W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2019

Na naszych oczach odchodzą świadkowie ​

2019-08-07

Z Robertem Piotrowskim, gorzovianistą, regionalistą, autorem książek poświęconych regionowi, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_25470.jpg

- Robert od zawsze udaje się tobie znajdować ciekawe tropy, ciekawe historie w nieprosty sposób wiążące się z miastem. Ostatnio powiązałeś Neurupppin z Gorzowem. Jak ty to robisz?

- Jak się coś robi od lat, to się trafia na takie ślady. Ale to jest trudne do opisania, bo to jest wynik czytania różnych źródeł, prywatnych kontaktów, podróży w różne miejsca. Ale też kojarzenia różnych tropów ze sobą. No i oczywiście jest to też sympatia do tego, co minione, życia tym od zawsze, w moim przypadku od dziecka. Przypomnę, bo miałem dziadków z rocznikami sprzed I wojny światowej, moja mama uczyła historii w różnych gorzowskich szkołach, więc takie książki były w domu. No tak już jest.

- Myślisz, że taki zwykły zjadacz chleba ma szansę zostać historykiem miasta?

- Nie mam pojęcia. Trudno powiedzieć.

- Mamy już całkiem niezłą biblioteczkę książek o mieście, w tym trochę twoich…

- Nieprawda. Bo co mamy?

- Mamy choćby „Encyklopedię”, książkę prof. Edwarda Rymara o Nowej Marchii i jak mówiłam, trochę twoich rzeczy.

- A gdzie je mamy?

- W różnych miejscach – w bibliotekach gorzowskich…

- A jaki mamy poziom czytelnictwa? No generalnie 30 procent czyta coś, natomiast takie specjalistyczne książki – nikt. A już w bibliotekach? Spróbuj pójść do księgarni i kup te książki, o których mówisz.

- Nie ma, fakt.

- Spróbuj sobie wypożyczyć w jakiejkolwiek bibliotece te książki do domu. Też się nie da. Ty masz te książki, ja je mam i jeszcze garstka innych ludzi. No ale ten przeciętny człowiek, o którym mówiłaś… No nie ma.

- Może jednak pójść do działu regionalnego gorzowskiej książnicy i sobie poczytać.

- Na emeryturze pewnie może. Ale normalny człowiek, który pracuje w normalnym trybie, mający dzieci, ma mnóstwo obowiązków, zwyczajnie nie pójdzie sobie do biblioteki, nie usiądzie i raczej nie zacznie czytać.

- Czyli mamy taką sytuację. Z jednej strony mamy już trochę regionalików, ale z drugiej strony praktycznie ich nie ma.

- Dokładnie tak. Mało tego. W tych książkach jest mnóstwo chwalebnych faktów, ale nie ma tam przystającej do codzienności informacji. Z tej literatury ludzie się nie dowiedzą o każdej kolejnej kamienicy, ani dlaczego Kłodawka tak płynie, a nie inaczej. Podobnie jest z tramwajami, bo akurat 120 lat mija od pierwszego w mieście, bo może trzeba byłoby się zastanowić, czy to sens jest, aby one tak kursowały jak na początku. Ale jak się czegoś nie wie, to się i nad tym nie zastanawia. Przeciętny gorzowianin nie ma dostępu do zrozumiałej i budującej przyszłość historii. Czytelnik albo ma wersję bardzo wysoką, akademicką, albo z drugiej strony ma disco polo i totalną pauperyzację z gatunku opowieści z mchu i paproci. Nie ma środka.

- To co zrobić, żeby wypełnić ów środek?

- Przypomnę, był taki epizod jak Dom Historii Miasta, po to, żeby mieszkańcy mogli przyjść, żeby mogli coś usłyszeć, żeby ich zaprosić na wycieczkę po mieście pozornie przez nich znanym, zrobić im pokaz filmów albo pewną wystawę plenerową. Ale też i po to, żeby żyć historią miasta przy okazji różnych rocznic miejskich czy szkolnych, ale też prywatnych, firmowych, jakichkolwiek. To miał być suport dla miasta, żeby już nikt nie pisał bzdur, albo innych historyjek. Ale skończyło się tym, czym się skończyło. Wśród przyjaciół psy zająca zjadły.

- Robert od kilku lat mówisz, że potrzebna jest właśnie taka historia, takie jej ujęcie.

- Już nie mówię.

- Dobrze. Nie mówisz, ale czy myślisz, że jest szansa, aby właśnie tak opracować historię miasta?

- Nie. Bo nikt za to nie zapłaci. Nikt w żaden rozsądny sposób nie dostarcza tej tematyki, bo zasadniczo nikt tego nie potrzebuje. Wszystkim jest dobrze, jak jest.

- Robert, ale przecież cały czas zdarzają się takie kwiatki, że do biblioteki przychodzą panie przedszkolanki w poszukiwaniu lubuskiego stroju ludowego, który de facto nie istnieje.

