W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Ambrożego, Florentyny, Gawła , 16 października 2019

Trzeba do ludzi podchodzić i z nimi rozmawiać

2019-09-18

Z Dominiką Muniak-Szadej, reżyserką dokumentów o Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_25787.jpg

- Kim pani tak naprawdę jest? Reżyserką? Dokumentalistką? Kronikarką życia Gorzowa?

- Przede wszystkim to pasjonatką. Pasjonuje mnie robienie filmów dokumentalnych, robienie teledysków. Zawsze byłam związana z życiem artystycznym.

- Kilka lat temu zaczęło się na dobre, bo pokazała pani film „Przez różowe okulary” i to był film, w którym pokazała pani niepospolitych gorzowian.

- Tak faktycznie było. W pierwszych „Okularach” było pięciu bohaterów. Wszystko zaczęło się od pana w meloniku, czyli od pana Adama, czyli osoby wyjętej z zupełnie innej bajki, jakby z epoki wiktoriańskiej zjawił się w mieście. I na początku „Okulary” miały być tylko o nim. Dwa lata przed filmem spotkałam pana Adama gdzieś w mieście. Zwyczajnie zobaczyłam.

- Proszę opowiedzieć, jak on wyglądał.

- No właśnie. Wysoki mężczyzna, z wąsikiem, w okrągłych okularkach, do tego melonik. To było jesienią, więc miał długi płaszcz, lekarską torbę. Zwyczajnie przeniesiony z XIX wieku do naszej rzeczywistości. I muszę dodać, że to nie była jakaś przebieranka. Pan Adam tak po prostu się nosi. Nie dało się na niego nie zwrócić uwagi. Za pierwszym razem nie podeszłam do niego. Ale zaczęło mi się w głowie coś układać. I dopiero po dwóch latach udało mi się z panem Adamem poznać. Stało się to przy okazji Laboratorium Rejs, warsztatów filmu dokumentalnego tu w Miejskim Ośrodku Sztuki. Zaczęliśmy wówczas chodzić po mieście i szukać ciekawych osobowości. W tym też był właśnie pan w meloniku. Szukaliśmy go w mieście. Trafiliśmy na niego w zakładzie złotniczym przy ul. Hawelańskiej, bo on tam regularnie przychodził. I tak się zaczął mój kontakt z ciekawą, a na pewno nietuzinkową postacią. Pan Adam zadzwonił, porozmawialiśmy i miałam początek filmu.

- A potem do pana Adama dodała pani kolejnych bohaterów. Innych, niepospolitych. Jaki klucz pani stosuje przy wyborze swoich bohaterów?

- Sama lubię właśnie takich ludzi. Lubię takie kolorowe ptaki, które patrzą na świat przez różowe okulary. W tamtym filmie był pan taksówkarz, który śpiewa arie operowe. Poznałam go, bo jechałam taksówka, a on mi właśnie zaśpiewał. Pokazał, że ma niezwykłą osobowość. Kolejną bohaterką była pani Basia Latoszek, dziś już bardzo znana i rozpoznawalna, ale wówczas tak nie było. Spotkałam ją w Santocku, jak malowała obrazek z tamtejszym kościołem. No i też uwiodła mnie jej pasja do malowania Gorzowa, ale i nie tylko Gorzowa. Czasem bywa tak, że idę ulicą i ktoś mnie nagle czymś zaskakuje. I teraz, już po tych latach się nie wstydzę. Podchodzę, rozmawiam, pytam. Mnóstwo ciekawych ludzi spotkałam w tym roku na Nocnym Szlaku Kulturalnym. Czasami też bywa tak, że jak robię kompletnie coś innego, to poznaje kogoś, kto ma pasję, robi coś niezwykłego, a nikt o nim nie wie. To jest właśnie intrygujące.

- Jak do tej pory to ma pani na koncie cztery filmy o niezwykłych gorzowianach. A mówi się o tym, że Gorzów to takie miasto bez wyrazu, gdzie mieszkają szarzy ludzie. Zgadza się pani z takim myśleniem?

