W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Aleksego, Bogdana, Martyny , 17 lipca 2019

Gorzów jest miastem, które ma swoje sezony

2019-07-10

Z Bartoszem Matuszewskim „Niedźwiedziem”, gorzowskim muzykiem i animatorem kultury, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_25252.jpg

- Barek, prowadzisz klub Magnetofon, który nie wszystkim jest jednak znany. Co to jest za miejsce?

- Magnetofon to jest miejsce, w którym swój program realizuje Fundacja Magnetofon, czyli ja  kilka innych osób z gorzowskiego środowiska, niedawno zwanego jeszcze młodym (śmiech), ale to już nie jest prawda, bo wszyscy już mamy powyżej 30 lat. To takie miejsce, które próbuje, dość podobnie jak Centrala, jak Sejf, przemycić do miasta różne muzyczne zjawiska, które w innych miejscach w ogóle by nie zaistniały. Gramy także muzykę elektroniczną. W zasadzie jeśli chodzi o gatunki muzyczne, to jesteśmy bardzo otwarci, bo gramy od jazzu po ciężką muzykę metalową, a nawet techno. Wszystko się tu wydarza. No i nazywa się ciągle nas sceną alternatywną, eksperymentalną. Cały czas mówi się o nas – awangardowi muzycy, którzy ciągle czegoś poszukują.

- Można więc powiedzieć, że jest to scena off, na której spotykają się ci, co się nie mieszczą w głównym nurcie muzycznym?

- Myślę, że w tych trzech klubach łącznie właśnie tak się dzieje. Ale przychodzą tu do nas różni ludzie. Jesteśmy bardzo otwarci, nie jesteśmy hermetyczni. To wszystko, co tu się wydarza, dzieje się między kulturą a rozrywką.

- Jak się udaje w mieście takim jak Gorzów prowadzić właśnie taki klub?

- Strasznie ciężko, ale wesoło.

- Co znaczy – strasznie ciężko?

- Jak wszystkie takie miejsca borykamy się co miesiąc z opłatami. Warto też dodać, że w Magnetofonie jest poza naszą fundacją kilka innych organizacji. Ma tu swój kącik Fundacja Kota Dziwaka. Działa Spółdzielnia Pracy Woreczek, która prowadzi nasz bar. Mamy też salę prób, w której spotykają się różni muzycy, żeby sobie pograć. Od jakiegoś czasu jest też grupa młodych DJ-ów i producentów muzycznych. Jednym słowem jest tu dużo ludzi, którzy chcą coś robić.

- A co jeszcze jest trudne?

- Trudne jest też pogodzenie się z tym, że Gorzów jest miastem takim, jakim jest, czyli miastem, które ma swoje sezony.

- Co rozumiesz pod tym określeniem?

- Znaczy to tyle, że między wiosną a jesienią są takie dni, kiedy nic kompletnie się nie dzieje. I mimo że wszędzie wszyscy coś robią, to nic nie ma. I choć są jakieś wydarzenia zapowiedziane, ktoś przy tym pracował, poszły ogłoszenia o wydarzeniu, a jak przychodzi co do czego, to nie zjawia się nikt. Wchodzi się do jednego klubu, a tam może z pięć osób, wchodzi się do drugiego klubu, a tam są może trzy osoby. Sprowadza się naprawdę jakąś ciekawą postać, którą, wydawałoby się, wszyscy chcą zobaczyć, a tu przychodzi raptem dziesięć osób na koncert. I to się wydarza notorycznie, co jakiś czas. Cały czas jest huśtawka pomiędzy dniami, kiedy potrafi przyjść naprawdę duża grupa ludzi, czasami nawet bardzo duża, że trzeba ograniczać wstęp do klubu, a na co drugą imprezę przychodzi garstka. I to mimo naprawdę dużego nakładu pracy włożonego w organizację. I to jest specyfika Gorzowa.

- A w takim razie na czym polega owa wesołość w prowadzeniu klubu?

- Wesołe jest to, że robię to, co lubię. I ludzie, którzy tu są, też robią to, co lubią.

- Lubisz się borykać z opłatami, organizacją koncertów?

