W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Amandy, Jana, Juliana , 27 maja 2019

Człowiek jest stworzony jednak do chodzenia

2019-05-08

Z Konradem Wieczorkiem, znanym gorzowskim osteopatą i fizjoterapeutą, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_24748.jpg

- Co każdy z nas powinien robić, żeby jak najpóźniej trafić w ręce fizjoterapeuty?

- Zawsze uśmiecham się do pacjentów i mówię, że dzielimy się na tych, których bolał kręgosłup, boli lub będzie bolał. Innej drogi nie ma. Amerykanie kiedyś zrobili świetne badania dotyczące pracy siedzącej człowieka. Badali zmiany zwyrodnieniowe w odcinku lędźwiowym kręgosłupa, ale i pozostałych jego częściach, jak też obciążenia związane z pracą układu krwionośnego. Wyniki potwierdziły to, co wiemy. Praca siedząca zabija powoli, jak palenie tytoniu, ponieważ człowiek jest stworzony do chodzenia. Rozwój cywilizacji zmusza nas często jednak do siedzenia po kilka lub nawet kilkanaście godzin dziennie.

- Podobno najlepszym antidotum na to jest wysiłek fizyczny?

- I tu dotykamy drugiej ważnej sprawy, mianowicie kwestii świadomości dotyczącej tejże aktywności fizycznej. Są ludzie, którzy codziennie siedzą w pracy po 8-10 godzin i raz w tygodniu biegną pograć przez dwie godziny w piłkę. Najczęściej bez wykonania prawidłowej rozgrzewki. Prawdopodobnie w pierwszych trzech miesiącach taka osoba będzie szukała pomocy w moim lub innym gabinecie. Od razu przestrzegam również przez nadmierną aktywnością bez odpowiedniej kontroli medycznej.

- Czyli bez pomocy medycznej i tak się nie obędzie?

- Ruch jak najbardziej, ale w rozsądnych granicach. Nawet 20-minutowy spacer jest czymś pożądanym. Ważna jest po prostu zmiana pozycji. Niech to będą krótkie zmiany, ale cyklicznie. Co godzinę, dwie. Natomiast najważniejszą rolą fizjoterapeutów jest uświadamianie pacjentów. Pomaganie również, ale lepiej zajmować się profilaktyką niż – użyje bardziej technicznego języka - naprawianiem czegoś, co już zostało popsute, albo przynajmniej uszkodzone.

- Co jest sygnałem, po którym należy zgłosić się do specjalisty, choćby po to, żeby się przebadać?

- Sygnałem może być wszystko. Drętwienie kończyn, bóle, zaburzenia układu ruchu. W takich sytuacjach należy czym prędzej zgłosić się do specjalisty. Ale nawet jak nie ma się poważniejszych dolegliwości, od czasu do czasu warto zrobić tak zwane badanie funkcjonalne. To jest praktycznie wywiad, i określone testy, jakie fizjoterapeuta przeprowadza z pacjentem. Celem najczęściej jest znalezienie przyczyny problemu, a nie tylko leczenie objawu.

- Osteopatia, fizjoterapia, odnowa biologiczna. Mówimy o trzech różnych dziedzinach czy raczej są to synonimy, którymi można się posługiwać?

- Te pojęcia nie są tożsame, raczej się uzupełniają. Osteopatia jest rozwinięciem fizjoterapii w ujęciu globalnym. Patrzymy na człowieka w najszerszym możliwie zakresie. Zawody medyczne wymagają od nas uczenia się praktycznie do końca życia. Fizjoterapia jest jedną z najszybciej rozwijających się dziedzin medycznych. Aktywność ruchowa u ludzi jest coraz większa, notujemy przez to rosnące przeciążenia, ale jednocześnie znajdujemy rozwiązania pozwalające na utrzymanie jak najlepszego zdrowia w dłuższym okresie czasu. Jako ludzie jesteśmy też coraz bardziej świadomi, rozumiemy na czym polega osteopatia czy fizjoterapia i coraz chętniej korzystamy z tych dziedzin.

- Nie jest pan rodowitym gorzowianinem. Skąd pomysł, żeby związać życie z naszym miastem?

- Rzeczywiście, pochodzę z Głowna leżącego pół godziny jazdy od Łodzi i godzinę od Warszawy. Do Gorzowa trafiłem na studia. Kiedy stanąłem przed wyborem uczelni mogłem oczywiście pójść do większych miast, ale o gorzowskim AWF-ie wówczas mówiono w całym kraju w samych superlatywach. Jak czas pokazał, nie pomyliłem się, bo z czasem zbudowano  tutaj zespół znakomitych specjalistów.

