W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Powinniśmy stworzyć miasto wygodne dla mieszkańców

2019-11-13

Z mecenasem Jerzym Synowcem, gorzowskim adwokatem, radnym i działaczem społecznym, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_26274.jpg

- Panie mecenasie, ostatnimi czasy co moment okazuje się, że do likwidacji ma pójść nagrobek osoby znanej lub zasłużonej. Tak było także z grobem Szymona Giętego. Akces zgłosiło Towarzystwo Miłośników Gorzowa. Zadeklarowaliście państwo, że zapłacicie.

- Temat został natychmiast załatwiony. Rzeczywiście zapłaciliśmy za utrzymanie grobu Szymona. Doraźny problem zniknął. Tym bardziej, że to nie były żadne wielkie pieniądze.

- A nie myślał pan, że potrzeba jakiegoś kompleksowego rozwiązania podobnych kwestii?

- Oczywiście, myślałem na ten temat. Ale myślę, że rozwiązać się tego akurat tematu globalnie raczej nie da. Myślę, że tych chętnych, którzy chcieliby, aby zapłacić za groby ich przodków byłoby sporo. I myślę, że to się jednak zwyczajnie nie da.

- Na pewno ma pan rację, że takich grobów może być tysiące, ale wśród nich są takie, o które musi miasto zadbać. Bo to są ludzie zasłużeni dla miasta, a nie ma już nikogo, kto by o te miejsca pamięci po nich zadbał. Lada chwila zrobi się problem z grobem Włodzimierza Korsaka i jego żony. Potem pojawi się kolejny taki grób. Myśli pan, że naprawdę nie da się opracować systemu?

- Jakby kilku mądrych ludzi razem usiadło, pomyślało i podyskutowało, to i system by się znalazł. Ale myślę, że kryteria wobec tych zasłużonych, to jest tak nieostra kategoria, że byłoby to niezmiernie trudne. Bo przecież wszyscy sybiracy, wszyscy AK-owcy, powstańcy wielkopolscy, żołnierze II wojny światowej, partyzanci i Bóg wie, kto jeszcze aspirowaliby do tej kategorii. Inna rzecz, że po większości pozostały jakieś rodziny. Sytuacji takich jak grób Szymona, czy grób doktora Jerzego Turuto, bo my też opłaciliśmy miejsce z tym nagrobkiem, gdzie wiadomo, że nie ma nikogo, jest zwyczajnie niewiele. Na szczęście jest zawsze ktoś, kto da nam znać, że grób jest do niwelacji. Tak przecież było w przypadku choćby nagrobka Edwarda Jancarza. Szczęściem, pochopnie się takich grobów nie likwiduje. Zawsze jest czas, żeby zareagować i to jest tyle dobrego w tej kwestii.

- Ja się będę jednak upierać, że system by się przydał.

- Może i gdzieś tam istnieją takie systemy, ale popatrzymy choćby na sąsiednie Niemcy. Tam się nikt ani pięciu minut nie zastanawia nad takimi kwestiami. Proszę sobie przypomnieć, że w taki właśnie sposób splantowano grób Ersta Henselera w Berlinie. Co dziwne, bo przecież jego obraz wisi w Budestagu i to nie był sobie jakiś tam pacykarz. A jednak. Tylko dodam, że my przywieźliśmy płytę nagrobną, która stoi teraz obok kościoła w Wieprzycach.

- Wróćmy zatem do spraw bardziej współczesnych. Panie mecenasie, jak się panu podoba sytuacja na ulicy Sikorskiego?

- Może to dziwnie zabrzmi, ale ja się w pewien sposób otorbiłem z tą sytuacją. Przestałem na serio traktować tę ulicę, jako miejską. Przyzwyczaiłem się do tego, że jest to wieczny bałagan, który nota bene do niczego nie prowadzi. Stworzenie deptaku na Sikorskiego spowoduje, że ta ulica będzie martwa. Wiemy przecież, że deptak to nie jest tam, gdzie sobie urzędnicy wymyślą, tylko tam, gdzie chodzą ludzie. I tam się robi ścieżki między blokami, gdzie jest wydeptane. Kto ma chodzić na ulicę, gdzie są same banki, przedsiębiorstwa i tak dalej, i tak dalej, gdzie nie ma po co zachodzić. Nie wiem, po co to komu, ale prezydent się uparł, no i będzie miał. A to, że ten remont, ten bałagan w istocie tak długo trwa, to jest zupełnie skandaliczna rzecz. Ja obserwowałem remont ulicy Westerplatte w Zielonej Górze, gdzie z racji obowiązków zawodowych jestem co tydzień. To ulica taka jak gorzowska Sikorskiego. I tam remont trwał około czterech miesięcy. Wprawdzie tam nie ma torowiska, ale przecież tutaj torowisko w poważnej części już było.