- Lubię organizować koncerty. Lubię organizować wydarzenia. Lubię patrzeć, jak ludzie się spotykają i dobrze się bawią. Nawet jeśli jest mało ludzi na koncercie, to muzycy są z reguły zawsze bardzo zadowoleni. Wiesz, podobnie jest we wszystkich miastach średnich i małych, nie tylko w Gorzowie. A w dużych miastach też jest trudna sytuacja, ponieważ jest odwrotnie. Tam jest klęska urodzaju. Dla przykładu w Warszawie może być jednego dnia ze 200 dobrych imprez, a w tym cztery czy pięć, na których wszyscy chcą być. A reszta ma publiczność taką, jak w Gorzowie, czyli pięć osób. Tak właśnie jest, w dużych miastach klęska urodzaju, w małych plaża. Ludzie wolą pojechać nad jezioro. Albo pada deszcz i się nie wychodzi z domu, bo nie. No i tak to jest. Ale jak muzycy przyjeżdżają, i tak się cieszą. Bo mogą zagrać. Zwróć uwagę, że kapele generalnie koncertują w tych samych miastach i klubach. Od Gdańska przez Warszawę do Krakowa, Poznania, Wrocławia i czasem w Szczecinie. Jak popatrzysz na afisze, to w kółko pojawiają się te same miasta i miejsca. A jak się muzycy mogą wyrwać poza ten krąg, to dla nich jest rewelacja. Tym bardziej, że Gorzów w muzycznym środowisku budzi zainteresowanie.

- Naprawdę? A to z jakiej przyczyny?

- Przecież stad jest Błażej Król, Żółte Kalendarze, stąd był Kawałek Kulki, stąd jest Adam Bałdych. Tu jest parę projektów muzycznych, które jeżdżą po Polsce. Jest kilka intrygujących nazwisk, no i muzycy z innych miast chcą zobaczyć, o co to z tym Gorzowem chodzi. Chcą zobaczyć środowisko, otrzeć się o nie.

- I nawet jak widzą pięć osób na widowni, to też się cieszą?

- No tak. Bo cieszą się z samej obecności w Gorzowie. Zresztą muzycy wiedzą, jak jest. No i mówi się trudno, tym razem było pięć osób, innym będzie więcej.

- Rozmawiamy o miejscu, które od pewnego czasu jest znakiem. Jest rozpoznawalne. Jest znakomicie usytuowane, bo w Łaźni, w centrum miasta. Czy wy macie jakiekolwiek wsparcie od miasta?

- Mam wsparcie z Miejskiego Centrum Kultury.

- To wiadomo, bo Kiero, czyli Rafał Stećków tam pracuje, a on od zawsze się alternatywą,czyli wami zajmował.

- Prawda, Kiero doskonale nas zna. Roztacza cały czas parasol ochronny. Od chyba już 20 lat doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jest tu kilka pereł, które warto dbać.

- Ma chłop do was święte nerwy. To fakt.

- No fakt. Ma święte nerwy, ale też zna i umie ocenić potencjał, jaki tu jest. Przecież kilka ciekawych osobowości tu urosło.

- Na czym polega to wsparcie Miejskiego Centrum Kultury?

- Pomagają, kiedy coś organizujemy. Potrafią pożyczyć różne rzeczy. Od czasu do czasu znajdują środki na jakieś imprezy dla nas. Wspierają dobrym słowem i radą. Czasami nawet obecnością, co jest ważne.

- A inne wsparcie. Było zainteresowanie z Urzędu Miasta, że fajny klub nam powstał?

- Na Nocnym Szlaku Kulturalnym wydział kultury tu był i dobrze się bawili. Zauważyli, że tu jest fajnie. Co zresztą było sympatyczne. Także Bogusław Dziekański doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robimy i też jest dla nas pomocny. Nawet w ramach współpracy między klubami jesienią chcemy zrobić takie wydarzenie – trzy koncerty – w Magnetofonie, Sejfie i Jazz Clubie z jednym biletem na wszystkie trzy. Może to będą dwa dni, zobaczymy. Jeszcze dyskutujemy nad kształtem.

- Mieliśmy trochę ponarzekać, ale jakoś nam to narzekanie nie wychodzi.

