W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Gorzów jest dla sztuki trudnym miastem

2019-11-20

Z Arturem Nełkowskim, aktorem Teatru Osterwy i reżyserem, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_26323.jpg

- Ile to już lat mieszkasz w Gorzowie?

- Dziewiętnaście lat (śmiech). Dziewiętnaście lat….

- I już znudziło ci się na tyle u Osterwy, że postanowiłeś sobie założyć swój własny teatr. Czy tak?

- Ja od zawsze mam tak, że robię coś swojego. Coś obok. Jeszcze jak mieszkałem w Trójmieście, też miałem swoją inicjatywę teatralną. I choć wówczas byłem dużo, dużo młodszy, to brałem aktorów z Teatru Muzycznego, moich przyjaciół i znajomych i robiliśmy Teatr. Graliśmy po różnych artystycznych miejscach, których już wówczas było w Trójmieście dużo. Pamiętam premierę w takiej fajnej knajpie Closet, to było miejsce stworzone przez znanego kreatora mody – Mirka Trybulaka. On nas często tam zapraszał. Tutaj podobnie było i jest. Kiedyś przed laty robiliśmy wspólne spektakle ze świętej pamięci Alikiem Maciejewskim, potem z Jankiem Mierzyńskim. Było to trochę dla kościoła, trochę dla innych odbiorców. Przypomnę, że pokazaliśmy Apokalipsę, ale i Misteria Teatralne. A teraz mam bardzo fajną grupę ludzi, z którą próbujemy dalej poszukiwać czegoś nowego, innego, swojego klimatu, swojego pomysłu na teatr. No i właśnie ci ludzie mnie mocno inspirują.

- Ale to są jednocześnie ciekawi ludzie.

- Są, bo inni nie bawią się w teatr. Dołączył do nas Dominik Jakubczak, ale i Paweł Caban, który jakiś czas temu grał u nas u Osterwy.

- Ale mnie cały czas nurtuje pytanie, po co ci ten dodatkowy teatr. Przecież u Osterwy masz zadań pod dostatkiem.

- Wiesz, odpowiedź jest prosta. Ja zwyczajnie kocham teatr. I mam swoją prywatną drogę myślenia o teatrze. Lubię sięgać do moich własnych, prywatnych klimatów, i mogę je osiągnąć tylko wówczas, kiedy robię to sam i z tymi ludźmi, którzy mnie otaczają. W tym dodatkowym szukam własnego stylu, pomysłu na teatr. No a poza tym trzeba pamiętać, że teatr to nie tylko wielka scena i duże światła. Czasami teatr biedniejszy i poszukujący ma niekiedy więcej dobrych rzeczy. Ale przede wszystkim daje dobrą energię. Inspiruje, nie tylko mnie, ale także i tych, którzy są ze mną. No i w końcu taki teatr ściąga ludzi. Wydaje mnie się, ż im więcej inicjatyw w mieście, czy to muzycznych, czy teatralne, czy jeszcze jakieś inne, to my mamy większy, ciekawszy wybór. No i w końcu robienie teatru to to, co jest wpisane w Art Dramę, czyli moje stowarzyszenie. My szukamy przestrzeni i w tych przestrzeniach robimy teatr.

- Jakiś przykład?

- Proszę bardzo. My nigdy nie przywiązujemy się do jednego miejsca. Jesteśmy na ulicy Pomorskiej i tu robimy najnowszą premierę. To sala Agnieszki Błaszkowskiej. To świetna sala, ale dla ludzi, którzy niedaleko mieszkają to też jest fajna przestrzeń. Bo ci ludzie mogą sobie zwyczajnie do nas przyjść. Ostatnio byliśmy na ul. Hawelańskiej, w dawnym sklepie Troll. Ciekawe jest to, że wynajdujemy sobie miejsca, w których możemy przez chwilę pobyć. Potem się zamiatamy i idziemy dalej. I to się sprawdza, bo poznajemy nowych ludzi. I co najważniejsze, ciągle coś się dzieje, jesteśmy w ruchu. Ja nie tworzę teatru repertuarowego, bo co innego mnie interesuje. Przed laty w Gorzowie pojawił się teatr na barce, która przypłynęła do nas z Niemiec. I to było coś wspaniałego, szalenie mnie się to podobało. No i powiem, że nawet byłem bliski powołania czegoś takiego. Nawet mało brakowało. A wracając na ziemie gorzowską, mamy zaproszenie do Trójmiasta i tam się pokażemy.