- Jak trafił pan do środowiska sportowego?

- To było jeszcze w czasach, kiedy nasi piłkarze ręczni grali na zapleczu ekstraklasy. Sam zaproponowałem trenerowi Michałowi Kaniowskiemu, że będę przychodził na treningi i pomagał.

- Potem ta pomoc zamieniła się w pracę?

- Tak, terminowałem przy Jerzym Buczaku, który wprowadzał mnie w ten świat. Mnóstwo od niego się nauczyłem.

- Zaraz potem zaczął pan pomagać innym gorzowskim sportowcom.

- Nie tylko gorzowskim. W 2011 roku miałem okazję być w zastępstwie za Roberta Brałko na mistrzostwach Europy z koszykarską kadrą kobiet, kiedy trenerem był Dariusz Maciejewski. Na co dzień zaś zacząłem pracować z żużlowcami Stali, opieką indywidualną objąłem Bartka Zmarzlika. Potem doszli inni, w tym nasi mistrzowie z grupy sportów niepełnosprawnych. Wspomnę choćby o Macieju Lepiato, moimi pacjentami są zawodnicy sportów walki m.in.:  Wojtek Pająk czy Sławek Przypis. Dzisiaj większość ludzi kojarzy mnie ze sportem, ale na co dzień pracuję z wszystkimi potrzebującymi, dorosłymi i dziećmi. Udało mi się rozwinąć kompleks usług oraz otworzyć oddziały w Kostrzynie i Drezdenku, nie licząc oczywiście głównej siedziby w Gorzowie. Nasza klinika REHAkompleks ma za zadanie pomagać wszystkim, szczególnie w obszarze narządu ruchu. Pracujemy z ortopedami, świetnymi fachowcami w swoich dziedzinach. Słowem, idziemy w kierunku kompleksowej rehabilitacji i usprawniania.

- Jak to jest z tymi urazami sportowców, bo z jednej strony słyszymy, że ktoś po wypadku nie powinien przez tydzień wyjść ze szpitala, a zaraz potem widzimy go walczącego dalej na stadionie?

- Jak to w życiu, najczęściej prawda leży gdzieś po środku. Kibice pamiętają zapewne sytuację przed żużlowymi derbami lubuskimi w Gorzowie dwa lata temu. Dzień wcześniej zawodnicy jeździli w Grand Prix Łotwy w Daugavpils i Bartek Zmarzlik miał groźnie wyglądający upadek. Mocno wtedy się poobijał i chyba cała żużlowa Polska żyła tym, czy na drugi dzień pojedzie on w derbach? Byłem wtedy w Warszawie, natychmiast przyjechałem do Gorzowa, żeby już rano popracować z nim. Po paru godzinach zrobił prawie komplet punktów. Ktoś powie, że po takim wypadku przeciętny Kowalski nie wyszedłby z domu przez kolejny tydzień, a żużlowiec pojechał. Jak to jest możliwe? Podobnych pytań można postawić dużo.

- I jaka byłaby odpowiedź na pytanie, czy sportowcy są naprawdę z innej gliny?

- Może nie z innej gliny, ale oni są bardziej wszystkiego świadomi. Kiedy Krzysiek Kasprzak niegroźnie wydawałoby się upadł we Wrocławiu od razu wiedział, że złamał obojczyk. Każdemu z nas trudno byłoby przyzwyczaić się do urazów, ale sportowcy wyczynowi są do tego… przyzwyczajeni. Inaczej odbierają takie przypadki. W sytuacjach różnych zdarzeń nie zawsze sportowca się leczy, częściej się go ulecza.

- Niektórzy twierdzą, że bywają sytuacje przekraczania pewnych granic. Pan się spotkał z takimi przypadkami?

- Wszyscy jesteśmy rozsądnymi ludźmi, sportowcy również i świadomie nikt pewnych granic nie przekracza. Owszem, bywają sytuacje, że czegoś nie można wychwycić od razu. Niedawno podczas jednego z wyścigów motocyklowych nasz zawodnik miał wypadek i tak na gorąco trudno było stwierdzić, czy doszło do złamania. Będąc na adrenalinie uważał on, że wszystko jest w porządku, trochę go tam coś pobolewało i wsiadł na motocykl. Dalej pokonywał zakręty prędkością nawet 240 kilometrów na godzinę. Potem wyszło, że miał złamany guzek większy kości ramiennej. Gdyby było wiadomo od razu, nikt nie puściłby go na tor. Inny przykład, to uderzenie głową o parkiet naszej koszykarki Ariel Atkins we Wrocławiu. Miała wstrząśnienie mózgu, wszyscy o tym wiedzieliśmy i nikomu do głowy nie przyszło, żeby wysłać ją na parkiet szybciej niż jest to możliwe. Była konsultowana bardzo dokładnie i kiedy było wiadomo, że jest w porządku ponownie zagrała. Jesteśmy przedstawicielami zawodu medycznego i dla nas zdrowie pacjenta jest najważniejsze. Nie ma tu znaczenia czy jest to zwykły pacjent czy sportowiec światowej klasy.

