W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Arety, Marty, Marcina , 24 października 2019

Siatkówka czeka na właściwych ludzi

2019-08-14

Ze Stanisławem Kurysiem, wychowawcą wielu gorzowskich siatkarzy, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_25507.jpg

- Polscy siatkarze utrzymują się w światowej czołówce, wygrali ostatnie dwie edycje mistrzostw świata, a w Gorzowie żyjemy tylko wspomnieniami. Nie jest panu przykro, że nie mamy siatkówki na przyzwoitym poziomie?

- Oczywiście, że jestem mocno rozgoryczony taką sytuacją. Smutne jest też to, że na obecną chwilę nie widzę perspektyw jej odbudowy. Brakuje ludzi, którzy oddaliby się tej dyscyplinie sportu bez reszty, a do tego potrafiliby zbudować ją od podstaw. I nie chodzi tylko o ludzi kreatywnych, ale i przedsiębiorców, bo bez pieniędzy niczego nie da się stworzyć.

- W latach 60-tych w Gorzowie mieliśmy kilka ligowych zespołów, odbywały się nawet siatkarskie derby pomiędzy Stilonem, Admirą i Stalą. Był również Znicz. Z czego brała się wtedy popularność tej dyscypliny w naszym mieście?

- Z ludzi. Często były to osoby przyjeżdżające do Gorzowa, do zakładów pracy wprost po skończeniu studiów i tam na uczelniach grali w siatkówkę. Ponadto wielu przybyłych do miasta nowych mieszkańców przed wojną uprawiało ten sport i potem zaszczepiało go wśród innych. Była to bowiem łatwa w organizacji dyscyplina.

- Siatkówka była popularna wśród dzieci?

- Na podwórkach raczej nie grano, ale w szkołach już tak. Pamiętam, że wszystko zaczęło się od siatkarskich zajęć w Szkole Podstawowej nr 5, a było to na przełomie lat 50 i 60, gdzie nauczyciel wychowania fizycznego, pan Zbigniew Pierożek zaczął szkolenie i nauczył podstaw siatkówki kilku bardzo dobrych siatkarzy, między innymi Marka Ciaszkiewicza. W 1965 roku Jerzy Gerstenkorn mocno postawił na szkolenia dzieciaków w Szkole Podstawowej nr 17, biorąc pod opiekę ówczesnych ośmiolatków. Z czasem szkolenie zaczęło się na tyle rozwijać, że zajęcia prowadziliśmy z dziewczętami. Mówię ,,prowadziliśmy’’, bo w 1970 roku rozpocząłem pracę w tej szkole od zajęć z dziewczynami rocznika 1959. Był to już czas, że w siatkówkę na poważnie grano w wielu szkołach, w tym średnich. Ważnym momentem było utworzenie Znicza Gorzów, do którego trafiali najbardziej zdolni uczniowie z wszystkich szkół.

- Pierwszym talentem wywodzącym się z gorzowskiej szkoły siatkówki był Marek Ciaszkiewicz. Potem pojawili się inni, ale długo przyszło nam czekać na zbudowanie własnej, silnej drużyny siatkarskiej. Dlaczego?

- Pierwszą gorzowską gwiazdą rzeczywiście był Marek Ciaszkiewicz, który z reprezentacją Polski wywalczył srebrny medal mistrzostw Europy w 1977 roku. Był też Ryszard Grenda, który grał w Sosnowcu, a siostra Marka, Elżbieta Ciaszkiewicz również przez wiele lat występowała w kadrze narodowej. Później mieliśmy znakomitą grupę, z której wyróżniali się kolejni reprezentanci Polski - Marek Czubiński, Roman Borówko czy Ireneusz Kłos. Dwaj pierwsi wyjechali do Szczecina, ten ostatni do Wrocławia. Szkolenie było bardzo dobrze rozwinięte i znajdowało się pod lupą bogatych klubów, które kontrolowały to co się u nas dzieje. I podbierali nam siatkarzy, ale dlatego, że nie potrafiliśmy w Gorzowie zbudować drużyny mogącej grać na wysokim, ligowym poziomie. Nie potrafiliśmy, gdyż nie było takiej woli u ludzi odpowiedzialnych w mieście za sport. W Gorzowie królował futbol, silną pozycję miał żużel i siatkówkę traktowano bardziej w kategoriach zabawy.

- Nie udało się w latach 70., udało się dziesięć lat później, kiedy to Stilon ponownie postawił na siatkówkę. Czy byłoby wtedy możliwe zbudowanie drużyny, która awansowała do ekstraklasy bez własnych wychowanków?

