacje. A przecież cały czas w mieście słychać teksty, że „wszyscy kochamy Gorzów”. To jak to jest? Z jeden strony kochamy Gorzów, a z drugiej go niszczymy?

- Ja bym jednak najpierw zadał pytanie, czy rzeczywiście kochamy Gorzów? Czy tylko tak mówią ci najbardziej zaangażowani, którym wydaje się, że są najbardziej zaangażowani. Ja myślę, że nie jest tak z tą miłością do Gorzowa. Jak każde inne miasto, jest to po prostu zwykłe miejsce do życia. I to niekoniecznie wzbudzające u większości mieszkańców jakieś szczególne emocje. A jeśli chodzi o malunki, graffiti, akty wandalizmu nie dotyczą tylko jednego osiedla. Przecież zupełnie niedawno spektakularna akcja dotyczyła zniszczenia jajek wielkanocnych na Kwadracie.

- W tym przypadku ponoć to dzieci dokonały tego zniszczenia.

- Tak naprawdę to nie ma znaczenia, kto dokonuje tych aktów wandalizmu. Mechanizm jest zawsze taki sam. I trzeba dodać, że nie jest to specyfika Gorzowa. Nie jest tak, że jest to miasto wandali, dewastatorów czy ludzi obojętnych. To jest kwestia, która dotyka wszystkie współczesne miasta. Zresztą warto zauważyć, iż ten proceder korzeniami sięga aż do starożytności. Zastanowiłem się skąd bierze się tendencją do wandalizmu. I podzieliłem sobie ją na trzy kategorie.

- Zechce pan je przybliżyć?

- Pierwsza związana jest z kwestiami ekonomicznymi. To jest przede wszystkim bieda, która zawsze skłania do jakichś aktów frustracji. Nie trzeba być socjologiem, aby zauważyć związki między wandalizmem a biedą. Prosty przykład – południowe landy niemieckie są wolne od wandalizmu, podczas gdy slumsy i biedne dzielnice wielkich miast to centra wandalizmu. Drugą przyczyną ekonomiczną jest brak poczucia własności. Nie słyszałem bowiem, aby ktoś dokonał aktu wandalizmu na domu rodzinnym. To się nie zdarza. A zatem nie mamy poczucia, że to, co nas otacza, jest nasze i jesteśmy za to odpowiedzialni. Przecież szkoda, którą my uczynimy, albo ktoś inny, faktycznie dotyka nas. Przestrzeń, która nas otacza, jest niczyja, jakby bez gospodarza. Ja od niedawna zarządzam spółką, która administruje prawie 2 tys. lokali w nieodległym od Gorzowa Myśliborzu. I obserwuję, że tam takie akty wandalizmu prawie nie występują. Kiedy mamy poczucie, że coś jest nasze, to nie tylko dbamy sami, ale też mamy pewne mechanizmy kontroli. Wracając do Gorzowa, owe akty wandalizmu są może bardziej dolegliwe, bo skoro miasta nam pięknieją, to każdy bohomaz na ścianie jest bardziej widoczny. Bo kiedy jest ich już sto, to sto pierwszy nie zostanie zwyczajnie zauważony. Trzeba zauważyć, że współczesne społeczeństwa bardzo się zindywidualizowały. Oznacza to, że patrzymy tylko na nasz własny interes, interes naszej grupy społecznej, ale nie patrzymy na siebie nawzajem. Kiedyś młody człowiek, który pluł na ulicy, przeklinał albo malował po fasadach, dostałby ścierką od pierwszej sąsiadki. Dziś jest tak, że ta sąsiadka woli go nie zauważyć, bo ten człowiek może być pod wpływem narkotyków, może będzie agresywny. A poza tym przyjęło się, że nie zwraca się uwagi na takie zachowania, bo jest to niebezpieczne. Z drugiej strony nie obchodzi nas, co robią inni. I to jest poważny problem. W socjologii nazywamy to zanikiem lub też osłabieniem mechanizmów kontroli społecznej.

- Ale na tym osiedlu, od którego zaczęłam rozmowę z panem, napisy tyczą wojen klubowych. Zwolennicy Stali Gorzów w mocno niewybrednym języku dyskutują z fanami Stilonu Gorzów. I to na nowo odnowionych ścianach.

- Ależ to nie ma znaczenia, że te ściany są odnowione. Ci, co piszą, nie zwracają uwagi na to, że fasady są po remoncie. To nie są ich ściany. Oznacza to jedno – brakuje miejsca, innego miejsca do ekspresji, do tego, o ci ludzie mają sobie do powiedzenia.

- Na przykład czego?

- Na przykład ustawek kibicowskich.

- Ale ponoć już nie ma tego zjawiska. Nie ma już bójek kibicowskich.

- Ponoć też wszyscy kochamy to miasto. A serio, brakuje rzeczywiście miejsca do skutecznej wymiany zdań – czy to na forach internetowych, czy w innych miejscach. I tak doszliśmy do trzeciego aspektu – czyli mechanizmów psychologicznych, czyli wychodzących poza ekonomię czy sprawy społeczne. I to będzie najczęściej poczucie frustracji. Jeśli jakieś działanie człowieka nie znajduje swojego miejsca ekspresji, to często przeradza się we frustrację właśnie, a to prowadzi do agresji. I może być ona skierowana na kogoś lub na coś. Może być skierowana na siebie – mamy do czynienia z autoagresją, lub na najbliższe otoczenie – ściany budynków, samochody, na to, co nas najbardziej denerwuje lub jest najłatwiej dostępne. A po drugie – brak zadowolenia z własnego miejsca na świecie, bo za mało zarabiamy, nie czujemy się potrzebni i ważni. I ta frustracja może dotyczyć także i tego, że ukochany klub przegrał mecz. Albo też drużyna przeciwna ma bardziej widoczną, bardziej krzykliwą grupę fanów.