- Faktycznie ciekawe rzeczy się z tymi przestrzeniami dzieją, bo pamiętam, jak robiłeś spektakl w Trollu, to ludzie byli zaskoczeni, że można.

- To właśnie wtedy zadziałało. Faktycznie ludzie wchodzili, pytali się o następne spektakle. Zadziewały się niesamowite rzeczy. Bo ludzie sobie szli po Hawelańskiej. Zobaczyli nas, no i pytali, co my tu robimy. Taka kilkuosobowa rodzina to była. Jak usłyszeli, że za dwie godziny będzie spektakl, to oznajmili, że przyjdą. No i faktycznie przyszli.

- Można więc powiedzieć, że gorzowianie lubią teatr?

- Ja tę kwestię rozważałem na wiele sposobów. Czasem na załamująco. A czasami z wielką wiarą, że jednak może lubią. Ale moim zdaniem jest tak, że jak już ktoś przyjdzie do teatru, to jest szansa, że w nim zostanie. Tyle tylko, że strasznie trudno jest gorzowian przekonać do uczestnictwa w kulturze. Myślę, że Gorzów jest trochę takim miastem nieprzyzwyczajonym, że można sobie zaplanować weekend w taki sposób, że gdzieś sobie tam pójdziemy. Bardziej dominują zachowania typu – dom, dom, sklepy, dom. I właśnie mi w tym robieniu teatru chodzi o to, aby jak najwięcej ludzi do niego przekonać. Inna rzecz, że nigdy tak nie było, żeby nikt nie przyszedł na moje spektakle. Ale sumując, jeśli chodzi o kulturę, to trzeba powiedzieć, że Gorzów jest miastem trudnym. A z drugiej strony w dużych miastach, takich jak Trójmiasto jest tak duża oferta wydarzeń kulturalnych, że zwyczajnie czasem trudno się przebić ze swoją ofertą. U nas na szczęście tak nie ma.

- A czy można odwrócić tę sytuację, sprawić, że ludzie zaczną uczestniczyć w kulturze?

- No właśnie, można poprzez gospodarowanie przestrzeniami pod kulturę. Nie jest istotne, czy to plener, czy pomieszczenia zamknięte. Właśnie to, co my próbujemy robić. W tym momencie zbliżamy się do ludzi. Ja wiem, że może użyję trochę dużego słowa – ale to jest taki trochę apostolat sztuki. Bo jak się robi spektakle czy jakiekolwiek działania w miejscach, gdzie ludzie mieszkają, to jest duża szansa, że oni trafią na takie wydarzenia. Wrócę do tej Sali przy Pomorskiej, bo wcale nieprzypadkowo ją wybrałem. Tam przedtem była dość znana hurtownia obuwnicza. Ludzie znają to miejsce. I bywa, że mamy próby, a tu ktoś wchodzi, bo jest przekonany, że nadal te buty tu są. No i zdziwienie, że tu już nie ma butów. Ja mówię, że już nie, ale jest teatr. No i taka czy inna osoba odpowiada – o to fajnie, to ja przyjdę was zobaczyć. I co więcej, ci ludzie faktycznie przychodzą. I moim zdaniem to może być jeden z pomysłów wchodzenia przestrzeni sztuki w przestrzeń codzienną. Tam, gdzie są osiedla, tam powinny być miejsca związane ze sztuką. Ja to widzę tu na Pomorskiej. Ludzie pytają. A kiedy nawiązujesz kontakt z tymi ludźmi i oni zaczynają rozumieć, co my tu robimy, to wówczas przychodzą. To się zwyczajnie sprawdza. Ale też trzeba pamiętać, że granie tego co my gramy, i w taki sposób, że szukamy nowych przestrzeni, zapewnia nam widownię na pięć do sześciu spektakli. I to jest dosyć bolesne. Ale to jest też właśnie kwestia tego miasta, że sześć wydarzeń to jeszcze się udaje, a potem już trzeba szukać widza i to poza Gorzowem.

- Przecież bardzo podobnie jest z teatrem repertuarowym. Bo jest premiera, potem z sześć przedstawień i szukanie widzów na kolejne.

- Faktycznie tak jest. W Gorzowie sześć spektakli się nazbiera, ale potem jest zwyczajnie trudno.

- Jak się generalnie mieszka zawodowemu aktorowi w takim mieście, jak Gorzów?

- Tak mi się świetnie mieszkało, że się wyprowadziłem na wieś, do Łośna (śmiech).

- Dziękuję bardzo.

Fot. Archiwum Teatru/Ewa Kunicka