W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Laury, Leszka, Marcjana , 17 czerwca 2019

Gorzów jest miastem urokliwym, choć ma wiele rzeczy do poprawy

2019-06-12

Z prof. dr. hab. Pawłem Leszczyńskim, wykładowcą Akademii im. Jakuba z Paradyża, prezesem gorzowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego oraz sekretarzem również gorzowskiego oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_25063.jpg

- Panie profesorze, Gorzów jest miastem, gdzie od pewnego czasu historia, dzieje miasta są bardzo ważne. Jak pan ocenia miasto właśnie pod tym względem?

- Od lat 90. ubiegłego wieku wykonaliśmy bardzo dobrą pracę. Mam na myśli ten moment, w którym powrócił samorząd terytorialny. Bardzo szczególnym okresem powrotu do źródeł, do tego, że nasza historia nie zaczęła się 30 stycznia 1945 roku, były lata 1994-1998. Bo tylko przypomnę, że w okresie pierwszego samorządu zwyczajnie bano się ruszać tych spraw. Mówię dla przykładu o obchodach 740-lecia miasta, przez niektórych krytykowanych, bo jak twierdzili, po co świętować taką rocznicę.

- Przypomnijmy, wówczas odsłanialiśmy odbudowaną Fontannę Pauckscha, czyli Maryśkę z wiadrami na Starym Rynku.

- Dokładnie tak. Było to 2 lipca 1997 roku. To było bardzo ważne wydarzenie. Nawet te nalepki, z których się wówczas też śmiano – Gorzów, miasto przyjazne albo z drugim napisem – Ja też kocham moje miasto. Wtedy stworzyła się bowiem potrzeba powrotu do patriotyzmu w pojęciu lokalnym, w ujęciu małych ojczyzn. Wtedy naprawdę bardzo dużo się działo w tych kwestiach. Gorzów był wówczas w awangardzie, jeśli chodzi o powrót do lokalnej historii.

- A dlaczego?

- No właśnie. Przypomnę zatem, że w przyszłym roku będziemy obchodzić okrągłą rocznicę nawiązania formalnego partnerstwa między Gorzowem a Herfordem. Przypomnę też, że było to modelowe podejście do relacji pomiędzy byłymi a obecnymi mieszkańcami miasta. Trzeba dodać, że zostało to ładnie wkomponowane w paletę obecnych mieszkańców, którzy przybyli z różnych miejsc, jak Grodno, Wilno, Wołyń, Kołomyja i tak dalej z jednej strony, z drugiej Polska centralna, Świętokrzyskie, a z kolejnej dawni mieszkańcy. Udało nam się wypracować dobry model. Trzeba jednak zauważyć, że obecnie mamy lekki kryzys tego modelu. Szczytowy moment to druga połowa lat 90. i pierwsze lata XXI wieku. Warto też przypomnieć, że tamte czasy to też cała masa wydawnictw, jakie się ukazały.

- Panie profesorze, ja się nie do końca zgodzę z pana twierdzeniem, że obserwujemy z lekka spadek zainteresowania regionem. Mamy bowiem coraz więcej portali społecznościowych zainteresowanych historią. Cały czas obecna jest Christa Wolf z jej książką „Wzorce dzieciństwa”, regionaliści ciągle coś nowego znajdują w przeszłości. Proszę sobie przypomnieć, co działo się na promocji albumu ze zdjęciami Waldemara Kućki…

- Fakt, takich kolejek po książkę z przeszłości miasta jeszcze nie było. I to jest rzeczywiście mocny argument za tym, że regionalizm ma się dobrze. Jakkolwiek z drugiej strony proszę zauważyć, że ciągle są to mniej lub więcej te same osoby. Chodzi mi o to, że aktywność obywatelska dotyczy ciągle tych samych ludzi. Przypomnę Fotografię Gorzowian…

