W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Fabioli, Miły, Sebastiana , 20 stycznia 2020

Ktoś zwyczajnie zaśmieca nasze miasto

2020-01-01

Z Martą Bejnar-Bejnarowicz, radną Klubu Kocham Gorzów, zawodowym architektem, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_26617.jpg Fot. Archiwum prywatne Marty Bejnar-Bejnarowicz  

- Posprzątała pani ostatnio kawałek Gorzowa na Piaskach. Zresztą razem z synem. Skąd taki pomysł?

- To był pomysł jeszcze z wakacji. Często tam chodzę, moje dzieci też tamtędy chodzą do szkoły. A do tego od pewnego czasu mamy psa i chodzimy z nim na spacery, przez co poszerzyły nam się horyzonty, bo poruszamy się innymi trasami. I ten zakątek był straszny. Wszystko można było tam znaleźć: butelki, śmieci, worki, puszki po piwie. Wyglądało to fatalnie. Sądzę, że to miejsce nie jest objęte sprzątaniem przez służby miejskie, bo ten stan trwa już ładnych kilka lat. Jak jest wiosna i lato, to to wszystko gdzieś w zieleni ginie, ale teraz cały ten bałagan się „ładnie” wyłonił. Poczułam zwyczajną potrzebę, żeby to stamtąd zabrać. Ale i tak zostały jeszcze liście i gałęzie, takie odpady organiczne, z którymi już sobie nie dałam rady. Chcę namówić miasto, żeby to sprzątanie dokończyło. I tyle historii. Wzięłam się i posprzątałam. Po świętach odczułam nadmiar kilogramów (śmiech), więc wzięłam udział w prywatnym programie Kilogram Minus, a syn “nagrabił” sobie jeszcze przed świętami, dlatego miał zasądzone przez matkę prace społecznie użyteczne. Poszliśmy więc razem i sprzątnęliśmy ten śmietnik.

- Ktoś do was dołączył?

- Nie. To nie była zorganizowana akcja, o której informowałabym wcześniej przez media. To jest zresztą taki przechodni zakątek między dwiema ulicami na Piaskach.

- Ale przy okazji zobaczyła pani problem. Zauważyła pani zakątki w mieście, które nie są sprzątane, są pozostawione same sobie. Myśli pani, że warto wywołać jakiś ruch społeczny w tej sprawie?

- Takie ruchy już są. Wystarczy wspomnieć „Gorzów to My” i ich kilka akcji sprzątania m.in. Sadów, Warszawskiej nad Wartą i innych miejsc, o których nikt nie myślał, że trzeba je sprzątać. Ja akurat od niedawna mieszkam na Piaskach i tak na przykład przy Netto koło trafostacji jest miejsce, gdzie leży tyle pustych butelek, że gdyby były skupowane, to można by na nich nieźle zarobić. I to jest też problem, o którym ja zawsze przy każdej okazji mówię. Powinna być zmieniona polityka państwa jeśli chodzi o śmieci.

- Czyli?

- Producenci produktów nie odpowiadają za opakowania, jakie wprowadzają. Mam na myśli kartony, plastikowe opakowania dla pięciu plasterków sera, plastikowe butelki, pojemniczki na jogurty, serki – to dobrze marketingowo wygląda, producenci mają korzyści z większej sprzedaży, a problem śmieci to problem mieszkańców. Prywatyzacja zysków - uspołecznienie kosztów. Jeżeli ktoś jest odpowiedzialny, ma chęć i wewnętrzną potrzebę, ten segreguje odpady, jednak nie zmienia to faktu, że śmieci jest coraz więcej i zalegają. Trzeba mieć świadomość, że na surowce wtórne, jak np. plastikowy regranulat, który powstaje po wstępnym przetworzeniu plastiku - nie ma zbytu. Nikt go nie chce kupić, podobno nawet Chiny zamknęły swój rynek na plastik. I będzie on zalegał - prędzej czy później wyląduje też w Bałtyku. Na razie wyspy śmieci pływają gdzieś na oceanach, ale jak się pojawią na plaży w Międzyzdrojach, wtedy do nas dotrze co zrobiliśmy. Tylko wtedy będzie już za późno.

- Myśli pani, że jesteśmy w stanie wyedukować gorzowian w tej kwestii?

- Jasne, że tak. Kiedyś się chodziło za stodołę, a teraz wszyscy mamy łazienki. Przeszliśmy ewolucję społeczną. Zobaczyliśmy, że można wygodniej, lepiej, i to do nas przemawia.

- Owszem tak, ale nie w przypadku śmieci. Bo w Gorzowie takich zaśmieconych zakątków jest mnóstwo.