- Da się w ogóle wytłumaczyć, dlaczego ten remont trwa już trzeci rok i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy się skończy?

- Ja tego nie potrafię wytłumaczyć. Choćby dlatego, że do tej pory czegoś takiego w historii miasta nie było. Były, owszem, opóźnienia, ale tutaj mamy do czynienia z czymś zupełnie zdumiewającym. Mamy coś, co można nazwać permanentnym remontem, który nie ma żadnego końca. Nie wiem, co to jest. Na pewno umowy powinny uwzględniać takie rzeczy, kiedy zawiera się je z wykonawcą. Tak się dzieje w Polsce, że autostrady się nie budują, to się wówczas odstępuje od umowy i angażuje kogoś, kto tę autostradę wybuduje. A tu co? Trudno sobie wyobrazić, co dalej, bo jak to może potrwać z cztery lata, albo pięć, to naprawdę zaczyna brakować wyobraźni. A na to się nakładają remonty kolejnych dróg, a przecież już się zaczął remont Szczecińskiej i za chwilę remont Walczaka. A jeśli dojdzie do tego remont Spichrzowej, to Gorzów trzeba będzie omijać obwodnicami.

- To prawda. Panie mecenasie, a jak tam pana spojrzenie na rudery, z którymi pan walczy? Jest jakiś postęp?

- No niestety, ich nie ubywa. Ja tego zwyczajnie nie mogę pojąć, że tak się dzieje. Powiatowy inspektor nadzoru budowlanego śpi snem susła od kilku lat. Nie robi kompletnie nic. A przecież on ma prawo budowlane i powinien stać na straży nie tylko wówczas, jak się chałupa wali, ale jak jest szpetna. Mógłby interweniować, dawać czas, a jak nie ma reakcji, to do prokuratury…

- Panie mecenasie, ale w tym wypadku zawsze pada tłumaczenie, że kategorie estetyczne to sprawa indywidualnych upodobań.

- Nieprawda. Jeśli cały budynek jest obrzydliwy, wysprejowany, ma powybijane szyby, to nie jest kwestia estetyczna do dyskusji. To nie jest tak, że jakaś budka na Warszawskiej jest czymś, co jest ozdobą miasta. Podobnie jest z budynkiem, siedzibą Związku Nauczycielstwa Polskiego przy ul. Wyszyńskiego. Też wysprejowana i od lat nikt nie czuje potrzeby, żeby to wyczyścić, wymalować chociażby. Dodam jeszcze jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Ratusz miejski i była komenda policji. W Ratuszu jest jeszcze zachowana sala rajców miejskich. Dlaczego się z tym budynkiem nic nie dzieje? Tymczasem prezydent miasta, bez pytania radnych, bo nie musiał pytać, kupuje Przemysłówkę, jeden z najbrzydszych obiektów w całym mieście i go remontuje, podczas gdy Ratusz jest opuszczony. I pewno któregoś dnia spłonie…

- Niech pan tak nie mówi.

- Ale tak bywa. Proszę spojrzeć, co się dzieje z jedną z najpiękniejszych willi w Gorzowie, tej przy ul. Kazimierza Wielkiego w Gorzowie. To już wypalony w środku budynek. Serce się kroi na taki widok. Wiem, że prywatny właściciel ma prawa do swojej posesji, ale miasto mogłoby czasem pomóc w takiej sprawie, coś robić. Do tego dochodzi rudera przy ul. Łokietka 17, willa Herzoga – z tym problemem miasto kompletnie nie potrafi sobie poradzić. Dla mnie to są niepojęte rzeczy. Kiedyś zrobiłem listę 100 miejsc wstydu. Część na szczęście zniknęła. Ale w to miejsce przybyły nowe. No i teraz lista musiałaby zostać zmodyfikowana.

- I z czego wynika fakt, że rudery ciągle się pojawiają?

- My gorzowianie, nie dopuszczamy do siebie, że jesteśmy takim miastem, takimi ludźmi, gdzie niewielu osobom zależy, żeby tu było estetycznie i ładnie. My opowiadamy różne głupoty, często na sesjach Rady Miasta padają pomysły, aby miasto uczynić atrakcją turystyczną. A to przecież takie pustosłowie pozbawione rozsądku. Co to znaczy? Jak zrobić z Gorzowa atrakcję turystyczną? To miasto nigdy nie było ładne. Podczas wojny centrum zostało wypalone, zmieniono układ komunikacyjny, jest to obrzydliwe i tego się nie zmieni. Takich miast dotkniętych przez los jest w Polsce niewiele. Ale niektóre sobie z tym poradziły, jak choćby Głogów czy Elbląg. Odbudowały te starówki. Ale tu się nie da odbudować, niestety. Ostatecznie mamy parę ładnych rzeczy – mamy Wartę, bulwary, jeszcze Trakt Królewski, Park Róż. Trzeba by nad tym popracować. A my robimy deptak na Sikorskiego i na Wełnianym Rynku.