- Niedawno mógł pan z bliska przypatrzeć się jednemu z najsłynniejszych wyścigów motocyklowych na świecie, 24-godzinnej jeździe na torze we francuskim Le Mans. Skąd tam się wziął facet z Gorzowa?

- Było nas trzech. Jednym z menadżerów był Sławomir Kubzdyl, najsłynniejszy chyba gorzowski motocyklista wyścigowy, który jednocześnie jest moim pacjentem i świetnie się znamy. On wie, jak ja pracuję, że znam środowisko motocyklistów i zaproponował mi udział w imprezie. Takich propozycji się nie odrzuca. Od razu przypomniała mi się historyjka, jak kiedyś Tomek Gollob walczył o mistrzostwo świata i zadzwonił do mnie o 23.30, żebym szybko pomógł mu, pomyślałem sobie ,,mistrzowi się nie odmawia’’. I tutaj było podobnie.

- Rozumiem, że chodziło o specjalistę pracującego w sportach motocyklowych?

- Jest nas niewielu. Może nie zabrzmi to nieskromnie, ale praca z motocyklistami jest specyficzna i trzeba mieć w tej branży doświadczenie.

- Kim był trzeci gorzowianin?

- Nasz kucharz Kamil Tużnik, który też mógłby chyba starać się o przyjęcie do księgi Guinnessa, bo gotował praktycznie bez przerwy przez 30 godzin. Jak zaczął  w dniu zawodów o siódmej rano, to skończył na drugi dzień dobrym obiadem. Nie było to zadanie proste, bo samo wykarmienie 30-osobowego teamu może nie należało do rzeczy ekstremalnie trudnej, ale musiał on umiejętnie podzielić menu. Inne było dla mechaników, inne dla zawodników.

- Le Mans słynie bardziej z wyścigów samochodowych, które są tam rozgrywane od 1923 roku. O motocyklach jednak niewielu słyszało.

- Ponieważ w Polsce ta grupa użytkowników dróg jest negatywnie odbierana przez większość kierowców.  Motocykliści źle się kojarzą, przez wielu są uważani wręcz za przestępców drogowych lub wprost za samobójców. Zupełnie inaczej to wygląda w innych krajach europejskich. Wyścigi motocyklowe w Le Mans odbywają się od lat siedemdziesiątych, ale Polacy startują od niedawna. Przede wszystkim dzięki pasjonatom. Takim jak Grzegorz Wójcik, który złapał byka za rogi i stara się popularyzować tę formułę sportowej rywalizacji. W Gorzowie środowisko motocyklistów również walczy ze wspomnianym stereotypem poprzez organizowanie fajnych wydarzeń choćby z okazji otwarcia lub zamknięcia sezonu motocyklowego. Sam w tym uczestniczę jako motocyklista i w pełni popieram inicjatywę.

- Ile pojechało polskich teamów w tym roku w Le Mans?

- Dwa. Obok naszego Wójcik Racing Team był też Team LRP Poland. Lepiej wypadł ten pierwszy zespół, który w ostatecznej klasyfikacji zajął 12 miejsce, a w swojej grupie był dziewiąty. Team LRP Poland jest bardziej doświadczony, startował już po raz czwarty, ale uplasował się na 25 pozycji.

- Gdybyśmy mieli określić prestiż tej imprezy porównując przykładowo do tenisa ziemnego, to co by pan powiedział?

- Że mamy do czynienia z Wimbledonem. To jest też taka piłkarska Liga Mistrzów w najlepszym wydaniu. Ktoś może powiedzieć, że w Le Mans mamy tylko europejskie teamy, ale mamy zawodników z całego świata i są to najlepsi z najlepszych.

- Jak wygląda sam wyścig?

- W zespole jest trzech zawodników, którzy mają do dyspozycji jeden motocykl. I jadą na nim przemiennie przez 24 godziny. Zmiany najczęściej odbywają się w chwilach, kiedy trzeba zatankować paliwo. Jest to również moment na szybki serwis. Co zjazd potrzebna jest wymiana ogumienia, hamulców. Wyścig jest szalony, bo zawodnicy na prostych jeżdżą z prędkością dochodzącą do 330 kilometrów na godzinę, a średnia jednego okrążenia wynosi ponad 155 kilometrów. Łatwo wyliczyć, że przez cały wyścig zawodnicy pokonują dystans ponad 3,5 tysiąca kilometrów.

