W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Janusza, Marii, Reginy , 21 listopada 2019

Muzeum jest tutaj po to, aby dbać o historię

2019-10-16

Z dr Ewą Pawlak, dyrektor Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_26048.jpg

- Pani dyrektor. Udało się i właśnie wyszedł rocznik muzealny.

- Jak się chce, to można. A jak się zbierze grupa ludzi, która wierzy w to, że jakiś cel może być zrealizowany, robi to po prostu. Po drodze napotykamy różnego rodzaju przeszkody, ale w zespole siła i staramy się je pokonywać, traktować bardziej jako wyzwania, a nie przeszkody czy ograniczenia. Uważam, że takie wydawnictwo jak rocznik w przypadku muzeum to jest bardzo ważna rzecz. Po pierwsze – w takim wydawnictwie prezentujemy naszych pracowników, nasze zbiory, ale też artykuły naukowe naszych pracowników wraz z zakresami tematycznymi, którymi się zajmują. Przedstawiamy też kalendarium wydarzeń z danego roku. Oczywiście to jest pierwszy rocznik po latach wydawniczej przerwy, jeśli chodzi o działania wydawnicze Muzeum. Co prawda, co jakiś czas wydajemy różne publikacje naszych pracowników czy albumy, jak choćby ostatni Waldemara Kućki Spacer po Gorzowie…

- Wejdę pani w słowo – absolutny hit wydawniczy ostatnich lat.

- Tak, to był absolutny hit wydawniczy. Pracujemy nad drugim tomem. I będzie na pewno, na początku 2020 roku. Ale jeszcze słów parę o roczniku. Kiedy redaktor naczelna, dr Małgorzata Pytlak przyszła do mnie z tym pomysłem, ja się natychmiast zaangażowałam. Wykonano bardzo dużo pracy i do końca nie wiedzieliśmy, ile tego wydać. Dlatego też egzemplarzy nie jest dużo, ale są. No i jesteśmy dumni z tego wydawnictwa.

- To ja jednak wrócę do albumów ze zdjęciami Waldemara Kućki. Jak się znów coś ukaże, to pani będzie miała ogon chętnych stąd do katedry…

- Właśnie. Już nauczeni doświadczeniem wyciągamy wnioski. Już prowadzimy rozmowy z potencjalnymi sponsorami, poszukujemy różnych źródeł wsparcia nas przy tym wydawnictwie, aby można było wydać jak najwięcej egzemplarzy tego albumu. Przy okazji tego wydawnictwa planujemy niezwykła wystawę, taką niecodzienną.

- Czyli?

- Chcemy pokazać zdjęcia Waldemara Kućki w wielkich formatach. Planujemy taką wystawę w Spichlerzu w czerwcu. No i mam nadzieję, że gorzowianie dadzą się wkręcić w ten pomysł, bo chcemy znów coś innego pokazać. Po prostu chcemy się przenieść w tamten świat, świat Waldemara Kućki, czyli do Gorzowa lat 60. i 70. Tym bardziej, że w 2020 roku przypada rocznica 75 lat polskiego Gorzowa oraz 75. urodziny Muzeum Lubuskiego. Myślę, że to znakomita okazja, żeby takiego gorzowianina jak Waldemar Kućko znowu przybliżyć i pokazać na wystawie zdjęcia, ale na wystawie zaaranżowanej na tamte lata. To będzie taki projekt filmowo-teatralny. Na wernisaż zaprosimy w stylizacjach z tamtych lat. Będzie się więc dużo działo. Tym samym wdrażamy ideę takiego otwartego muzeum, muzeum partycypacyjnego. Bo nasz odbiorca ma być nie tylko biernym odbiorcą, ale ma być współrealizatorem naszego programu. Mam nadzieję, że na przełomie roku przybliżmy nasze plany.

- Pani dyrektor, Muzeum robi pikniki Schroederowskie, na które przychodzą gorzowianie ubrani w stylu lat 20. Teraz ten projekt Kućko. Pani zdaniem to jest droga do tego, aby przyciągnąć ludzi do muzeum?

- Jak najbardziej. To jest jeden ze sposobów na to, żeby ci, którzy tu są, ludzie, którzy mieszkają na co dzień w Gorzowie, chcieli tu do nas przyjść, bywać i interesować się naszą działalnością, naszymi zbiorami, kolekcjami. Turyści przychodzą do Muzeum, bo przyjechali zwiedzić miasto. Tych turystów zbyt wielu nie ma, więc my musimy i chcemy wychodzić do tych, którzy tu mieszkają. I dlatego wychodzimy do tych, którzy są nam najbliżsi. A przez taką rozrywkę – można wiele rzeczy się dowiedzieć o epoce, o wybitnych postaciach, które w tym domu mieszkały, o regionie, o zwyczajach, obyczajach, tradycjach. To jest nasze przesłanie, nasza misja. My mamy dbać o to dziedzictwo materialne i niematerialne.