- Problem polega na tym, że ktoś zwyczajnie zaśmieca miasto. Nie można bowiem jedynie na karb miasta zrzucać, że nie sprząta. Bo tak nie jest. Dbanie o porządek to zadanie własne miasta, ale nie może się to odbywać w taki sposób, że ktoś rzuca śmieci za siebie, a miasto chodzi za nim i sprząta. My musimy się sami pilnować. I sami dbać o to, aby przestrzeni publicznej nie zaśmiecać. Być może powinniśmy sięgnąć dna? Może jak już nie będzie widać trawników, chodników spod odpadów, wówczas przyjdzie otrzeźwienie? Są dwa bieguny tej sytuacji: albo edukujemy i próbujemy utrzymać porządek, albo zostawiamy wszystko i niech się dzieje, co chce. Obecnie jesteśmy gdzieś pomiędzy, ale ja uważam, że warto zginąć próbując.

- A już zresztą wiadomo, że odbiór śmieci podrożeje. Myśli pani, że to jakoś się przełoży na zachowanie ludzi?

- Wchodzi ustawowy obowiązek segregacji, co oznacza, że będziemy musieli za nią zapłacić. Natomiast nie wolno zapominać, że jest kilka błędów systemowych. Był pomysł obniżki opłaty za śmieci, jeżeli ktoś ma kompostownik, ale to wymaga doprecyzowania. Jak ja sobie postawię małe wiadereczko na balkonie a śmieci i tak będę wyrzucać do pojemnika, to znaczy, że mam kompostownik i płacę mniej, niż sąsiad bez wiadereczka? Bardzo cieszy, że coraz więcej jest osób wyznających zasadę „zero waste” – np. noszą swoje pudełka do sklepu, kupują na wagę a nie w opakowaniach, nie pakują owoców w foliówki... Np. jeśli pasta do zębów jest zapakowana dodatkowo w kartonik - nie kupują jej. Wodę filtrują, żeby nie kupować butelek PET. Nie przyczyniają się do produkcji śmieci. Ograniczają jedzenie mięsa, bo powszechnie wiadomo, że gigantyczne ilości wody są potrzebne do hodowli. Czytałam, że 70% polskich upraw to pasza dla zwierząt hodowlanych. A im więcej pól, tym mniej lasów. Ale są też tacy, którzy się tym zupełnie nie przejmują. Ja czasami zaczepiam ludzi przy kasie w sklepie, gdy np. mają jedno jabłko w plastikowym woreczku – co pani/ pan zrobi potem z tą foliówką, bo przecież jabłko ma już opakowanie – skórkę. I słyszę odpowiedź – wrzucę do żółtego pojemnika. - A potem co się z tym stanie? I tu jest sedno: nie tylko kwestia segregacji i wrzucania śmieci w odpowiednie pojemniki, ale też kwestia decyzji, aby kupować mniej, wyrzucać mniej. Konsumenci mogą zmotywować producentów, aby wzięli odpowiedzialność za swoje opakowania: nie kupować tych, które zwiększają ilość śmieci. W innych krajach tak jest. W Niemczech można kupić mleko w szklanej butelce. U nas nie można.

- Ale żeby nie sprowadzić naszej rozmowy tylko do śmieci, to może teraz o innej kwestii. Upływa nam kolejny rok i kolejny już rok mamy zamknięte centrum. Widzi pani jakieś światełko w tym tunelu?

- Widzę. Naprawdę widzę, bo znam ten projekt – mam na myśli ulicę Sikorskiego. I jestem przekonana, że to jest dobry projekt. Nie chcę się odnosić do co chwilę przedłużanych terminów prowadzenia tej inwestycji, grzebania w ziemi przez archeologów. Nie chcę, bo to jest po prostu alternatywna rzeczywistość. Tak nie powinno być i wszyscy o tym wiemy. Każdy to czuje. Inna rzecz, że tam są ogromne grupy robót, o których nie wiemy nie uczestnicząc w realizacji. W mojej ocenie błędem jest realizacja inwestycji w całości. Gdybym była prezydentem, to bym to podzieliła na części. Wówczas gdyby nam się wysypał wykonawca jednej części, nie mielibyśmy zamkniętych 2 km ulicy, a powiedzmy 200 metrów. Niemniej uważam, że zamknięcie tego odcinka centrum dla ruchu samochodów to bardzo dobry pomysł.

- Mówi pani o projektowanym deptaku przy magistracie?

- Dokładnie tak. Od Urzędu Miasta do katedry. Wiem, że to jest kontrowersyjnie odbierany pomysł. Nie każdy potrafi sobie wyobrazić, jak to będzie działało. Ale trzeba pamiętać, że funkcja wypiera funkcję. Do tej pory nie było centrum. Wiemy doskonale, że sklepy nie prosperowały dobrze, nie było tam kawiarni z ogródkami gastronomicznymi, przestrzeń nie była przyjazna… Wszystkie obecne działania wynikają z tego, że centrum było kulawe już od kilkunastu lat. Duże centra handlowe wyssały cały mały handel i tu trzeba sobie jasno powiedzieć, że na to wpływu nie mamy. Musimy zastosować narzędzia, jakimi miasto dysponuje, czyli np. budowanie przyjaznej przestrzeni publicznej. I zmiana Sikorskiego to krok w dobrą stronę. Oczywiście niezbędne są dodatkowe działania, jak choćby sporządzanie miejscowych planów rewitalizacji. To bardzo szczegółowy plan, który pozwoli określić jakie funkcje w jakich obszarach są preferowane.