- Na jednym motocyklu?

- Tak. Można oczywiście wymieniać na bieżąco niektóre elementy, ale ramy i silnika już nie wolno ruszyć. Dlatego przygotowania do takiego wyścigu trwają rok. W tym czasie odbywają się treningi, testy, mechanicy pracują nad doborem opon, ustawień sprzętu. Byłem świadkiem, jak nasi mechanicy prosili jednego z zawodników, żeby nie jechał na prostych maksymalnie szybko, ale tylko… 330 km/h, bo to zmniejszało temperaturę silnika o kilka stopni, a za tym szła jego wytrzymałość. Są teamy w pełni zawodowe, głównie japońskich firm, które przygotowując się do tego wyścigu w trakcie testów wymieniają silniki jak bułki. Zresztą walka o zwycięstwo odbywa się zawsze pomiędzy takimi firmami, jak Yamaha, Kawasaki, Honda czy Suzuki. Gra idzie o wielką stawkę, bo są oni głównymi producentami motocykli na cały świat i przez takie wyścigi mocno się promują.

- Jakie są pańskie wrażenie po tej imprezie?

- Debiutowałem w niej i gdybym miał porównać przykładowo do żużlowego Grand Prix, to powiedziałbym o wielokrotności rozmachu organizacyjnego. To zrozumiałe, skoro w żużlowych teamach jest po kilka osób, u nas w Wójcik Racing Team było 30 osób, a w teamach japońskich zapewne wielokrotność tej liczby. Myślę, że lepszym porównaniem byłaby Formuła 1, zwłaszcza jak dodamy jeszcze 24-godzinny wyścig samochodowy odbywający się również na ulicach miasta Le Mans.

- Jak w taych trudnych warunkach wyglądała pańska praca?

- Wszelkie ustalenia zapadły w teamie na bazie wcześniejszych doświadczeń. Każdy z zawodników po zmianie i zejściu z motocykla najpierw uzupełniał płyny, w miarę potrzeby coś zjadł i potem przychodził do mnie. Najważniejsze w takich chwilach jest rozluźnienie najbardziej obciążonej wysiłkiem strefy. Mówimy tutaj głównie o ramionach, okolicach karku, szyi, dłoniach, ale i kolanach.

- Co pana bardziej zmęczyło? Czas bezpośrednich przygotowań do startu czy sam wyścig?

- W takich chwilach wszystko jest ważne, ale praca fizjoterapeuty czy osteopaty nie polega na tym, że można coś zrobić na przyszłość. To jak z jedzeniem. Nikt się nie naje na później. Liczy się tu i teraz. Kiedy rozpoczął się wyścig już miałem za sobą kilka godzin pracy, w sumie nazbierało się ich ponad 30. W tym okresie miałem dwie drzemki po… pięć minut każda. To pokazuje skalę wysiłku, jaki musiałem włożyć w tym okresie, ale byłem na to przygotowany.

- Nie był pan jednak przygotowany na pechowe rozpoczęcie wyścigu. Co się stało z naszą drużyną?

- Wójcik Racing Team zgłosił dwa zespoły. Jeden do kategorii EWC, drugi do Stock. Niestety, chłopacy z młodszego zespołu Stock zaczęli fatalnie, bo już po starcie upadek zaliczył Philipp Steinmayr. Na dłuższy czas stracił przytomność i nie mógł jechać dalej, co oznaczało, że zostało tylko dwóch. Po drugiej zmianie Adrian Pacek, który wcześniej mocno chorował, miał wypadek nie z własnej winy. Jechał jeszcze dwie zmiany, ale nie miał już więcej sił. Potem okazało się, że miał złamany guzek większy kości ramiennej, o czym wspomniałem wcześniej. Pozostał tylko Kamil Krzemień, który sam pokonał ponad 80 okrążeń. I to na motocyklu mocno porozbijanym, który mechanicy doprowadzili do przyzwoitego stanu i w nagrodę zostali wyróżnieni jako najlepszy zespół mechaników z grona 60 załóg. Wyczyn niebywały. Powiem wprost, że nie spodziewałem, że będzie czekało na mnie aż tyle ciężkiej pracy. Byłem zaskoczony ilością przeciążeń, jakim ulegają zawodnicy w trakcie jazdy. Ale nie żałuję wyjazdu, bo to była jedna z tych wielkich sportowych przygód, o której zawsze będę z przyjemnością opowiadał.

- Dziękuję za rozmowę.