W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Jagienki, Kamili, Korneliusza , 16 września 2019

Niezaradnym życiowo trzeba jednak pomagać

2019-08-21

Rozmowa z Martą Kowalską, kluczowym doradcą procesu animacji i inkubacji Lubuskiego Ośrodka Wsparcia Ekonomii Społecznej w Gorzowie

medium_news_header_25544.jpg

- LOWES. Co to jest? Nazwa funkcjonuje jako etykieta, a mało kto wie, co się za tym kryje.

- Lubuski Ośrodek Wsparcia Ekonomii Społecznej to organizacja, a w zasadzie projekt unijny, który wspiera wszytko, co społeczne, począwszy od tworzenia miejsc pracy, wspieranie istniejących podmiotów jak spółdzielnie socjalne, ale też i współpraca z organizacjami pozarządowymi, jak fundacje czy inne. Ale wspieramy też osoby niezrzeszone, które chcą działać na rzecz swoich lokalnych środowisk lokalnych i na ich rzecz pracują.

- Na czym polega to wsparcie?

- Wszystko zależy od potrzeb. Na początku mówiliśmy, co możemy zrobić. A teraz wiemy już, że tak naprawdę ludzie chcą coś robić. I kiedy do nas trafiają, to mają dość precyzyjnie określone oczekiwania. Interesują ich sprawy organizacyjne, administracyjne, ale i wsparcie w postaci napisania wniosku czy projektu o grant. Wszystko zależy od człowieka.

- Ale pieniędzy do ręki nie dajecie?

- Pieniądze dajemy na tworzenie miejsc pracy dla osób z obszarów wykluczenia społecznego, dla osób niepełnosprawnych, dla osób długotrwale bezrobotnych, bezdomnych, uzależnionych. Te miejsca pracy powstają w przedsiębiorstwach społecznych i na to mamy pieniądze.

- Ale jak to jest. Mamy w Gorzowie bezrobocie na wysokości 2 procent, czyli praktycznie go nie ma. Co więcej, mamy olbrzymią społeczność ukraińską, która weszła w te miejsca pracy, które nie są podejmowane przez tutejszych, to komu wy chcecie pomagać?

- My nie mamy problemów w klientami. I to mimo statystyk, które mówią, że bezrobocia nie ma. Ale my nie mówimy stricte o samym bezrobociu. Mówimy o wykluczeniu społecznym, wykluczeniu zawodowym. O ludziach, którzy od lat nie potrafią się odnaleźć na rynku pracy. O takich, którzy próbują, podejmują pracę, ale rezygnują, lub ktoś z nich rezygnuje. I to są bardzo różne problemy. Coraz częściej są to problemy natury emocjonalnej i psychicznej, zaburzenia różnego rodzaju, ale też nigdzie niezdefiniowana taka niezaradność życiowa. Wygląda to tak, że coś zaczynam, coś podejmuję, ale nie potrafię tego pociągnąć, skończyć, brak mi samodyscypliny, żeby funkcjonować w określonych normach, które wyznacza nam rynek pracy.

- Chce pani powiedzieć, że ciągnie się za nami cały czas zmiana ustrojowa z 1989 roku?

- Oj nie, tak daleko to bym nie sięgała. Kiedy mówię o owej niezdarności, to mam na myśli młodsze pokolenie. To trzydziestolatkowie, którzy nigdy nie utrzymali pracy dłużej, niż rok lub dwa. Mówię o ludziach, którzy nie potrafią się odnaleźć. I powtórzę, to może być wynik jakichś zaburzeń emocjonalnych, stanów depresyjnych, uzależnienia od telefonu czy Internetu, czy innych używek. Do tego mogą dochodzić problemy z utrzymaniem relacji międzyludzkich, bo z tym też mamy do czynienia. Katalog problemów, czy też wachlarz, z którym się spotykamy najczęściej, to jednak bezrobocie, to niepełnosprawność, uzależnienia.

- Chce pani powiedzieć, że w Gorzowie już też są ludzie uzależnieni od nowoczesnych mediów?

