W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Delfiny, Marii, Wirginiusza , 8 grudnia 2019

Książkowo nie da się tu wszystkiego zrobić

2019-11-27

Ze Zbigniewem Lewkowiczem, trenerem Startu Gorzów oraz kadry narodowej lekkoatletów niepełnosprawnych, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_26378.jpg

- Niedawno powrócił pan z mistrzostw świata w lekkoatletyce sportowców niepełnosprawnych, które odbyły się w Dubaju. Pana podopieczni z gorzowskiego Startu przywieźli cztery medale, a pan czuje jednak niedosyt. Dlaczego?

- Ponieważ zabrakło sportowego szczęścia. Pod względem liczby medali wynik jest super, natomiast zabrakło dosłownie centymetrów do osiągnięcia jeszcze lepszych wyników. Renata Śliwińska w pchnięciu kulą przegrała złoty medal jednym centymetrem, Lech Stoltmann w tej samej konkurencji był gorszy od mistrza o zaledwie trzy centymetry. Łukasz Mamczarz z kolei tylko zrzutkami przegrał brązowy medal w skoku wzwyż.

- W mistrzostwach walczono nie tylko o medale, ale i kwalifikacje na przyszłoroczne igrzyska paraolimpijskie, które odbędą się w Tokio. Ile udało się ich wywalczyć i co z tymi, którzy są naszymi kandydatami do wyjazdu, ale na razie nie zapewnili sobie tego awansu?

- W Dubaju mieliśmy pierwszą turę, w trakcie której walczono o miejsca dla kraju. Kwalifikacja przypadała pierwszej czwórce w każdej konkurencji. W przypadku gorzowian mówimy o pięciu osobach. Poza wspomnianą już trójką, po srebro w pchnięciu kulą i brąz w rzucie dyskiem sięgnęła Faustyna Kotłowska, zaś Krzysztof Ciuksza w biegu na 400 metrów był czwarty. Kolejna tura zostanie wyłoniona po zamknięciu rankingu na początku kwietnia 2020 roku i wtedy zostanie rozdanych następnych 35-40 procent miejsc. Ostatnim etapem będzie przyznanie miejsc krajom na początku czerwca. Na igrzyskach mamy ograniczenie do 1100 miejsc dla wszystkich lekkoatletów. Polska w ostatnich igrzyskach otrzymywała około 30-35 miejsc i liczymy, że tyle dostaniemy na Tokio. Na razie mamy 20. Jak już poznamy ostateczną liczbę wtedy wybierzemy sportowców, którzy pojadą do Japonii. O tym zadecyduje tylko wysoka forma sportowa tuż przed igrzyskami.

- W tej sytuacji trudno zapewne wyrokować, ilu będzie reprezentantów Startu Gorzów w samolocie lecącym do Tokio?

- W sporcie niczego nie można zakładać z dużym wyprzedzeniem. Maciej Lepiato miał jechać do Dubaju po piąte swoje złoto mistrzostw świata, a nie pojechał, bo czasami na drodze stają przyczyny zdrowotne. Na pewno ta piątka, która już wywalczyła miejsca dla Polski będzie walczyła również o to, żeby pojechać na igrzyska. Trudno bowiem odbierać im szansę, skoro są w najlepszej czwórce świata w swoich konkurencjach. Oby tylko wszystko było w porządku ze zdrowiem, a wtedy na igrzyskach stać ich będzie na walkę o wyniki podobne do tych z Dubaju. Kolejni nasi lekkoatleci będą mieli szansę, jeżeli znajdą się wysoko na listach rankingowych, ale w tej chwili jest naprawdę za wcześnie na spekulowanie, kto na jakim miejscu się uplasuje? Oczywiście liczę tutaj, że do walki włączą się Maciej Lepiato i Mateusz Michalski. Są jeszcze inni. Myślę, że przynajmniej dziesięciu gorzowian podejmie rękawicę i zobaczymy, ilu poleci do Japonii.

- Jak to się robi, że od dwóch dekad nasi niepełnosprawni sportowcy przywożą medale z wszystkich najważniejszych imprez międzynarodowych?

