W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Konrada, Renaty, Witolda , 12 listopada 2019

Nie miałem chęci jechać w wyścigu dodatkowym

2019-10-09

Rozmowa z Bartoszem Zmarzlikiem, żużlowcem truly.work Stali Gorzów, indywidualnym mistrzem świata 2019

medium_news_header_25996.jpg

- Po pierwsze, przyjmij proszę gratulacje za najpiękniejszy prezent, jaki mogłeś sprawić kibicom oraz wszystkim gorzowianom. Zostałeś pierwszym wychowankiem Stali, który zdobył złoty medal indywidualnych mistrzostw świata. Jesteś do końca świadomy jak wielki sukces osiągnąłeś?

- Jeszcze to do mnie nie dociera, może dlatego, że ja mam zaledwie 24 lata, a już udało mi się zebrać komplet medali w tych rozgrywkach. Zacząłem od brązowego, przed rokiem był srebrny, teraz złoty. Coś fascynującego. Ponadto jestem bardzo zmęczony i przemarznięty. Myślę, że potrzebuje trochę czasu na ogarnięcie tego wszystkiego. Tyle, że nie mam tego czasu.

- Porozmawiajmy o zawodach w Toruniu.O losach złotego medalu ostatecznie zadecydował zwycięski bieg półfinałowy. O czym się myśli w czasie jazdy w tak ważnym wyścigu?

- To był dla mnie szalony bieg. W pewnej chwili wydawało mi się, że serce z emocji właśnie stanęło, albo wyskoczyło, bo niczego nie czułem. Wyjątkowo dłużył mi się też ten wyścig, choć trwał tyle samo co wcześniejsze. Z niecierpliwością czekałem, aż pojawi się na mecie szachownica. Tych emocji tak naprawdę nie da się do końca opisać. W czasie jazdy spojrzałem nawet na telebim, zobaczyć, gdzie są rywale. Kiedy ujrzałem, że mam sporą przewagę zacząłem mówić sobie, żebym tylko nie popełnił żadnego błędu.

- Wiedziałeś, że do pełni szczęścia brakuje ci dwóch punktów?

- Tak. Przez całe niemal zawody nie liczyłem tych punktów, skupiałem się na wygrywaniu, bo wiedziałem, że tylko tą drogą mogę uzbierać brakującą do mistrzostwa liczbę. Przed półfinałem zapytałem jednak brata, ile dokładnie potrzebuję, żeby być pewnym zwycięstwa. Swoją drogą w Toruniu zdobyłem w sumie 14 punktów. To bardzo dobry wynik. Przed zawodami wziąłbym go w ciemno.

- Czy to był rzeczywiście najważniejszy wyścig w karierze?

- Zapewne tak, a już na pewno najtrudniejszy. Wiedziałem, że albo wygram i zdobędę tytuł, albo przegram i będę musiał czekać na kolejną szansę. Zapewne dopiero za rok. Musimy przecież pamiętać, że trzecie lub czwarte miejsce w półfinale zamykało mi drogę do finału i jednocześnie traciłem szansę na zdobycie kolejnych punktów. To z kolei groziło, że Leon Madsen mnie dogoni, a nie miałem chęci jechać w wyścigu dodatkowym o mistrzostwo świata.

- Bieg finałowy to już było tylko obowiązkowe odjechanie?

- Chciałem oczywiście powalczyć, ale to już tak naprawdę nie miało sensu. Muszę ten bieg sobie na spokojnie obejrzeć w telewizji. W finale nie miałem szans na włączenie się do walki. Podjeżdżając pod taśmę miałem jeszcze łzy w oczach i przez to te moje gogle zaparowały. Niewiele widziałem. Niby ten sam motocykl, to samo pole, ale ja miałem już zupełnie inne nastawienie. Przez to pojechałem słabiej, następnym razem popłaczę sobie po zawodach.