- Zawsze można, ale wtedy trzeba posiadać dużo większe możliwości finansowe. Ja z sentymentem powracam właśnie do tej drużyny, którą głównie tworzyli nasi wychowankowie oraz młodzież przybyła z Warszawy z Witoldem Romanem na czele. Atutem tamtych czasów była również dobra atmosfera wokół siatkówki, choć czasy nie były najlepsze. W całym kraju sypała się gospodarka i Stilon jako zakład też cierpiał. Wiadomo, że w socjalistycznych warunkach decyzje najczęściej zapadały na wysokich stołkach, a finansowaniem sportu zajmowały się zakłady pracy. Kiedy jednak brakowało wszystkiego, sport od razu zaczął to odczuwać. Dobrze, że w tym okresie klub ruszył z własną działalnością gospodarczą, co w połączeniu z pomocą z zakładu oraz dotacjami pozwoliło dalej rozwijać sekcję siatkarską.

- Aż przyszły najpiękniejsze lata, kiedy to pojawiły się medale mistrzostw krajowych, Puchar Polski, występy w europejskich pucharach.

- Tak, a siłą drużyny, i to bardzo dużą, nadal byli nasi wychowankowie. O takich nazwiskach jak Roman Bartuzi, Karol Hachuła, Tomasz Borczyński, Radosław Maciejewicz czy Sebastian Świderski chyba wszyscy słyszeli. Szkolenie w tym czasie stało u nas na wysokim poziomie, ale mieliśmy też szczęście trafiać na perełki. Pamiętam, że jak zobaczyłem Bartuziego w pierwszej klasie, kiedy przypinali mu tarczę szkolną, to w pierwszej chwili nie liczyłem, że będzie dobrym siatkarzem. Z drugiej strony miał on chyba już 150 centymetrów wzrostu, kiedy inni może po 110. Przez to wyglądał trochę na takiego fajtłapę, ale przy takim wzroście w tym wieku normalnym było, że był przygarbiony, nogi schodziły do środka, lecz wystarczyło ciężko z nim popracować i został świetnym siatkarzem. Odwrotnie wyglądało to przy Świderskim. On niczym się nie wyróżniał, ale kiedy zaczął trenować widać było u niego ogromne zaangażowanie, chęci i z czasem ujawnił się też talent. Podobnie było w przypadku Jurka Boguty. Pod koniec trzeciej klasy miał on 132 centymetry, gdy średnia dla dziesięciolatków wynosiła 145, a kandydaci na siatkarzy mieli po 155 cm. Kiedy jednak rzuciłem w jego stronę piłkę i on mi ją odbił palcami od razu wiedziałem, że jest to materiał na świetnego rozgrywającego. I trafił do ekstraklasy.

- Na czym polega nos trenerski?

- Tego chyba nie da się opisać. Trener musi być jak zawodnik. Jeżeli chce osiągnąć sukces musi mieć talent i ciężko pracować, a pracę traktować jako pasję. Pamiętam, że swego czasu chodziłem po gorzowskich ulicach w poszukiwaniu wysokich rodziców z małymi dziećmi. Nawet z takimi jeszcze w wózkach. Kiedy tylko zobaczyłem natychmiast zostawiałem im namiary do siebie z prośbą, że jak będą wysyłać dziecko do szkoły podstawowej to niech się zgłoszą, bo chętnie przyjmę ich do klasy siatkarskiej. Często wyganiano mnie z innych szkół, kiedy chodziłem w poszukiwaniu wysokich chłopaków. Nie zniechęcałem się tym, bo zależało mi na pozyskaniu jak najlepszego narybku.

- Zapewne kiedy były wyniki chętnych do uprawiania siatkówki nie brakowało?

- To naturalne, że zawsze łatwiej prowadzi się szkolenie, kiedy obok znajduje się wzór, ale w pierwszej kolejności liczy się charakter danego ucznia. Jednym z najważniejszych zadań domowych, jakie zadawałem naszym siatkarskim adeptom było chodzenie na mecze siatkarzy Stilonu i liczenie przykładowo, ile dani siatkarze odebrali piłek, zepsuli zagrywek, ile wykonali ataków, itd. W tej sposób mobilizowałem ich do oglądania meczów pod nieco innym katem niż czynili to kibice. Oni musieli skupić się na obserwacji danych elementów. Dzisiaj jest trudniej, bo nie ma ligowej drużyny w Gorzowie i nie ma kogo podpatrywać.

- Czy przez ostatnich piętnaście lat rzeczywiście nie było szans odbudowania siatkówki na porządnym poziomie?