- Prowadzę statystykę i wyliczyłem, że z igrzysk paraolimpijskich, mistrzostw świata oraz Europy przywieźliśmy już około 150 medali, a z mistrzostw Polski blisko tysiąc. Ciekawe, czy jest jakaś dyscyplina, w której jeden klub miałby tyle medali. Od dwóch dekad jesteśmy najbardziej utytułowanym klubem lekkoatletycznym w Polsce, jeżeli chodzi o niepełnosprawnych, stale wygrywamy wszystkie możliwe klasyfikacje medalowe. A jak to się robi? Nie ma żadnej tajemnicy. Najważniejszy jest prawidłowy nabór oraz płynna przemiana pokoleniowa. Jak tylko odchodzą sportowcy największego formatu zaraz na ich miejsce mamy świetnych następców. Nie biorą się oni znikąd, lecz wcześniej przez wiele lat ciężko pracują w cieniu mistrzów, by w odpowiednim czasie ich zastąpić i samemu walczyć o te miano.

- Kiedyś opowiadał pan, że szukał kandydatów na sportowców nawet na ulicy. Czy dzisiaj klub jest na tyle rozpoznawalny, że niepełnosprawni sami zgłaszają się do sekcji?

- Generalnie z naborem chętnych do uprawiania sportu jest ciężko, ale osobiście w Gorzowie z takim problemem się nie spotykam. Generalnie każdy sposób jest dobry, żeby zachęcić niepełnosprawnego do uprawiania sportu. Nawet zaczepianie na ulicy, ale główny nabór odbywa się poprzez moje ciągłe wizyty w różnych placówkach, szpitalach, miejscach prowadzenia rehabilitacji niepełnosprawnych. To tam prowadzę szeroko rozumianą promocję, zachęcam do spróbowania sił, zaczynając od zobaczenia, jak działamy w klubie, jak wyglądają treningi. Prawo wyboru pozostawiam danej osobie, ale warto również zwrócić uwagę, że poprzez sport można prowadzić zajęcia rehabilitacyjne, tak ważne dla wielu niepełnosprawnych. Nawet w naszym statucie mamy wpisane to hasło.

- I to wszystko czynicie bez profesjonalnej bazy, a konkretnie stadionu lekkoatletycznego. Gdzie tak na co dzień wykuwacie mistrzowską formę?

- Jeżeli chodzi o siłownię i halę sportową, to od lat możemy pracować w Zespole Szkół Ogólnokształcącym nr 16. Największy problem jest rzeczywiście ze stadionem, ale ostatnio polepszyło się na tyle, że parę dobrych obiektów powstało w okolicach Gorzowa. Pamiętam, jak jeździliśmy do Szczecina czy Słubic, teraz możemy specjalistyczne czy ukierunkowane treningi prowadzić w Barlinku, Witnicy czy Sulęcinie.

- Najlepsi mają zapewne możliwość trenowania także na obozach reprezentacji?

- Zgadza się, ale to czasami sprawia nam taki problem, że powracając z profesjonalnego obozu i czekając na następny wyjazd nie mamy gdzie dalej trenować. Warunki zmieniają się diametralnie, a trzeba robić wszystko, żeby nie popsuć wypracowanej na obozie formy. Ciągłość treningu w takich chwilach jest bardzo ważna.

- Pojawiła się jednak duża szansa, że niebawem przy ul. Krasińskiego pojawi się stadion z prawdziwego zdarzenia, choć trwa to wszystko zdecydowanie za długo.

- Brakuje tego stadionu. I to nie tylko na potrzeby przygotowań, ale i zajęć z adeptami. Jestem przekonany, że taki obiekt przyciągnie więcej ćwiczących, do tego będziemy mogli organizować zawody rangi mistrzowskiej. Choćby mistrzostw Polski czy międzynarodowe mitingi. Te ostatnie cieszą się sporym zainteresowaniem sportowców z całego świata. Kiedy niedawno odbyły się zawody w Bydgoszczy zjechali na nie sportowcy z kilku kontynentów. Fajnie byłoby mieć takie zawody również w Gorzowie.

- Skoro mówimy o stadionie, a właściwie dwóch tworzących jeden kompleks. Czy planowana tam infrastruktura techniczna spełni oczekiwania sportowców?