- Nerwowo było jednak wcześniej. W drugim swoim starcie o mało co nie upadłeś, w czwartym zaś byłeś bardzo wolny na dystansie i przywiozłeś tylko jeden punkt. To były najbardziej nerwowe chwile podczas tego turnieju?

- W drugim wyścigu miałem dobry start, lecz w wejściu w łuk odbiłem się od Madsena, kiedy go zakładałem. W efekcie wyprostowało mi motocykl. Po chwili zauważyłem, że jadę wprost w bandę. Na szczęście zdołałem wyjść z tej opresji i jeszcze zdobyłem dwa punkty. Czyli wszystko zakończyło się pozytywnie. Zaś w czwartej serii była pomyłka w ustawieniu motocykla. Chciałem po prostu coś sprawdzić przed ostatnim wyścigiem w rundzie zasadniczej, gdzie miałem jechać z Emilem Sajfutdinowem. Po tym błędzie już wiedzieliśmy co musimy zrobić, żeby przestać błądzić. Kolejne dwa starty były już bardzo dobre.

- To był zapewne trudny wieczór?

- Bardzo trudny. Zresztą cały ostatni miesiąc miałem trudny. Kiedy bardzo dobrze pojechałem w Vojens i tam wypracowałem sobie sporą przewagę poczułem również pewność swojej formy, swoich umiejętności. Wiedziałem, że mogę jechać na najwyższym poziomie. Z drugiej strony to nie był łatwy czas do życia. Przede wszystkim nie miałem możliwości jazdy w zbyt wielu zawodów. To oznaczało, że tego czasu wolnego nagle zrobiło się sporo i trzeba było znaleźć sposób na jego zagospodarowanie.

- Jak ostatecznie udało się wytrzymać presję?

- Paweł, mój brat, chodził za mną i powtarzał, żebym niczym się nie przejmował. ,,Ty nic nie musisz, a jedynie możesz. Masz 24 lata i jak nie w tym sezonie, to wygrasz w kolejnym’’ – dodawał. Trochę mnie to uspokajało, aczkolwiek wiem, że gdybym nie wygrał, to połowa stadionu by mnie zjadła, a zapewne wielu znowu mówiłoby, że coś zepsułem. Swoją drogą cieszę się, że stadion był wypełniony, wiem, że prawie wszyscy przyjechali mi kibicować i świętować sukces. To jest takie przyjemne.

- Kiedy po raz pierwszy w życiu pomyślałeś, że możesz zostać mistrzem świata?

- Bardziej o tym marzyłem. Od chwili kiedy zacząłem jeździć na minitorze. Realnie jednak mówiąc kluczowym momentem było dostanie się do Grand Prix i pierwszy sezon startów. Zrozumiałem wtedy, ile pracy wymaga wejście na szczyt, ale też podjąłem próbę i od razu zdobyłem medal.  Może to dziwnie zabrzmi, ale właśnie tamten brązowy krążek bardzo mi smakuje do dzisiaj. Pamiętam, jak przed ostatnim turniejem w Melbourne emocje mnie zjadały. Nie mogłem ich opanować, ale poradziłem sobie. Po ubiegłorocznym srebrnym medalu stało się jasne, że moim celem może być już tylko złoto.

- Droga do mistrzostwa chyba nie zawsze była usłana różami?

- Rzeczywiście, nie zawsze było kolorowo. Tylko ja i mój team wiedzą, ile nas to wszystko kosztowało. Ile było nerwów, nieprzespanych nocy, kłótni choćby o wybór silników. Ale na końcu wyszło, że świetnie współpracowaliśmy, czego dowodem jest osiągnięty wynik.

- Od kiedy jeździsz na motocyklach, a czynisz to od czwartego roku życia, to tak naprawdę istnieje dla siebie inny świat?

- Chyba nie. Kocham motocykle, kocham jazdę, kocham wygrywać. I mając przez ostatni miesiąc mnóstwo wolnego czasu i tak myślałem tylko o żużlu. Kiedyś mówiłem, że nie interesuje mnie klasyfikacja punktowa. Teraz było inaczej, ciągle analizowałem, co muszę zrobić, żeby obronić przewagę.