- Jak to się podoba odbiorcom? Widzi pani wzrost uczestnictwa w muzealnych imprezach?

- Z pewnością tego typu przedsięwzięcia przyciągają publiczność do Muzeum. Jeśli chodzi o takie tradycyjne działania jak zajęcia edukacyjne, lekcje muzealne, warsztaty, to one są na mniej więcej stałym poziomie. Jeśli natomiast chodzi o wydarzenia tego typu, jak pikniki czy wernisaże to zdecydowanie więcej mamy uczestników. Zauważyliśmy przyrost publiczności.

- Ale pani wie, że muzealników w mieście się nie lubi. Bo jak tylko coś się zaczyna w mieście budować czy kopać, zaraz przychodzi pan Stanisław Sinkowski z ekipą i wstrzymuje wszystko, bo jakieś skorupki znalazł.

- To tylko archeolodzy (śmiech). Ale wiem, że im się wybacza. Bywa, że często mieszkańcy się przechadzają przy takim wykopie. I właśnie Stanisław Sinkowski bardzo dużo czasu poświęca na rozmowy z gorzowianami. Niektórzy mają odwagę i pytają o wykopaliska. Inni stoją i z boku z zaciekawieniem się przyglądają. My też wychodzimy z tych wykopów do tych ludzi. Co my mamy z takich wykopalisk i badań? Chociażby guzik, który jest na okładce rocznika. A on pochodzi z wieży katedralnej. Został znaleziony w tej przebadanej ziemi, która umacniała kruchty. I ten guzik jest zabytkiem z przełomu XIX i XX wieku, ma więc ponad 100 lat, a wygląda przepięknie. I te efekty powodują, że archeologom się wybacza te przedłużanie robót.

- To był oczywisty żart, bo przecież archeolodzy podczas ostatnich wykopek w ulicy Sikorskiego odkryli niesamowicie dużo, jeśli chodzi o historię miasta. Będzie wystawa?

- Będzie. Najpierw pokażemy znalezisko porcelany, choć w większości jest to porcelit. Mamy te naczynia pogrupowane na jednorodne zbiory, wiemy już trochę o manufakturach, z których one pochodzą. Wiemy więcej na temat kontekstu. Nie udało nam się odpowiedzieć na wszystkie pytania. W każdym razie pokażemy to, co nam się udało osiągnąć w muzealnej Oficynie.

- Muszę jeszcze zapytać o „Archeologię niebiańską”, bo wystawa robi niesamowitą furorę. Jak to się dzieje, że wygrzebane przedmioty z pogorzeliska pod katedrą są pokazywane w kraju, w ważnych placówkach. Budzą zaciekawienie specjalistów?

- Przede wszystkim tego typu badania zostały przeprowadzone w Polsce po raz pierwszy. Po raz pierwszy się zdarzyło, że w takim obiekcie sakralnym z XIII wieku były prowadzone prace remontowe i ta ziemia wybrana pod wieżą została pieczołowicie przewieziona w jedno miejsce i przebadana. Nigdzie w Polsce, w żadnym tego typu obiekcie nie stosowano ziemi jako umocnienia danego budynku, a raczej gruz. No i fakt, że to była ziemia, stało się gratką dla archeologów. Po drugie – wydaje się nam, że kontekst jest bardzo ważny. Święto miasta, pożar katedry, tęsknota do katedry – to bardzo jednoczy. I właśnie ten kontekst jest kolejnym ważnym czynnikiem, że ta wystawa cieszyła się i cieszy takim zainteresowaniem. Myślę, że trzecim czynnikiem jest też ciekawość – co tam w tej wieży znaleziono? Powiem tylko, że obecnie Archeologia jest w Rokitnie i to nie koniec. A jest to już czwarta odsłona tej wystawy. Naszą intencja jest jednak, aby te eksponaty trafiły na swoje miejsce, czyli do wieży. Będzie ona bogatsza o te elementy znalezione po pożarze.

- Była to chyba najliczniej odwiedzana wystawa.

- Tak, rzeczywiście cieszyła się niezwykłą popularnością. Już sam wernisaż, który odbył się przecież w wakacyjny czerwcowy piątek, w południe, zgromadził około 300 osób. To był rekord absolutny.

- Życzę takich rekordów znacznie więcej. Dziękuję bardzo za rozmowę.