- Stanęło wówczas 7,5 tys. mieszkańców…

- Tak, 7,5 tys., a ile Gorzów liczy? Pamiętam też przygotowania do 750-lecia miasta. Byłem wówczas w komitecie przygotowującym te obchody. Wówczas dążeniem miasta było bardzo szerokie dążenie, aby do uczestnictwa w świecie zaangażować maksymalnie wszystkich mieszkańców. Była poważna obawa, czy tak się stanie. A proszę sobie przypomnieć, jak pięknie szkoły się wpisały w te obchody – mam na myśli choćby korowód historyczny. Po to wspominam, aby stwierdzić, że 2 lipca – data lokacji miasta, data urodzin Gorzowa nie jest zakorzeniona w świadomości mieszkańców, jak powinna być. I tu mamy jeszcze wiele do zrobienia. Ale z drugiej strony chciałbym podkreślić rolę nauczycieli, historyków z różnych szkół, którzy naprawdę wiele robią, aby ta historia miasta stawała się bliska uczniom. To oni, pamiętając o historii powszechnej, zawsze wplatają w nią historię miasta. Mówią dla przykładu o Kościele Zgody (Biały Kościół – roch). Ale czego mi żal, co było, a co zostało zaniechane, to konkurs dla młodzieży o Gorzowie. Od pewnego czasu go nie ma, a szkoda. Przypomnę, że była to formuła dwustronna – polsko-niemiecka.

- Jak pan myśli, z czego to wynika?

- Może z tego, że jesteśmy świadkami odchodzenia pokolenia osób bardzo mocno zaangażowanych w procesy budzenia świadomości społecznej. Nie mamy Christy Wolf, nie ma już Urszuli Hasse-Dressing, obie zmarły w 2015 roku. Z drugiej strony odeszło też bardzo wielu historyków-regionalistów, jak choćby pan doktor Piotr Franków.

-Pani profesorze, pora na spojrzenie na współczesny Gorzów. Jak pan ocenia miasto? Jak się panu mieszka w Gorzowie?

- Miasto Gorzów jest miastem urokliwym. Mamy z pewnością bardzo wiele pięknych miejsc zielonych, ale jednak ubolewam i to bardzo mocno, że tych miejsc ubywa.

- Co pan ma na myśli?

- Choćby Górki Gazowe, mam na myśli rozlewającą się deweloperkę na obszary, na których może niekoniecznie powinna być. Tu dobrym przykładem będą niektóre obszary postilonowskie. Myślę też o takim procesie, jak rewitalizacja takiego czy innego parku. Jak człowiek parzy potem na efekty, to zwyczajnie zaczyna go mocno głowa boleć. Bo rewitalizacja nie polega na masowym wycinaniu drzew, jak to się dzieje w Gorzowie. Tym bardziej, że te drzewa dla nas, w sytuacji, w jakiej żyjemy, czyli dobie ocieplenia klimatu, przy ekstremalnych wydarzeniach w pogodzie, są zwyczajnie niezbędne. Wielkim błędem było w 2014 roku, proszę popatrzeć, to już 15 lat, wycięcie klonów w ulicy Chrobrego. Oczywiście nie uważam, że każde drzewo jest niezbędne. Ale myślę, że powinniśmy cenić to nasze naturalne zielone złoto i o nie dbać, a nie wycinać jak popadnie. Brakuje też inicjatyw dotyczących infrastruktury drogowej. Mam na myśli to, co się cyklicznie dzieje. Pada dużo deszczu, miasto płynie, dzieje się coś na kształt armagedonu. I to się powtarza. Tak się dzieje dla przykładu choćby przy Borowskiego i Dąbrowskiego. Tam się kompletnie nic nie dzieje. Nikt nie stara się cokolwiek z tym zrobić.

- Ma pan więcej takich negatywnych przykładów?