- Na czym to polega?

- Możemy określić, np. że apteki muszą być od siebie oddalone o 200 m, banki – jeden od drugiego o 500 metrów. Zarezerwować obszary na funkcje, które będą generować ruch ludzi. I wówczas można rzeczywiście stymulować rozwój centrum.

- Myśli pani, że się uda?

- Myślę, że tak.

- I jest pani pewna, że znajdą się ludzie, którzy zechcą tam otworzyć kawiarenkę, sklepik z czymś ciekawym?

- Proszę zobaczyć, jak zmieniło się otoczenie Kwadratu. Przed remontem wiele lokali było pustych. W tej chwili, gdy się tam przechodzi - a niektórzy mają jeszcze w pamięci poprzedni stan, bo dawno tam nie byli - można zauważyć, że lokale są pozajmowane. Tam się ciągle coś zmienia. Forza Italia, Naleśnikarnia, Cafe Bohema, Galeria Kwadrat. Utworzyły się funkcje, o które nam chodzi bo stworzyła się przyjazna przestrzeń, gdzie są ludzie. Tam można pójść z dzieckiem, tam można coś zjeść, spędzić czas. Powtórzę - tam są ludzie.

- Pani zdaniem sensem jest zamykanie Wełnianego Rynku dla ruchu samochodowego?

- Jak najbardziej. To jest ścisłe centrum. Ze wszystkich dokumentów strategicznych uchwalonych w ciągu ostatnich lat, wynika, że Wełniany Rynek jest ważnym miejscem budującym całą strukturę centrum. Układ komunikacyjny powinien umożliwiać objechanie centrum dookoła, tak jak jest w każdym mieście, które ma prawidłowo działające centrum. Jeśli chcemy mieć centrum, to nie możemy do niego wpuszczać samochodów. Potrzeba bowiem 12,5 metra kwadratowego na jedno auto. W Gorzowie jest 100 tysięcy samochodów. Nie każdy, kto chciałby przyjechać samochodem do ścisłego centrum, się w nim zmieści. Nie ma przestrzeni. A pomimo, że dotychczas był tam ruch i parkingi, nie było “prosperity”. Centrum nie może bazować jedynie na warzywniakach w pasażu, sklepie mięsnym i jednym fryzjerze. Tam są potrzebne funkcje, które sprawią, że będzie tam fajnie, bezpiecznie, ciekawie, ładnie. A jeżeli obok ogródka pizzerii, co chwila będzie stawał i ruszał kolejny samochód, to nie będzie fajnie. Przestrzeń trzeba oddać ludziom, tym bardziej, że chodzi jedynie o 17 miejsc parkingowych, których, nie ma co przeceniać, bo rotacja była na poziomie 5 procent. 600 metrów dalej jest parking Filharmonii. Przy Hejmanowskiej rozważyłabym wielokondygnacyjny parking. Gorzów jest zwyczajnie za małym miastem, aby w ścisłym  centrum zmieściło się kilkadziesiąt samochodów. Rozumiem tych kilku przedsiębiorców z Wełnianego, że chcieliby utrzymać status quo, ale centrum musi odżyć, nawet jeśli kilka osób będzie musiało zaparkować poza deptakiem.

- No to jeszcze jedna kwestia. Ostatnio do życia powrócił dworzec kolejowy. Obok niego mamy brzydki dworzec PKS. Był taki pomysł, aby tam powstało centrum przesiadkowe. Co z tym pomysłem?

- Zgłosiłam swoje uwagi na etapie koncepcji, kiedy można było ją jeszcze uratować. Zaproponowałam zastąpienie “krańcówki” pętlą w celu umożliwienia kursowania linii tramwajowej z Piasków, bo tam kursować będą składy starego typu wymagające pętli. Ponadto postulowałam o zmniejszenie powierzchni przykrytej dachem, który w najwyższym punkcie ma mieć wysokość 12 metrów, czyli tyle co 4-piętrowiec, wprowadzenie choćby 30 procent powierzchni biologicznie czynnej, zmianę organizacji ruchu na ul. Dworcowej i ul. Jancarza, zwiększenie obszaru objętego projektem, czyli m.in. powiązanie z terenami pomiędzy torami i rzeką. Wolę jak takie ważne koncepcje wyłania się w trybie konkursowym. Ale sprawa jest raczej przesądzona. Uwagi moje, urbanistów, architektów, specjalistów od transportu publicznego nie znalazły posłuchu u władz Gorzowa.

- Czego pani życzy swemu miastu w Nowym Roku?

- Terminowych wykonawców robót budowlanych, wystarczającej subwencji oświatowej w stosunku do naszego zapotrzebowania. Słuchałam przedstawiciela Związku Miast Polskich, który powiedział, że średnio do każdej złotówki subwencji rządowej, miasta średnie, takie jak nasze, dopłacają 56 groszy, aby zbilansować budżet oświatowy w mieście. To pokazuje skalę niedoboru. A władzom życzyłabym bardzo dużo zdrowego rozsądku.

- Dziękuję bardzo.