W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Belii, Ludwika, Luizy , 25 sierpnia 2019

Gorzów to fajne miejsce do życia, bo ma rzekę

2019-05-29

Z Cezarym Żołyńskim, aktorem Teatru im. J. Osterwy, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_24923.jpg

- Mówią ludzie, że 30 lat na scenie już jesteś. To prawda?

- Obliczyłem, że to tak wychodzi (śmiech). Sam sobie to powiedziałem, bo jak zacząłem myśleć, to się okazało, że właśnie mija 30 lat od chwili, kiedy jestem na scenie. Matematyka nie kłamie.

- Ile z tego w Gorzowie?

- Dwadzieścia kilka, dokładnie nie liczyłem, ale dobrze ponad 20. Zresztą ja takich rzeczy dokładnie nie liczę.

- Jak to się stało, że ostatecznie zakotwiczyłeś w Gorzowie?

- Życie po prostu. Kiedyś zmieniało się teatry. Aktorzy częściej podróżowali od teatru do teatru. Szukało się nowych miejsc, nowych wyzwań. Ale potem nastąpił taki dziwny czas, kiedy zmiana teatru była bez sensu, bo zaczęło brakować pracy dla aktorów. To ten moment, kiedy stworzyło się znacznie więcej szkół teatralnych, takich dziwnych. Zaczęto wówczas produkować aktorów., takich młodych ludzi, którzy po dwóch latach stawali się właśnie aktorami. To wtedy młodym ludziom opowiadano, że mogą grać w teatrach, w filmach, a potem okazywało się, że jednak nie mogą. Wtedy zaczął się zawężać rynek pracy. No i niecelowym stawało się zmienianie teatrów. I wówczas zostałem w Gorzowie.

- Żałowałeś kiedyś tej decyzji?

- Nie, przecież tu fajne rzeczy nastąpiły. Pewnie gdybym nie był w Gorzowie, to bym się nigdy nie zajął reżyserią. To tu był taki moment, kiedy nieżyjący już Ryszard Major pozwolił mi coś zrobić w naszym teatrze dla dzieciaków. Potem ten sam Ryszard Major przyniósł mi jakieś takie pisemko i powiedział, że jest egzamin eksternistyczny reżyserski, więc to zrobiłem. Tutaj też fajnych ludzi poznałem.

- Zagrałeś w Teatrze Osterwy bardzo wiele różnych ról, bo i w spektaklach dla dzieci, dla dorosłych, no różne. Myślisz, że to byłoby możliwe w jakimś większym mieście? Mam na myśli granie, reżyserię i zabawę w Gwiezdne Wojny?

- Myślę, że nie miałbym czasu na takie różne działania. Chociaż w Gwiezdne Wojny na pewno bym się bawił. Co do innych rzeczy, to zwyczajnie nie wiem. Może bym reżyserował, ale na pewno mniej. Ale z drugiej strony, nie wiadomo. Bo na rzeczywistość człowiek nie ma za bardzo wpływu.

- Jak oceniasz gorzowską publiczność? Lubią ludzie chodzić do teatru w Gorzowie?

- Ważne jest to, że publiczność się zmienia. Wydaje mnie się, że był taki czas, że ludzi mniej chodziło, potem znów więcej, potem znów mniej. To dynamiczny proces. Teraz znów przychodzą inni ludzie. Oczywiście wszystko zależy od repertuaru.

- W twojej ocenie co gorzowianie lubią oglądać?

- Wbrew pozorom dobry teatr.

- Co rozumiesz pod tym pojęciem?

- Dobrze zagrany, z emocjami. I nie jest istotne, czy to komedia, czy dramat. Przekonałem się, że rzeczy szybkie, łatwe i przyjemne – bo takie też można robić – to się też podoba, ale szybo się taki spektakl kończy. Ludzie czekają na duże wydarzenia, na spektakle, które są dobrze zagrane, mówią o czymś ważnym, o których się myśli i dyskutuje. Gorzowska publiczność potrafi docenić takie rzeczy, takie spektakle.

- Czyżby nam się Gorzów teatralnie edukował?

- Myślę, że już można tak powiedzieć. Choć, jak podkreślam, zmieniła się publiczność. Może i dobrze, że tak się dzieje.

- Masz czas, żeby bawić się w Gwiezdne Wojny? Bo całe życie te Gwiezdne oglądasz. Mało tego, dowodziłeś Legionem 501…

- Fakt jeszcze dwa lata temu dowodziłem. Są wybory i dowódcą został ktoś inny.

- Objaśnij proszę, co to jest ten Legion 501, bo zakładam, że niekoniecznie jest to wiedza powszechna.

- Legion 501 to organizacja międzynarodowa zrzeszająca fanów Gwiezdnych Wojen, którzy mają kostiumy tej Ciemnej Strony Mocy. Kostiumy takie, jak w filmach Gwiezdnej Sagi, dodam. Trzeba mieć skończone 18 lat i replikę kostiumu, bardzo dokładną.

- Czyli Rebelia, taki Han Solo czy Księżniczka Lea nie może być w Legionie 501?

- Nie, oni mają swoją organizację. My się z Rebelią nie zadajemy (śmiech).

- To dlatego, na znak przywiązania do Legionu na swoim jubileuszowym monodramie, jaki grasz w teatrze, na scenę wchodzisz z maską Lorda Wadera?