- Oczywiście, że się nie zgodzę. Moje filmy są tego najlepszym przykładem. Może dlatego, że dla mnie to nie jest szare miasto. Teraz jest rozkopane, ale nie o to chodzi. Znajduję to ciekawych, niebanalnych, kolorowych ludzi, bo tacy tu są. Tu mieszkają, tu różne intrygujące rzeczy robią, tylko trzeba ich zauważyć. I jak się z nimi spotykam, to mnie ich pasja zaraża. I nadal będę takich ludzi szukać. I teraz słówko – różowe okulary to były w trzech filmach. Natomiast w tym ostatnim, czwartym, pokazałam jubilatów, pary małżeńskie, które są ze sobą od pół wieku. Bo to też jest jakaś pasja, wytrzymać ze sobą 50 lat.

- Łatwo było znaleźć bohaterów?

- No właśnie nie bardzo. Bo to trzeba się odkryć przed kamerą. Powiedzieć sensowne słowa.

- To jak się to udaje?

- To jest trudne. Inna rzecz, że ja zawsze miałam problem z podejściem do drugiego człowieka. Musiałam się tego nauczyć. No i chyba w końcu jakoś daje radę. Trzeba do ludzi podchodzić, rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać, a potem to już można kamerę ustawić i kręcić.

- Szefowa DKF Iwona Bartnicka twierdzi, że pani filmy mają dwojaką funkcję. Raz pokazują ludzi, dwa są dokumentem czasów mijających lub minionych.

- Myślę, że rzeczywiście tak jest. Bo „Różowe okulary” są i o ludziach, ale i o mieście, w którym ci ludzie żyją. Dodam, że jak się miasto pojawia, to nie tak stricte -  że tu mamy katedrę, a tu mury obronne, a tu jeszcze coś tam innego znanego. To jest podróż sentymentalna, ale ze względu na ludzi, którzy się tu pojawiają.

- Udało się pani pokazać, że do tego miasta zjechało całe mnóstwo kolorowych ptaków. Siedzą sobie po swoich kątkach, coś robią. A pani ich zebrała i pokazała tę kolorową mozaikę, którą tworzą.

- Tak to wychodzi. W trzeciej części „Okularów” występuje już 40 gorzowian z jakimiś pasjami. I też z różnych dziedzin, bo nie tylko z obszaru kultury. No i kolejna zasada – interesują mnie osoby nieznane lub słabo znane. Mało kto wie, że w Gorzowie mamy słynną piniatolożkę, czyli panią, która robi piniaty.

- Co to jest???

- To ludowa tradycja meksykańska. Wykonuje się specjalne maskotki świąteczne, które w środku są wypełnione cukierkami. No i słynna jest dlatego, że zainteresowali się nią aż w Meksyku, dokładnie rzecz ujmując, Ambasada Meksyku.

- Pokazuje pani swoje filmy gdzieś poza Gorzowem?

- Oczywiście. Biorę udział w różnych przeglądach, konkursach. No i właśnie w październiku jadę do Warszawy. Pani dyrektor Ewa Kotus z Festiwalu Filmów Turystycznych i Korporacyjnych zainteresowała się pierwszym filmem „Gorzów w różowych okularach” oraz moimi wideoportretami. No i moje filmy zostaną pokazane w Warszawie, w Łazienkach. Będę tam razem z nimi. Cieszę się, że ktoś te filmy w Internecie zobaczył, że się spodobały. Co dalej? Zobaczymy.

- Plany na przyszłość?

- Film. Cały czas dokumentowanie rzeczywistości. Ale teraz na warsztat chcę wziąć lata 70 i 80. Bo to czas mojego dzieciństwa. I powiem tak, że jestem szczęśliwa, że dane mi było żyć  w tamtych czasach. Zresztą tęsknię za nimi. Przecież jak człowiek się z kimś spotykał, czy był na jakiejś imprezie rodzinnej, to ludzie ze sobą rozmawiali, a nie gapili się w komórki i nie mam na myśli składzików na węgiel. Wtedy było jakoś fajniej. Pisało się listy i kartki pocztowe. Mam w domu do dziś magnetofon na stilonowskie kasety. Może ugrzęzłam w tamtych czasach, ale one są dla mnie symbolem szczęścia. No i właśnie zaczynam zbierać materiały do filmu o tamtych czasach. Szukam zdjęć, pamiątek, wspomnień, które będą pokazywać tamtejsze relacje. Zdjęć z trzepaku, z rowerami, przy ognisku. Nie będę porównywać tamtych czasów do tych. Chcę tylko pokazać, jak się wówczas żyło. To będzie taki mój hołd złożony przeszłości, którą lubię i do której tęsknię.

- No to trzymam kciuki. I dziękuję za rozmowę.