- Za chwilę będziemy obchodzić szóstą rocznicę wyłączenia mostu kolejowego z ruchu pieszych, czyli zamknięcie kładki. Przecież to odcięło Zawarcie od prostego i szybkiego dostępu do centrum. I wcale nie chodzi o kibiców żużla, tylko o ludzi z Zawarcia, którzy zwyczajnie korzystali z tej drogi. I w taki sposób dochodzimy chyba do najważniejszego problemu. Schody Donikąd. Tu już mamy 17 lat od chwili wyłączenia tego miejsca z użytku. Miejsce, które mieszkańcy Gorzowa świetnie pamiętają jako przepiękny punkt widokowy, jako wizytówkę miasta, jest dla nich praktycznie zamknięte. Miasto mówi o rewitalizacji parku Siemiradzkiego. I znów się boję, że jak ta rewitalizacja zostanie zakończona, to parku nie poznam. A po drugie – co to za rewitalizacja, kiedy się nie dotyka najważniejszej części parku, czyli właśnie Schodów. Czemu nie pokusić się o letni punkt gastronomiczny na górze? Przypomnę tylko, że ostatni program zagospodarowania tego miejsca padł w 2007 roku, kiedy Leszek Rybka był naczelnikiem wydziału gospodarki komunalnej. I koniec na tym.

- Panie profesorze, skoro mówimy o ważnych punktach na mapie miasta, to spójrzmy na cmentarze. Mamy kilka w granicach miasta, kilka historycznych, kilka zaniedbanych. Co z tym fantem?

- Owszem, mamy Cmentarz Świętokrzyski, przy Czerwonym Kościele, kirkut na osiedlu Słonecznym, ale jeszcze dwa inne, kompletnie zapomniane, bo przy pętli tramwajowej na Wieprzycach oraz przy pętli na Manhattanie. I faktycznie, temat leży od lat. Wyjątkiem na plus jest Cmentarz Świętokrzyski, bo tam się jakieś ruchy dzieją, choć jest ich za mało. Inna rzecz, że to cmentarz wyznaniowy, zarządzany przez parafię. Natomiast pozostałe nekropolie są zapomniane, zaniedbane. W przypadku kirkutu zawiedli nie regionaliści i historycy, a kolejne władze miasta. Ostatnie wielkie wydarzenie na kikucie odbyło się w roku 2000. Wówczas odmówiono kadisz z udziałem gmin wyznaniowych z Frankfurtu nad Odrą i Szczecina. Potem już nic, może od czasu do czasu ktoś tam pójdzie i z lekka posprząta. A może dobrze by było zadbać, założyć jakiś program edukacyjny. Dobrze by było, aby kirkut wrócił do świadomości mieszkańców. Wiem, że niektórzy nauczyciele historycy w jakiś sposób o tym miejscu edukują. Ale to są odosobnione przypadki.

- A Towarzystwo Miłośników Gorzowa?

- No właśnie, TMG, czyli ludzie, którzy wzięli sprawy w swoje ręce i upamiętniają zarówno byłych mieszkańców, jak i miejsca, choćby kamień w miejscu po synagodze landsberskiej to jest ich dzieło. Dodam, te wszystkie rzeźby postawione przez nich stały się znakiem wyróżniającym miasto.

- Panie profesorze, poleciłby pan Gorzów jako miejsce do mieszkania?

- Jak najbardziej. Mimo tych wszystkich rzeczy, o których mówiłem. Jak najbardziej. Jest to miasto nie za duże, nie za małe, lecz w sam raz. Do przejścia w miarę szybko, jak się to mówi, z buta. Na obecną chwilę mamy jeszcze problem z przejezdnością, ale wierzymy wszyscy, że to się w końcu zakończy. No i w końcu znów tramwaje wyjadą na ulice. Poza tym mamy dookoła fantastyczne tereny, jak i blisko do Berlina, Poznania, Szczecina czy Wrocławia. Czego chcieć więcej?

- Dziękuję bardzo