- Przede wszystkim jest tak, że młodzi ludzie się nie potrafią odnaleźć. I ten problem widać coraz jaskrawiej. Jeśli 30-latek nie ma za sobą jakiegoś szczególnie bogatego doświadczenia, bo okresy pracy są krótkie, to jednak mamy problem, który trzeba znaleźć i nazwać. I to właśnie jest nasza rola. I tak naprawdę ten problem możemy włożyć w ramy wykluczenia społecznego. I w Gorzowie właśnie wykluczenie społeczne występuje w tych wszystkich obszarach, o których powiedziałam, bo to są wciąż osoby, które potrzebują pomocy. W Gorzowie są trzy Centra Integracji Społecznych.

- Co to jest?

- To są takie podmioty, którymi także się interesujemy, które są takim buforem pomiędzy skrajnym wykluczeniem społecznym a otwartym rynkiem pracy. Trzy podmioty, które prowadzą swoje programy, prowadzą różne grupy zawodowe. Do CIS trafiają różne osoby, wobec których standardowe metody reintegracji nie zadziałały. Oznacza to, że tam, gdzie Ośrodek Pomocy Społecznej już sobie nie daje rady, czyli nie jest w stanie zachęcić klienta, aby skłonić go do wejścia na rynek pracy, wówczas taka osoba trafia do Centrum Integracji Społecznej. My z CIS-ami współpracujemy bardzo blisko, bo ich klienci są także naszymi. Oznacza to, że dana osoba, która przejdzie już przez ten bufor, jakim jest CIS, musi się gdzieś odnaleźć. Proszę pamiętać, że jej będzie naprawdę ciężko wrócić na rynek pracy, gdzie są precyzyjnie określone oczekiwania. I pracodawcy, którzy zatrudniają ludzi z obszarów wykluczenia społecznego, są świadomi problemów, z jakim przyjdzie im się zmagać. Ci pracodawcy są świadomi tego, że taki pracownik może nie być tak wydajny, jak inni. Musi się zmierzyć z tym, że taka osoba, która ma depresję, przez trzy tygodnie nie pojawi się w pracy. Podobnie z osobami, które mają ciągi alkoholowe. Inna rzecz, że my też ich do takich sytuacji przygotowujemy. Ale osoby, które się do nas zgłaszają, przyszli pracodawcy, są tego akurat świadome.

- I to jest niesamowite. W czasach, kiedy praca jest wartością, kiedy pracodawcy ciągle narzekają, że brak rąk do pracy, znajdują się ludzie, którzy zatrudniają właśnie takie osoby z takimi problemami.

- Są cały czas ludzie społecznicy, choć ja akurat nie lubię tego określenia. Nie lubię, bo to określenie ma złe konotacje, zakłada bowiem, że pracują za darmo i trochę się flagują tym określeniem. Ale naprawdę ja spotykam wielu takich ludzi. I trzeba wiedzieć, że to są osoby przedsiębiorcze, które widzą sens w pomocy. Z jednej strony oczywiście jest to wiedza, że dotacja na miejsce pracy jest bezzwrotna, ale oni tych z problemami faktycznie zatrudniają i faktycznie chcą im pomóc. W poprzednim projekcie utworzyliśmy 182 miejsca pracy i większość z nich funkcjonuje w obszarze zawodowym nadal. I to po dwóch latach. Ci ludzie działają i to z sukcesami. Utrzymują te miejsca pracy. Można więc powiedzieć, że to działa. Może nie perfekcyjnie, bo wiadomo, że część się wykrusza, potrzeba nowych na ich miejsce, ale wciąż te stanowiska są. Pojawia się taki moment, że pracodawca rozumie tego człowieka i jego problemy.

- Jakiego rodzaju pracę oferujecie?