- Ja się nie koncentruję na narzekaniu, na trudnych rzeczach. Po prostu je omijam. Wiesz, jeśli chodzi o narzekanie, to może warto powiedzieć, że Gorzów tak do końca nie zdaje sobie sprawy z potencjału akurat tego środowiska. Tak się składa, że to środowisko jest bardziej znane poza Gorzowem, niż w mieście, w którym jest. Nie chcę się włączać w chór głosów, który dowodzi, że Gorzów jest złym miastem. Moim zdaniem jest tu taka sytuacja, która dotyka średniej wielkości miasta. Z tych miast ludzie wyjeżdżają do większych. Zupełnie niedawno grałem koncert w Poznaniu. Zastanawiałem się, kto przyjdzie i czy ktoś. A było naprawdę bardzo dużo ludzi. I byli to wszyscy klienci Magnetofonu, którzy pojechali na studia do Poznania, a do domu wracają na weekendy. Ci ludzie, mimo że jadą na studia, to mają w sercu Gorzów, bo między Centralą, Magnetofonem i Sejfem fajnie im się dorastało. Ale wybierają większe miasto, bo tak jest pragmatycznie. Chcą rozwijać skrzydła, robić kariery, a w Gorzowie nie ma takich możliwości. Mam wrażenie, że jakieś 15 czy 20 lat temu Gorzów oferował jakieś możliwości. Teraz tego nie ma zupełnie. Wówczas miasto miało aspiracje wielkomiejskie, a teraz nie ma ich wcale. Do Gorzowa napływają ludzie z mniejszych miasteczek czy wsi, których dopiero dzieci będą się interesować kulturą i czuć, że są z miasta. Bo tym nowym mieszkańcom wystarczy wychodzenie przed blok i bliska Biedronka.

- Thomas, czyli Tomasz Malewicz prowadzący Centralę zaryzykował kiedyś takie stwierdzenie, że tak naprawdę o Gorzowie wiedzą gdzieś tam w Europie, natomiast niekoniecznie wiedzą o nim sami mieszkańcy. Zgadzasz się z taką tezą?

- Dokładnie tak jest. Też mam takie odczucia. Zresztą z Thomasem spotykam się bardzo często. Czasami mamy obaj fajne koncerty, więc się dopasowujemy godzinami. Wtedy piszemy do siebie – ile u ciebie? Pięciu. A u ciebie? Też pięciu. No to fajnie. Kto pierwszy skończy, ten idzie do drugiego (śmiech). Nie narzekam, bo zdaję sobie sprawę w tego, że cudów w takim mieście, jak Gorzów, zwyczajnie się nie da osiągnąć. Ale ważne jest to, że można się realizować. I może to paradoks, ale plusem jest też i to, że tak mało się dzieje, więc jest dużo przestrzeni, aby coś robić. Można sobie znaleźć jakąś półkę i działać.

- No wasza półka to jednak trudna półka. Wasza muzyka…

- Jest taka, którą lubimy grać i którą żyjemy.

- Ale to jest taka muzyka, która wymaga trochę więcej, aniżeli Zenek Martyniuk i jego „Oczy zielone”.

- Zapewniamy rozrywkę innemu odbiorcy, o innych gustach. Może odbiorcy bardziej świadomemu muzycznie. Ludzie, którzy przychodzą tu na koncerty, wiedzą, na co przychodzą. I nie oczekują „Oczu zielonych”. Wiesz, może ci, co przez pomyłkę tu zaglądają, choć jest ich mało, może chcieliby to usłyszeć. Ale to się nie da, więc wychodzą.

- Bywa tak, że ktoś trafia po raz pierwszy, a potem wraca?

- Bywa. Notoryczne jest, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak potężną energią jest sam koncert, samo spotkanie z muzykami. Obcowanie z muzykami, od których stoi się może ze dwa metry, bywa czymś trudnym do zapomnienia. Często słyszę, że ktoś coś słuchał w Internecie, ale na koncercie to zupełnie co innego. I ludzie dziękują za koncert. To jest fajne. Dla takich ludzi warto to robić.

- Dzięki za rozmowę.

Fot. Arkadiusz Sikorski