- No dobrze, wróćmy do miasta. Mamy mnóstwo forów typu – kochamy Gorzów, a z drugiej strony miasto jest brudne, zaśmiecone, nie dbamy o to miasto jednak. Dlaczego tak się dzieje?

- Większość mieszkańców miasta absolutnie się nie wypowiada na temat miłości czy też nie do Gorzowa. Co prawda są pewne inicjatywy oddolne zmierzające do upiększenia miasta i są one bardzo cenne. Ale próba przypisywania tym inicjatywom waloru powszechności jest głęboko naiwna.

- Wobec tego jak postrzegać to miasto? Czy jako miejsce do mieszkania, które jest obojętne i można w nim brudzić? Czy też jako miejsce, na którym jednak niewielu zależy?

- Ostatnie nagromadzenie aktów wandalizmu skłania do tego pierwszego wniosku. Natomiast tych aktów wandalizmu jest na pewno mniej, niż było kiedyś. Ja widzę jednak tu poprawę estetyki miasta, ale też pewnego rodzaju poprawy świadomości społecznej mieszkańców. Jeśli chodzi o tę kwestię to mamy tu dwie metody – kija i marchewki. Kij, czyli wszelakie systemy kontrolne i karanie za rzeczy złe to rzecz trudna, bo raczej trudno jest kogoś złapać na niszczeniu mienia. Jest też ta marchewka – budowanie poczucia tożsamości opartej na pewnej afirmacji tego miejsca, gdzie się mieszka. To jest tworzenie poczucia – to miasto do mnie należy, także ten blok i ta ławka. I im więcej jest pięknych miejsc w mieście, tym mniej będzie tych aktów wandalizmu. Co prawda, będą one bardziej widoczne, bardziej denerwujące i bolesne. Obecnie jest ich jednak coraz mniej.

- Powiedział pan jednak, że zaczyna się budować pewna wspólnota. Przed poprzednimi wyborami prezydenckimi w mieście powstała wspólnota „Ludzie dla miasta”. I jak szybko się wybudowała, tak szybko się połamała. Moim zdaniem tu się nie udają wspólnoty obywatelskie.

- Moim zdaniem to potwierdza tezę, że aktywistów jest bardzo mało. Im się od czasu do czasu udaje zgromadzić ludzi, którzy idą za nimi. I wszystko zależy, na jaki grunt padną te idee. Jeśli będą podtrzymywane, budowane, to jest szansa na coś więcej, a przeciwnym razie rzeczywiście nic się nie uda. Myślę, że osób, którym zależy, udałoby się znaleźć kilkaset. I moim zdaniem na skalę Gorzowa jest ich jednak sporo. Ale może być tak, że dotychczasowe doświadczenia skłaniają ich do frustracji, a na pewno do wstrzemięźliwości co do podejmowania kolejnych społecznych działań.

- To może jeszcze jedna kwestia. Cały czas opowiadamy sobie o tym, że Gorzów to miasto wielokulturowe. I na gadaniu się kończy, bo nic z tej wielokulturowości nie zostaje, nawet poczucia wspólnoty z mniejszościami nie ma.

- Kilkanaście lat temu, kiedy Gorzów przymierzał się do obchodów 750-lecia miasta, działania ukierunkowane na podtrzymywanie jego wielokulturowości, były dalece bardziej zaawansowane niż są teraz. One były planowe, ukierunkowane, i choć dalekie od ideału, to jednak były lata świetlne dalej, niż teraz to ma miejsce. Bo teraz nie ma nic w tej kwestii. To dotyczyło współpracy z miastami partnerskimi, współpracy z mniejszościami, rzeczywistego wsparcia mniejszości, które tu mieszkają. Istniał wówczas rzeczywisty dialog kulturowy. I 750-lecie miasta było ostatnim błyskiem, jeśli chodzi właśnie o mniejszości narodowe, mniejszości kulturowe. Potem już tego nie było.

- Z czego to wynika?

- Gorzów jest wielokulturowy ze swojej natury a nie z wyboru. Ci ludzie, którzy tu przyjechali po wojnie, przez długi czas nie mieli poczucia wspólnoty, za to mieli silne poczucie tymczasowości, które powstrzymywało przed jakimikolwiek działaniami, z ich perspektywy kompletnie bezcelowymi, aby budować tu nową jakość. Inna rzecz, że to miasto było bez kontekstu kulturowego, bo ludzie przyjeżdżali z różnych miejsc i nie mieli poczucia wspólnoty. Po drugie to zawsze było biedne miasto. I po trzecie – to też zawsze było robotnicze miasto pozbawione wysokiej kultury, o czym pisał prof. Bogdan Kunicki w swojej kardynalnej książce „Miasto średniej wielkości”, co nie sprzyjało rozwijaniu tych wartości społecznych. No i właśnie mamy deficyt wartości społecznych. Choć muszę dodać, że ja jestem optymistą i widzę postęp w tej sferze życia.

- Dziękuję.

Fot. Archiwum Bogusława Bukowskiego