- Powiem szczerze, że długo wierzyłem w tę odbudowę, nawet wtedy kiedy Stilon zrezygnował z dalszego utrzymywania zespołu. Było wiele prób, ale zabrakło pomocy miasta. Nie tylko tej finansowej, ale i promocyjnej. Do tego siatkówka nie miała opiekuna, takiego jakiego miała i nadal ma koszykówka kobiet, która trafiła pod skrzydła uczelni. Jest to ważne, bo tam gdzie ,,kucharek sześć, tam nie ma co jeść’’. Siatkówką każdy chciał zarządzać, zaczęły powstawać różne inicjatywy, ale wszystko się rozmywało. W koszykówce jest wyrazisty podział. Tam tak naprawdę rządzi jeden człowiek. To Dariusz Maciejewski i wszystko jest podporządkowane jego pomysłom. Pamiętam, jak w dawnych latach, kiedy gorzowskimi trenerami rządzili Władysław Kosowicz i Ryszard Świątkiewicz nie do pomyślenia było, żeby trenerzy działali na własną rękę. Oni byli bogami i wszystko było podporządkowane ich strategii.

- A teraz, poza wyjątkami, chyba w całym sporcie mamy pełną dowolność, każdy chce być prezesem?

- Zgadza się i to w różnych dyscyplinach, nie tylko w siatkówce. W Gorzowie mamy teraz tak naprawdę cztery siatkarskie ośrodki. Może być ich nawet więcej, ale pod warunkiem pełnej współpracy, a tego nie ma. Kończy się tym, że najbardziej utalentowani wychowankowie trafiają do poza gorzowskich klubów.  Jeżeli coś należy w tym miejscu pochwalić, to rozwój siatkówki plażowej. Miasto zaangażowało się w pomoc budowę kompleksu boisk przy „Kukule”, co pozwala rozwijać działalność, w którą zresztą zaangażowało się bardzo dużo byłych siatkarzy i sympatyków piłki siatkowej plażowej, oczywiście z Wojtkiem Łazowskim na czele.

- To co mamy w tej chwili na gorzowskiej mapie siatkarskiej?

- Przede wszystkim Szkolny Ośrodek Siatkarski zbudowany na bazie dawnego szkolenia przy Szkole Podstawowej nr 17. Nie twierdzę, że ośrodek ten pracuje idealnie, bo zawsze można się do czegoś przyczepić, ale jego utworzenie było dobrym pomysłem. Tu szkolenie odbywa się do końca szkoły podstawowej. Takich SOS-ów w województwie są trzy. Potem najbardziej uzdolnieni siatkarze trafiają do Zielonej Góry, gdzie znajduje się jedyny w województwie ośrodek na poziomie szkoły ponadpodstawowej. Nie jest to jednak obligatoryjne, przez to tacy chłopacy z powodzeniem mogliby dalej edukować się w Gorzowie i grać w naszym klubie. SOS wychował kilku niezłych chłopaków, ale obecnie grają oni poza Gorzowem.

- W jakich klubach gorzowskich mogliby grać?

- Do tej pory mieliśmy dwa. UKS SET, który prowadzi Krzysiek Kocik oraz KS ATAK kierowany przez Jerzego Bogutę. Dosłownie w ostatnich dniach pojawiła się informacja, żepowstał kolejny klub SKS Gorzów, a drużyna składa się z zawodników ligi amatorskiej GALPS, II i III ligi.

- Co jednak zrobić, żeby nie tracić talentów?

- Organizacyjnie to bym widział tak, że SOS prowadzi szkolenie i występuje w lidze młodzików. UKS SET powinien skupić się na prowadzeniu zespołu seniorów, a KS ATAK kadetów i  juniorów. Przy dobrej współpracy klubów można byłoby przekazywać sobie zawodników. Można też powołać przy jednej ze szkół średnich, może przy Liceum Akademickim, klasy siatkarskie i tam prowadzić szkolenie dla potrzeb naszych klubów. Zachęcałbym do tego, zwłaszcza że miasto, za co trzeba pochwalić, planuje budowę hali i warto potem z niej korzystać.

- W zarządzie Polskiego Związku Piłki Siatkowej jest Zbigniew Wolski, ale i też były nasz siatkarz Tomasz Paluch. Jest to ważne, bo przecież można liczyć na ich pomoc organizacyjną w razie takiej potrzeby?

- Oczywiście, naszych byłych działaczy, siatkarzy, którzy mogliby włączyć się w odbudowę jest wielu. Wiem, bo większość to moi wychowankowie i mam z nimi stały kontakt. Powiem więcej, gdybyśmy zebrali naszych chłopaków grających teraz w różnych klubach spokojnie byśmy mogli mieć drużynę na poziomie czołówki II ligi, a nawet I  ligi. Biorąc pod uwagę, że szkolenie, o którym mówię, jest prowadzone naprawdę na dobrym poziomie mielibyśmy stały dopływ wychowanków. I na to dużych pieniędzy nie trzeba, potrzebni są – o czym wspomniałem na wstępnie rozmowy - ludzie, którzy by się tym wspólnie zajęli, a nie, że każdy sobie rzepkę skrobie.

- Dziękuję za rozmowę.