- No oczywiście. I to jest właśnie bardzo wierna replika Lorda Wadera z „Imperium kontratakuje”.

- Swego czasu masę ludzi w Gorzowie zainfekowałeś właśnie „Gwiezdnymi Wojnami”. Oglądaliście razem kolejne filmy, robiliście ciekawe spotkania. Jak to teraz jest? Są podobni fani?

- Tamta młodzież się rozjechała po Polsce i nie tylko. Oczywiście oni cały czas siedzą w tych klimatach. Między innymi mój syn Michał też brał w tym udział, a dziś pracuje w dużej firmie komputerowej w Gdańsku, ale klimat nadal czuje. Naturalnie jest garstka fanów w Gorzowie, którzy mają kostiumy, z którymi gdzieś tam się spotykamy na różnych konwentach, ale rzeczywiście nie robimy tego w Gorzowie. Ale powiem, że chętnie bym tu coś jeszcze zrobił. Ale nie ukrywam, że musiałbym mieć dużą pomoc w organizacji tego, bo to jednak duże przedsięwzięcie jest. Wówczas byli ludzie i dlatego udało się zrobić dwa duże konwenty. Przypomnę, że na Dagobah 2007, czyli na nasz tu w Gorzowie konwent po raz pierwszy do Polski przyjechali aktorzy z Gwiezdnej Sagi. Jakby się znów znalazł taki potencjał, tacy ludzie, to czemu nie? Przecież Gwiezdne Wojny to znakomita marka. I jest do przejęcia znów. Inna rzecz, że w Gorzowie są ludzie, którzy twierdzą, iż Gwiezdne Wojny nie mają nic wspólnego z kulturą. I potem, po tych słowach konwenty przeniosły się do Torunia i Bydgoszczy.

- To może teraz o twoich innych wcieleniach, bo z równą lubością wcielałeś się w Jacka Sparrowa z „Piratów z Karaibów” czy w Indianę Jonesa z „Poszukiwaczy zaginionej arki”.

- Ja zwyczajnie lubię takie filmy. Uwielbiam je po prostu. I dlatego z dużą przyjemnością wcielam się w te postaci. To jest niezła zabawa. Wiesz, Jack Sparrow to jest taka trochę przeze mnie podrabiana postać, natomiast w przypadku Indiany Jonesa to też już jest replika kostiumu – łącznie z koszulą, z tą jego torebką, która okazuje się być torbą na maskę przeciwgazową z czasów II wojny światowej, do tego odpowiednie buty, no i obowiązkowo kapelusz fedora. To jest wszystko do zebrania, a ile daje radości (śmiech).

- Jak twoja żona znosi te ciągłe wcielana się w różne postaci?

- Ma kostium Scouta z „Powrotu Jedi” i kostium Tuskenki. Jakoś daje radę (śmiech).

- Nie dość, że robisz sporo w samym mieście, to jeszcze też działasz dookoła. Jak ty znajdujesz na to czas?

- Może mam go za dużo? Nie, to żart. Zwyczajnie lubię różne wyzwania. Jeśli jest jakaś okazja zrobienia czegoś nowego, fajnego, to ja ją podejmuję. Mnie to sprawia przyjemność.

- Jak ci się mieszka w Gorzowie?

- Dobrze mi się tu mieszka. Wiesz, jest rzeka, można sobie posiedzieć. Dopóki były knajpki czynne na bulwarze, to lubiłem sobie tam zajść, zjeść śniadanie, wypić kawę, przeczytać gazetę. Mam nadzieję, że po remoncie znów będzie taka możliwość. Mieszkam w centrum, więc mam wszędzie blisko. Jak to się pospolicie mówi, z kapcia wszędzie dojdę. A jak tu w końcu się te remonty skończą, to już będzie super. Co prawda ten planowany i powstający deptak budzi moje ambiwalentne uczucia. To może być fajna rzecz pod warunkiem, że powstanie cala infrastruktura związana z deptakiem właśnie. I powiem, że czuję, iż to może być fajne. Ale proszę, nie każ mi tłumaczyć, bo za bardzo nie umiem. Po prostu wiem, że tak będzie. Tu mieszka sporo starszych ludzi i dla nich to będzie coś niezwykłego. Takie miejsce, gdzie będą sobie mogli przysiąść na ławce. Inna rzecz, że my cały czas zapominamy o tych ludziach. Co prawda jest kwestia dojazdu, bo sam na razie nie bardzo wiem, jak będę dojeżdżał w okolice domu. Ale jak teraz jest to tak rozkopane, to też myślałem, że nie dam rady. A jednak stało się inaczej. Wyobraź sobie, że mieszkańcy centrum świetnie sobie radzą z tymi rozkopami. Kto narzeka? Ano ci, co z rzadka zjeżdżają do centrum.

- Jednym słowem, da się tu żyć?

- Oczywiście. Tylko brakuje tu świeżej krwi. A to jest związane niestety z uczelniami wyższymi. W takiej Zielonej Górze mają ten swój uniwersytet, tam ludzie jadą na studia i żyją życiem miasta. U nas niestety – mamy studentów tygodniowych, którzy na weekendy zjeżdżają do domów i nie uczestniczą w żadnym życiu kulturalnym. Jak to się zmieni, to i miasto na tym zyska.

- Dziękuję bardzo.

Fot. Archiwum Teatru/Ewa Kunicka