- Uczestniczymy w pracach przygotowawczych i uważam, że projekt jest ambitny. To będzie dobry kompleks, a jedynym obecnie znakiem zapytania jest to, jak zostanie rozwiązane połączenie tych dwóch obiektów, żeby niepełnosprawni, głównie ci na wózkach, mogli spokojnie i szybko poruszać się pomiędzy nimi? W sumie nie powinno to stanowić większego problemu, ale musi zostać zrobiony odpowiedni łącznik pozbawiony wszelkich barier architektonicznych, w tym oczywiście schodów.

- Jak się pracuje z lekkoatletami niepełnosprawnymi?

- Od wielu lat powtarzam, że przygotowanie treningu tak naprawdę niczym nie różni się w przypadku lekkoatletów sprawnych i niepełnosprawnych. Inaczej z jego realizacją, bo trenerzy tej drugiej grupy zderzają się z pewnymi barierami, jakie pojawiają się w przypadku ich podopiecznych. Dlatego zestawy ćwiczeń czy technik są dostosowywane do dysfunkcji, jakie posiada dany sportowiec. Wiadomo, że książkowo nie da się wszystkiego zrobić, co jest pewnym utrudnieniem, podobnie jak  wybór obciążeń. Do tego dochodzi nieco inne dobranie treningu przedstartowego. Powiem wprost, że wielu trenerów prowadzących wcześniej zdrowych sportowców miało potem kłopot z przedstawieniem się na treningi z niepełnosprawnymi.

- Co jest najważniejsze w takich treningach?

- Od zawsze kieruję się prostą zasadą, żeby nie zaszkodzić osobie trenowanej. Wystarczy jakieś większe przeciążenie i można niestety przyczynić się do szybszego zakończenia kariery. Trzeba naprawdę mieć duże doświadczenie, żeby sobie z tym radzić.

- A kiedy następuje wybór konkurencji?

- W dużej mierze zależy to od dysfunkcji danej osoby. Jeżeli ktoś siedzi na wózku, a ma smykałkę do konkurencji technicznych, to jest przygotowywany do rzutów oszczepem, dyskiem lub pchnięcia kulą. Natomiast, jak ktoś jest w miarę sprawny, posiada szerszy wachlarz możliwości, wtedy pracujemy nawet trzy lata nad wyborem optymalnej konkurencji.

- Jak mocno zmienił się świat sportu niepełnosprawnych na przestrzeni ostatnich lat?

- Bardzo mocno wzrosła jakość sportowa, rywalizacja jest już na szalenie wysokim poziomie. W wielu dyscyplinach zawodnicy niepełnosprawni niewiele odbiegają od pełnosprawnych. Dużą pozytywną zmianą jest promocja ruchu paraolimpijskiego. Dobrym przykładem jest tutaj to, że praktycznie wszystkie kraje na żywo prowadzą relacje telewizyjne z igrzysk paraolimpijskich. W Polsce również na przestrzeni lat zainteresowanie społeczne znacząco wzrosło, sportowcy otrzymują stypendia, emerytury za zdobyte medale na igrzyskach. Pojawiają się sponsorzy, którzy poprzez pomoc finansową doceniają wysiłek naszej grupy sportowców. Jest to wszystko dla nas ważne, bo jeszcze kilka lat temu niektórzy w Polsce nie odróżniali ruchu paraolimpijskiego od olimpiad specjalnych. Bardzo nas to bolało, bo to są dwie mocno różniące się rzeczy. W olimpiadach specjalnych liczy się udział, u nas walka toczy się jak na igrzyskach olimpijskich o medale.

- Co daje trenerowi największą satysfakcję z pracy? Medale podopiecznych?

- Zapewne każdy trener może odpowiedzieć na to pytanie inaczej. Jeżeli chodzi o mnie najwięcej satysfakcji daje mi to, jak widzę, że dana zawodniczka, dany zawodnik robi wyraźny progres wynikowy. Wiadomo, że za tym zawsze idzie wynik sportowy. Jak dobrze liczę na przestrzeni kilku ostatnich igrzysk moi podopieczni sięgnęli po 21 medali, co również dało mi ogromną radość. Cieszę się z każdego sukcesu, także z tych odnoszonych w zawodach niższej rangi, bo widząc ten uśmiech na twarzy danego sportowca wiem, że wspólnie wykonaliśmy dobrą pracę. Cieszę się również z tego, jak po jakimś niepowodzeniu potem przychodzi sukces. Swoją drogą, jak dokonałem niedawno pewnego bilans wyszło, że mieliśmy zdecydowanie więcej sukcesów niż porażek. Ponadto miałem w dotychczasowej karierze przyjemność pracować z wieloma wspaniałymi sportowcami, którzy na co dzień byli też świetnymi ludźmi. Miło wspominam z nimi pracę.

