W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Belii, Ludwika, Luizy , 25 sierpnia 2019

Kiedy nawala komunikacja, górę biorą emocje

2019-05-22

Z Ireneuszem Maciejem Zmorą, prezesem Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_24871.jpg

- Zastanawiał się pan w ostatnich tygodniach nad podaniem się do dymisji?

- Jeżeli to miałoby pomóc Stali Gorzów, to byłem gotowy podjąć taką decyzję natychmiast. Nikt się jednak nie zgodził i dziś sytuacja wygląda już nieco inaczej. Otrzymałem silne wsparcie z wielu stron, w tym również od prezydenta miasta Gorzowa Jacka Wójcickiego, który z troską pochylił się nad problemem. Szef rady nadzorczej Stali Gorzów Grzegorz Lewandowski wręcz stanowczo stwierdził, że nie czas na pozostawianie klubu. Jesteśmy w trakcie sezonu i musimy skupić się na działalności czysto sportowej. Zwłaszcza, że płyniemy przez mocno wzburzone fale.

- Czyli rozumiem, że zarząd wycofuje się z deklaracji odejścia w przypadku, gdyby na horyzoncie pojawili się nowi, odpowiedzialni ludzie z ciekawymi pomysłami na dalszy rozwój klubu?

- Nie wycofujemy się z tych słów. Jeżeli znajdą się ludzie dający gwarancję poprowadzenia klubu na wysokim poziomie, oczywiście zwolnimy dla nich miejsce. Zarząd klubu jest powoływany i odwoływany przez radę nadzorczą i tam zainteresowani powinni kierować swoje kroki. Siłą Stali Gorzów jest to, że zawsze była, jest i powinna pozostać apolityczna. Stadion jest miejscem otwartym dla polityków, kibiców wszystkich orientacji politycznych, ale musi pozostać zamknięty przed polityką. Dlatego jednym z warunków jest to, aby na czele klubu nie stawał polityk. Stal jest największą obecnie marką miasta i powinna pozostawać pod nieformalną co prawda, ale skuteczną opieką prezydenta, jako gospodarza miasta. Swoją drogą Jacek Wójcicki świetnie sprawdził się w roli mediatora w chwili konfliktu, jaki wybuchł pomiędzy klubem a grupa kibiców, a więc również mieszkańcami Gorzowa. I o to chodzi, żeby w trudnych momentach, to gospodarz miasta w sposób rzeczywisty potrafił zatroszczyć się o dobro klubu, bo Stal jest własnością Gorzowa, nie prywatnych osób. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności powiem krótko, że nawet by mi nie wypadało teraz powiedzieć ,,odchodzę’’. Teraz kiedy ustają wewnętrzne tarcia możemy w końcu jako zarząd całą energię skupić na celach sportowych i dalszym rozwijaniu klubu.

- Z tego co zewsząd słychać, funkcja prezesa to nie tylko prestiżowe, ale bardzo intratne finansowo stanowisko?

- Już wielokrotnie mówiłem, że wszyscy członkowie zarządu oraz rady nadzorczej Stali Gorzów swoje funkcje pełnią społecznie.

- Przecież na temat pańskich zarobków jako prezesa Stali krążą legendy. Przyzna pan, że w obliczu powyższej odpowiedzi można trochę w tym wszystkim się pogubić?