- No i pewno będzie ich jeszcze więcej. I pewnie będzie z tym jeszcze gorzej. Pewnie za moment będziemy słyszeli takie wierutne bzdury, że aż strach. Ale powtórzę, jak się nie ma wiedzy, to się różne rzeczy mitologizuje, tworzy się legendy. Jak nie ma lekarzy, to dobrze się mają szamani i inne szeptuchy.

- I twoim zdaniem nikomu nie zechce się przywracać miasto wiedzy o nim samym?

- A znasz kogoś, komu w sposób planowy, zaopatrzony finansowo, organizacyjnie zależy, aby zafunkcjonowała historia w mieście? Bo na pewno to my, ale co my możemy? Kto czyta to, co my piszemy? To skromny procent mieszkańców.

- Obecnie skończyły się wykopaliska przy katedrze związane z remontem ul. Sikorskiego. Czy twoim zdaniem efekty nie powinny być podane do wiedzy publicznej, jakoś upamiętnione w sferze publicznej?

- Nie mam wiedzy. Widziałem ludzi, którzy coś tam robili, więc mogę się domyślać, że coś tam się działo.

- A nie chciałbyś się dowiedzieć?

- Pewno chciałbym. Tylko się zastanawiam, czy ta wiedza jest mi do czegoś niezbędna. Jak chodziłem po nierozkopanych ulicach, też chciałem widzieć, co pod nimi jest. To, że je rozkopano i że tam coś robiono, to wiem. Ale co dalej? Jeśli się coś pojawi i będzie do kupienia, to pewno sobie kupię. Powiem, że w Gorzowie nie funkcjonuje wiedza historyczna w bardzo poważnym stopniu. My w Gorzowie nie mamy świadomości ani niczego na temat historii miasta. Zobacz, na naszych oczach odchodzą świadkowie historii, wraz z nimi świadectwa przeszłości. My się już możemy głęboko zastanawiać nad historią sprzed 20 lat. Przecież tego nikt nie uchwycił. Jakbyśmy sobie chcieli przypomnieć, co się działo w centrum Gorzowa przed 20 lat, to nie pamiętamy. A przecież żadna wielka rewolucja się nie wydarzyła, ulice są tam, gdzie były, katedra, choć nadszarpnięta, stoi tam, gdzie stała. Ale jakbyśmy sobie spróbowali przypomnieć te miejsca właśnie sprzed dwóch dekad, to zaczyna się trudność. Te same miejsca 20 lat temu, 40 lat temu – sklepy, firmy – z tym mamy problem. Ktoś od czasu do czasu zrobi jakiś konkurs historyczny. Dla przykładu SDH – działy w tym sklepie, może ktoś ma zdjęcia? Pewnie nie. Może uda się wyznaczyć ramy czasowe, może ktoś zapamiętał, że tam się klucze dorabiało i pewno wielu z gorzowian ma jeszcze takie klucze. Wszystko się rozwiewa. Znika. Ta wiedza się zwyczajnie rozwiała. Jeśli teraz już jest to wiedza trudna do odtworzenia, to co będzie za 50 lat?

- To fakt, tym bardziej, że coraz intensywniej wchodzimy w erę cyfrową. Nikną takie materialne ślady, jakie kiedyś były, jak bilety, listy…

- Listy, kartki pocztowe, nie ma tego. Kto drukuje maile czy też załączniki do nich? Nikt. Wszystko znika. Zastanówmy się, co zostanie po redakcjach gazet w Gorzowie? Ja swego czasu miałem okazję zajrzeć do szafy, która została po pewnej redakcji, a tam jeszcze była teczka po naszym wspólnym koledze, którego musieliśmy przedwcześnie pożegnać. A tam były skarby z czasów zbiórki na figurę Szymona Giętego – cegiełki, wycinki prasowe, ale to były jeszcze czasy analogowe. Po współcześnie przeprowadzanych akcjach jak Ławeczka Nelly czy popiersie Bauera nie będzie nic. Bo nawet w świecie wirtualnym wszystko ginie. Zastanawiam się, czy jakiekolwiek zdjęcie wykonane przy tych okazjach zostało wywołane do formy papierowej?

- Robert, to smutne, co teraz powiedziałeś.

- Ale to dokładnie tak jest. Przykład – jeśli zechcę opisać jubileusz miasta sprzed 12 lat, to jeszcze mam się na czym oprzeć. Jeszcze są jakieś materialne rzeczy. Ale gdyby przyszło do marnego i zmarnowanego jubileuszu 760-lecia sprzed dwóch lat, to już nie ma nic namacalnego, nic materialnego, czegoś, co można badawczo potraktować. Na pewno nie będę szukał po różnych płatnych stronach w Internecie. To jest taki jubileusz, który pozostał praktycznie bez śladu. I ten trend jest owszem, do odwrócenia, ale potrzeba świadomości, że coś się złego dzieje. Ktoś musi mieć. Ja przez lata o tym mówiłem, ale przyszedł moment, że mam dość. Mam zwyczajnie już dość.

- Dziękuję bardzo.