- Od 2000 roku pracuje pan w kadrze narodowej, a od siedmiu lat jest głównym trenerem. Dobrze czuje się pan na tym bardzo odpowiedzialnym stanowisku?

- Przejmując obowiązki głównego trenera dokonałem znaczących zmian w strukturze szkolenia. Powołałem tak zwanych blokowych trenerów, którzy zajmują się wybranymi konkurencjami. Te działania spowodowały, że mamy lepiej ułożony system szkolenia, a i odpowiedzialność spada na szerszą grupę, gdyż przyjąłem zasadę, iż wspólnie podejmujemy najważniejsze decyzje i potem wspólnie cieszymy się z sukcesów, jak i czasami również bierzemy razem odpowiedzialność za niepowodzenia, jak się pojawią. Jedną z takich fajnych zmian było podzielenie grup treningowych, które osobno zaczęły jeździć na zgrupowania. Kiedyś jak jeździliśmy razem to najczęściej sobie przeszkadzaliśmy. Teraz jest wszystko poukładane właściwie i to jest jeden z kluczy późniejszych sukcesów. Mam jeszcze w zanadrzu wprowadzenie kilku ciekawych rozwiązań, sprawdzonych na przykładzie sportów sprawnych.

- Jak łączy pan te wszystkie obowiązki, skoro na co dzień pracuje pan w jednej z gorzowskich szkół podstawowych?

- Muszę, czasu wolnego mam niewiele. Staram się jednak działać racjonalnie, u mnie praca nie nosi cech akcyjności. Wszystko mam szczegółowo rozplanowane z odpowiednim wyprzedzeniem. Gdybym miał działać na zasadzie ,,hurra’’ zapewne szybko bym się pogubił. U mnie nie ma czegoś takiego, że ktoś nagle zadzwoni i prosi, żeby przyjechał. Nie, twardo trzymam się planu, mam rozpisane wyjazdy na obozy, zawody, do ośrodków klubowych i konsekwentnie działam. Dzięki świetnej współpracy z innymi trenerami nie muszę również wszędzie jeździć, szczególnie na wszystkie zawody.  Cieszę się, że każdą wolną zaś chwilę mogę spędzić z rodziną, żoną oraz dzieckiem. Bardzo jest to dla mnie ważne.

- Ile czasu spędzi pan poza domen przygotowując kadrę do Tokio?

- Muszę liczyć się z tym, że będzie to 60-70 procent czasu.

- Co będzie najważniejsze w procesie przygotowań?

- Wszystko jest ważne, każdy element. Na każdym etapie trzeba pracować tak samo ciężko i – o czym często wspominam w naszej rozmowie – cały czas kontrolować stan zdrowia, żeby nie popełnić jakiegoś błędu. Jeżeli chodzi o starty w przyszłym roku to bardzo ważne będą mistrzostwa Europy w Bydgoszczy. Na nich zawodnicy będą walczyć o miejsce w kadrze na igrzyska. Myślę, że po tych zawodach będziemy już w 90 procentach znali skład reprezentacji. Przez ostatnie dwa miesiące przed wyjazdem do Tokio skupimy się na doszlifowaniu formy i wypracowaniu jej szczytu na dni startowe.

- Trudniej startuje się na innym kontynencie?

- Im dalej jest się od domu, tym trudniejsze są igrzyska. Z doświadczenia z występów choćby w Pekinie czy Rio de Janeiro wiem, że zawodnicy mają kłopot nie tylko z aklimatyzacją, ale z tęsknotą za najbliższymi. Będziemy nad tym również pracować, różnica czasowa wynosi siedem godzin co spowoduje, że przez kilka dni każdy organizm będzie inaczej funkcjonował niż powinien. Jeżeli chodzi o gorzowian, to zawsze marzę, żeby był medal, gdyż jest to nagroda za ciężką pracę także dla działaczy klubu. Mamy duży potencjał i wierzę, że sukces będzie.

- Dziękuję za rozmowę