- Może dlatego, że brakuje dobrej woli, a wszędzie szuka się tylko sensacji. Przypomnę, że w Stali zaczynałem pracę jeszcze w stowarzyszeniu jako dyrektor klubu. Potem na krótko odszedłem i wróciłem w 2009 roku, kiedy była już spółka. Zostałem zatrudniony przez ówczesnego prezesa jako jej menedżer. I do dzisiaj pracuję na tym stanowisku, a za pracę pobieram – jak każdy w Polsce - wynagrodzenie. W kwietniu 2012 roku, po rezygnacji Władysława Komarnickiego, jeszcze jako wiceprezes, bo nie przystałem na propozycję objęcia stanowiska prezesa, przejąłem ciężar kierowania klubem co czyniłem do września. Przez blisko pół roku Stal Gorzów nie miała wtedy prezesa. Dopiero we wrześniu 2012 roku, po kolejnej propozycji złożonej przez ówczesnego przewodniczącego rady nadzorczej Jana Kosa, zgodziłem się objąć to stanowisko, przyjmując jednocześnie na siebie bez dodatkowego wynagrodzenia obowiązki wynikające z tej funkcji. Od tamtej pory do dzisiaj nie pobieram żadnego wynagrodzenia z tego tytułu. Podobnie zresztą jest w przypadku stowarzyszenia, którego również jestem prezesem i tam także nie mam żadnej pensji, ale to naturalne, gdyż tak stanowi prawo.

- Jak odebrał pan stanowisko Stowarzyszenia Kibiców ,,Stalowcy’’, które może nieformalnie, ale jednak żądało od pana odejścia z klubu?

- Nigdy takiego stanowiska Stowarzyszenie nie sformułowało wobec mnie. Były to bardziej ataki hejterów w Internecie. Natomiast chciałbym tutaj wyjaśnić jedną sprawę. Ze względu na określony podział obowiązków w klubie nie miałem bezpośredniego kontaktu z tymi kibicami i przez to tak naprawdę o wielu rzeczach nie wiedziałem. Na spotkaniu poprzedzającym podpisanie porozumienia z dużym zdziwieniem usłyszałem od nich o wielu sprawach, które wcześniej były uzgodnione. Wynikało to bardziej z niedomówień niż ze złej woli. Stowarzyszenie w rozmowie ze mną poruszyło tematy już dawno uzgodnione, ale – jak się okazało - w międzyczasie zmieniły się władze Stowarzyszenia, wymienili się u nas pracownicy i nagle pojawiły się problemy. Obie strony trochę są temu winne, przyznaję to.

- Błędy są rzeczą ludzką, ale fajnie, jak wyciąga się z nich wnioski. Jaką nauczkę wyciągnie pan z tej lekcji dla siebie?

- Na przyszłość muszę zachować większą czujność. To nie jest proste, bo prezes takiego dużego klubu jak nasz ma na głowie mnóstwo spraw i nie zawsze jest w stanie śledzić wszystko co go otacza. W tym konkretnym przypadku zawiodła komunikacja. A jak nawala komunikacja górę zaczynają brać emocje. Zamiast natychmiast to przeciąć, niepotrzebnie przedłużyliśmy to wszystko. Żałuję, że Stowarzyszenie nie skorzystało z mojego zaproszenia pod koniec kwietnia, przed derbami lubuskimi. Myślę, że wtedy byśmy sprawę załatwili.

- Dlaczego zabronił pan kibicom wnoszenia atrybutów na mecze?

- Absurdalność tej sytuacji polega na tym, że nie zabroniłem. To jest kolejne nieporozumienie. Przecież kibice Falubazu dostali zgodę na wniesienie bębna i ,,szczekaczki’’. Gdzie tu logika, że pozwoliłbym zielonogórzanom wnieść te atrybuty a zabroniłby naszym kibicom? Po to, żeby naszych chłopaków zakrzyczeli? Zgoda była, ale nasi kibice nie skorzystali z tego, bo – powtórzę - zawiodła komunikacja.

- Czy zostały wyjaśnione zajścia na niektórych meczach wyjazdowych, jak choćby niedawno w Częstochowie, gdzie w gorzowskim sektorze interweniowała ochrona?

- Stowarzyszenie nie wzięło na siebie odpowiedzialności za przykre zdarzenia, które miały miejsce na niektórych wyjazdowych meczach. Mówię szczególnie o tych, gdzie interweniowała ochrona, bo ten w Częstochowie nie był jedynym. Rozumiem jednak kibiców ze Stowarzyszenia, bo nie mogą oni odpowiadać za zachowanie wszystkich będących w wydzielonym sektorze widzów, ale uzgodniliśmy, że będą teraz czynić wszystkich, żeby do przykrych sytuacji już nie dochodziło. W porozumieniu napisaliśmy, że ufamy sobie i mam nadzieję, że tak będzie.