- To zależy od lidera, który się do nas zgłasza. Przekrój jest bardzo duży i bardzo różnorodny. Bo mogą to być klasyczne firmy sprzątające, cateringowe, poprzez firmy, które kopią studnie albo organizują zabawy dla dzieci. Wszystko zależy od poziomu skomplikowania danej pracy i przygotowania do danej pracy. Dla przykładu, matka, która od lat zajmuje się swoim niepełnosprawnym dzieckiem i nie pracuje, jest osobą wyłączoną z rynku pracy, więc też zagrożona wykluczeniem społecznym. A ona chętnie może podjąć pracę na cząstkę etatu w takiej firmie. To są różne skomplikowane problemy. My wiemy, że ludzie z różnych powodów nie są obecni na rynku pracy. O tym też należy pamiętać.

- Jakiś czas temu stworzyliście fantastyczny projekt, mam na myśli hostel w Kostrzynie nad Odrą, czyli w mieście, gdzie kompletnie nie ma bezrobocia. Bo jest strefa ekonomiczna i granica, która jest nie barierą, a wręcz magnesem. Jak się ma ten projekt?

- Ten hostel prowadzi nasze stowarzyszenie Lubuskie Stowarzyszenie Rozwoju Regionalnego „Rozwój”. To jest też taki eksperyment społeczny, który działa już kilka lat i działa na tyle dobrze, aby się utrzymać. Proszę pamiętać, że hostel obsługują ludzie z Centrum Integracji Społecznej. Pracują, obsługują ten hostel – sprzątają i wykonują wszystkie niezbędne prace. Oczywiście, są tam też zatrudnieni ludzie w normalnych zakresach, bo pracownicy CIS nie mogą pracować w nocy. Poza tym nasze stowarzyszenie prowadzi jeszcze kilka innych projektów. Dobrym przykładem są choćby Domy Dziennego Pobytu dla seniorów i osób starszych, które prowadzimy wraz ze Związkiem Organizacji Pomocowych. W Gorzowie mamy Klub Seniora, tu u nas przy ul. Przemysłowej. A Dom Dziennego Pobytu dla osób z różnymi chorobami otępiennymi, najczęściej z chorobą Alzheimera i pochodnymi, mamy w Deszcznie i też w Gorzowie, gdzie takie osoby mogą uzyskać opiekę.

- Pani Marto, ale LOWES jako pierwszy włączył się w akcję integracji Ukraińców i ciągle coś w tej kwestii robicie.

- Oczywiście, że robimy i będziemy robić nadal, wspierając organizacje pozarządowe działające na rzecz integracji.

- Ale cały czas przecież pojawiają się teksty, że za dużo tych Ukraińców, że powinni wracać do siebie.

- Nasze stowarzyszenie ma także wpisane w statut  działanie zadania z integracji międzynarodowej. Jak słyszę właśnie takie głosy, to zawsze powtarzam – przypomnijcie sobie, jak to było, kiedy Polacy jeździli na saksy na Zachód i jak nas tam wówczas „bardzo” kochano. Może warto czerpać z tego doświadczenia i przemieniać to w coś pozytywnego. Mieszkańcy Ukrainy, ale nie tylko, bo i Białorusi, bo i Rosji, bo też tacy tu są, oni tu będą i zostaną. To jest sytuacja zastana. Oni stają się członkami tego miasta, tej społeczności. Są aktywni, chcą działać, i ja ich za to niesamowicie podziwiam. Bo bardzo często są to ludzie znakomicie wykształceni, często z bardzo skomplikowanymi historiami, którzy przyjeżdżają tu i podejmują się najprostszych prac. A chcą działać, mają niesamowitą energię. I te działania, które stowarzyszenie podejmuje, a podejmuje, i będzie robić jeszcze więcej, są naturalną drogą, aby pokazać mieszkańcom Gorzowa, że każdy inny jest mieszkańcem i tak do tego trzeba podchodzić. Nie Ukrainiec i Polak, ale że mieszkaniec. Powiem tylko, że we wrześniu robimy wielką i ciekawą imprezę polsko-ukraińską. Myślę, że spodoba się każdemu.

- Myśli pani, że możemy zmienić postrzeganie nas Polaków na ich Ukraińców?

- Tak. Oczywiście. Przecież człowiek się zmienia. Jesteśmy przecież ludźmi.

- Dziękuję bardzo.