- Trzeba przyznać, że rywale, a zwłaszcza Leon Madsen nie ułatwili ci zadania. Denerwowałeś się widząc, jak lekko i łatwo wygrywa on biegi?

- Nie, skupiałem się na sobie, gdyż czułem, że też mogę być szybki. Przez to wiedziałem, że mnie również jest stać na skuteczną jazdę. Wiedziałem, że nawet jakiś słabszy bieg nie stanowi problemu, bo miałem kolejne i w nich musiałem się sprężyć. I to mi wychodziło.

- W tym sezonie jeździłeś bardzo dojrzale. Starałeś się brać wszystko co było do wzięcia, ale nie za wszelką cenę. Czy to już kwestia doświadczenie, czy może po prostu mocna psychika?

- Wszystko jest ważne, ale najważniejsze jest otoczenie. Kiedy wokół siebie przebywa sporo ludzi sam musisz wybrać, z kim chcesz przebywać, kto ma na siebie pozytywny wpływ. Do tego też musiałem dojrzeć.

- A z kim najchętniej przebywasz?

- Pomimo, że czasami emocje w nas buzują, to tak naprawdę z moim teamem rozumiem się bez słów. Pracujemy razem kilka lat i cała ekipa ma wpływ na moje nastawienie przed zawodami. Dodaje mi motywacji, pomaga w trudnych chwilach.

- Team to też członkowie rodziny.

- Przed czwartym biegiem kiedy spojrzałem na tatę byłem przerażony. On się cały trząsł ze względu na rosnące emocje. Nie widziałem go jeszcze w takim stanie. Musiałem więc dobrze pojechać, żeby te emocje nieco z niego zeszły. Tacie dużo zawdzięczam, bo mnóstwo rzeczy mnie nauczył. Podobnie jak mama, ale również wiele nauczyłem się od brata, moich mechaników Seweryna i Grześka, od trenerów i od wielu innych osób, z którymi współpracuję. To jest sukces nas wszystkich.

- Jesteś sportowcem spełnionym?

- Ja mam dopiero 24 lata, jestem zdrowy i tak naprawdę się rozkręcam. Dalej mogę walczyć o medale, przez to nie czuję się spełniony. Niczego lekką ręką nie oddam. Żadnego wywalczonego trofeum.

- Ostatnim, który obronił mistrzostwo świata był Nicki Pedersen w 2008 roku. Czy realna jest obrona mistrzostwa w przyszłym roku?

- Chciałbym wygrywać co roku, ale ważne jest też, żeby czerpać satysfakcję z jazdy. Dwa lata temu byłem piąty w generalnej punktacji, ale i tak z tego się cieszyłem. Przejechałem sezon zdrowy i sporo się nauczyłem. Każdy rok przynosi sporą porcję doświadczenia. Zobaczymy, co przyniesie nam wszystkim przyszły sezon.

- W 2015 roku po zdobyciu złotego medalu indywidualnych mistrzostw świata juniorów wystąpiłeś na Gali FIM w Monte Carlo i stojąc między innymi obok takiej gwiazdy, jak Marc Márquez nieśmiało stwierdziłeś, że chciałbyś tu wrócić już jako mistrz świata seniorów. I po czterech latach ponownie pojedziesz na galę.

- A spotkać się ponownie z Márquezem będzie wielką przyjemnością, bo jako sportowca naprawdę go podziwiam. Myślę, że sporo nas łączy, mamy nawet podobne numery. Ja 95, on 93. Swoją drogą poznam kolejne wielkie postacie sportów motorowych, które znam jedynie telewizji lub z mediów społecznościowych. Coś wspaniałego, już nie mogę doczekać się wyjazdu.

Notował: Robert Borowy

Fot. Rafał Włosek