- Dlaczego nie wpuściliście kibiców Motoru z ich akcesoriami na gorzowski stadion?

- To nie jest prawda. Mogli wejść z wszystkim akcesoriami, w tym z bębnem. Nie mogli wnieść jedynie oprawy, której ochrona nie była w stanie zweryfikować. Kłopot wziął się z tego, że kibice ci nie przysłali do klubu informacji o treści oprawy. Z czasem okazało się, że pomylili po prostu adres meilowy. Nie mając żadnego zgłoszenia oraz możliwości sprawdzenia ochrona nie mogła zgodzić się na jej wniesienie na trybuny. Inaczej byśmy ponieśli konsekwencje za złamanie regulaminu. Gdyby lubelscy kibice nie spóźnili się na mecz, zapewne można byłoby tę sprawę załatwić, ale w trakcie spotkania już takiej weryfikacji ,,od ręki’’ nie szło przeprowadzić, ponieważ osoby odpowiedzialne za to były już na stadionie, gdzie pełniły inne obowiązki.

- Czyli procedura wnoszenia opraw meczowych jest szczegółowo opisana w regulaminie?

- Przypomnę, że kiedy zielonogórscy kibice wnieśli haniebny transparent z napisem, od tej pory zmianie uległy zapisy regulaminowe, na bazie których trzeba najpierw zgłosić treść oprawy, a potem jest ona weryfikowana przez organizatora meczu.

- Co dalej z sektorem 60 na gorzowskim stadionie?

- Sektor bez zmian pozostaje dla Stowarzyszenia i klubowe stanowisko jest od lat takie samo. Chcemy, żeby na stadionie był prowadzony zorganizowany doping, ale z poszanowaniem przepisów prawa i… uszów innych kibiców. Na obiekcie są całe rodziny, w tym dzieci i naprawdę można prowadzić aktywny doping bez używania słów powszechnie uważanych za wulgarne. Ponadto oczekujemy, że każdy doping będzie prowadzony w barwach klubowych, a nie w czarnych.

- Jest szansa powrotu efektownych opraw na meczach przy ul. Śląskiej?

- To wszystko zależy od Stowarzyszenia i współpracujących z nimi kibiców. Ja jestem jak najbardziej za tym.

- Słowem, zielone światło zostało ponownie dla nich zapalone?

- Ono nigdy nie zostało zgaszone. Stowarzyszenie to jest grupa młodych ludzi, którzy chcą być bardzo aktywni, ale czasami gdzieś przytrafiają im się błędy. I zbyt emocjonalnie niekiedy podchodzą, kiedy zwróci im się uwagę. Poza tym wraz z upływem lat wymieniają się tam ludzie i bywa, że ci nowi nie wiedzą, jakie były ustalenia i potem dochodzi do nieporozumień.

- I na koniec, oberwało się panu od kibiców za zakontraktowanie Petera Kildemanda. Wierzy pan, że ten zawodnik spłaci dług zaufania?

- Sezon tak naprawdę dopiero wystartował i na wszelkie oceny przyjdzie czas po zakończeniu rozgrywek. Wielokrotnie już przeżyłem sytuacje, że jakiś zawodnik zawodził nas przez wiele meczów, a potem w najważniejszych spotkaniach stawał się bohaterem. Przykładem niech będzie Niklas Klingberg w 2007 roku. To głównie za jego sprawą awansowaliśmy do Ekstraligi, choć w rundzie zasadniczej jeździł katastrofalnie. Myślę, że Kildemand powoli zaczyna łapać odpowiednią dyspozycję. Pierwszym takim sygnałem niech będzie ostatni mecz z Betard Spartą Wrocław. Myślę, że bez jego skutecznej postawy, szczególnie w końcówce meczu, ciężko byłoby nam wygrać.

- Dziękuję za rozmowę.