- Ja z olbrzymim zaskoczeniem przyjęłam słowa jednej pani radnej właśnie o tym, że Gorzów powinien stać się magnesem turystycznym. Ale my tu nie mamy kompletnie żadnej infrastruktury turystycznej, ani też za bardzo nie mamy co pokazywać.

- Takie pomysły biorą się właśnie z kompletnej niewiedzy. Z tego, że się nie było w świecie, nie było się nawet w Polsce. Nie widziało się nic. I się nie rozumie, co to znaczy turystyka. Gorzowianin ma tysiące możliwości wyjechania gdzieś i zobaczenia naprawdę intersujących rzeczy. Podobnie mają też Czesi, Niemcy i wszyscy inni. No i jak ci obcokrajowcy zechcą przyjechać do Polski, to pewniej pojadą do Szczecina, Sopotu, Jeleniej Góry czy Wrocławia, Poznania, Kórnika, ale nie do Gorzowa. Co tu mają oglądać? Katedrę? Takich katedr w Europie jest tysiąc, jak nie więcej. Tutaj to tylko może przyjechać turysta sentymentalny. Ale i tych jest coraz mniej, bo pokolenie byłych mieszkańców już właściwie wymarło. My powinniśmy stworzyć miasto wygodne dla mieszkańców.

- Co ma pan na myśli?

- Czyste, porządne, z jakimś pomysłem na siebie. Problem w tym, że tego pomysłu nie ma. Trzeba sobie powiedzieć, że pewne rzeczy są w Gorzowie potrzebne i je brutalnie realizować. Trzeba likwidować ruiny i rudery. Trzeba restaurować zabytki, jak wille Jaehnego, Paukscha czy dawny Ratusz. Potrzebne jest Centrum Edukacji Zawodowej, żeby poziom kwalifikacji się podnosił, bo przecież nie można tylko skręcać śruby w TPV. Potrzebna jest porządna i silna uczelnia, bo same władze tych dwóch istniejących tego nie zrobią. Przydałoby się postawić choćby jedną trybunę z prawdziwego zdarzenia na stadionie przy Olimpijskiej. Bo na teraz to cała Polska się z nas śmieje, że mamy 90-letni stadion przykryty eternitem. Toż to prawdziwy wstyd. A my tu gadamy, że Gorzów to miasto sportu… Nie mamy hali sportowej z prawdziwego zdarzenia. Mamy tylko stadion żużlowy czynny siedem razy w roku. Płakać się chce, jak się to widzi. Te wszystkie rzeczy muszą być zrobione, bo Europa poszła w tym kierunku właśnie.

- Musi się zmienić władza w mieście?

- Przede wszystkim musi się zmienić myślenie. I to zarówno władzy, jak i mieszkańców. Tu trochę nieszczęściem jest, że przyjeżdżają ludzie ze świata, jak prezes Inneko, który teraz się zawinął i sobie pojechał. Zwyczajnie za dużo tu jest ludzi przyjezdnych, którzy nie znają miasto, ani go nie czują. Już nie wspominam o wiceprezydentach z niewielkich miejscowości, dla których Gorzów to jak Paryż dla Gorzowianina. Oni muszą patrzeć tak na miasto, jak się patrzy we Wrocławiu na Wrocław, w Poznaniu na Poznań a w Berlinie na Berlin, a nie jak w Pełczycach, Witnicy czy Sulęcinie.

- Jasnym jest, że potrzebna jest zmiana systemowa dotycząca myślenia. Ale jakim cudem może się to dokonać?

- Potrzeba szerokiego spojrzenia. Ale my wybieramy radnych, którzy są przedstawicielami gorzowian i oni są tacy sami, jak i władze w magistracie, ale jak i przeciętny gorzowianin. Z całym szacunkiem, ale jeśli ktoś wstaje i mówi, że chce aby tu było miasto róż i atrakcją na skalę Europy, to co można myśleć. Inna część radnych nic generalnie nie mówi, bo nie wie nic i nie ma żadnego pomysłu ani nic nie rozumie.

- Dziękuję bardzo.