W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Christy, Helgi, Karola , 4 czerwca 2020

Mieszkańcy chcą natychmiastowej reakcji władz

2020-01-08

Z Wiesławem Ciepielą, byłym policjantem, obecnie rzecznikiem prasowym Urzędu Miasta Gorzowa, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_26678.jpg

- Tęskni pan za policyjnym mundurem?

- Może nie za samą instytucją, ale za niektórymi sprawami oraz ludźmi, z którymi pracowałem. Tego rodzaju praca buduje silne więzi, a przede wszystkim zaufanie. Dzisiaj na pewno z sentymentem powracam do tamtych lat, zwłaszcza czasów pracy w wydziale kryminalnym. Jako młody człowiek uważałem, że to co robię jest bardzo ważne i potrzebne.

- Dlaczego trafił pan do policji, skoro chciał zostać dziennikarzem?

- Pochodzę z Dolnego Śląska, ale na studia wyjechałem do Zielonej Góry i wybrałem pedagogikę. Rzeczywiście, na studiach już zacząłem zajmować się dziennikarstwem. Pracowałem w gazetach studenckich, miałem staż w Gazecie Lubuskiej. Życie jednak lubi zaskakiwać. Założyłem rodzinę i za bardzo nie było mnie stać na pracę w dziennikarstwie czy w szkole. To spowodowało, że trafiłem do policji.

- W latach 90. zajmował się pan rozpracowywaniem zorganizowanych grup przestępczych, najpierw w wydziale kryminalnym, potem narkotykowym. Czy rzeczywiście Polska była wtedy w rękach licznych gangów, jak to przedstawiały ówczesne media?

- Z perspektywy lat mogę potwierdzić, że przypominaliśmy trochę amerykański ,,Dziki Zachód’’. Wraz ze zmianą ustroju państwa, zmianą systemu gospodarczego, natychmiast zaczął rozwijać się nowy, jak dla nas, obszar przestępczości. A policja dopiero budowała się na nowo po likwidacji milicji i musieliśmy gruntownie zmienić cały nasz system działania. Uczestniczyłem w tym, pamiętam, jak po zniesieniu większości wiz do krajów zachodnich otworzono nam granice. Od razu lawinowo zaczęły płynąć w obie strony nielegalne towary, alkohol, papierosy, elektronika. W strefie przygranicznej, a taką stało się całe województwo, notowaliśmy ogromną skalę przestępstw. Codziennie jeździliśmy o siódmej rano do Słubic i wracaliśmy przed północą, a i tak nie mogliśmy się z wszystkim obrobić.

- Czy taką pracę można było polubić?

- Jak dzisiaj przypominam sobie, co tam się działo, to aż dziwię się, że to wszystko przetrwałem. Najgorsze były napady rabunkowe. Tego była cała masa, a w głównej roli występowały gangi rosyjskojęzyczne. Ówczesny ZSRR już się rozsypał, ale powstało mnóstwo grup przestępczych w różnych częściach. Niektóre z nich zaczęły rezydować na naszej granicy. Głównie byli to Rosjanie, Ukraińcy, Kazachowie i Mołdawianie.

- A czy polskie gangi także przyjeżdżały do nas na ,,gościnne występy’’?

- One nie musiały przyjeżdżać, one założyły takie swoje nieformalne oddziały u nas. Głównie mowa o gangach wołomińskim i pruszkowskim.

- Jakie przestępstwa dominowały w tym czasie?

- Przemyt papierosów, który promieniował na całe ówczesne województwo gorzowskie, ale podobnie było w innych nadgranicznych regionach. Zajmowały się tym setki, jeśli nie tysiące ludzi. Gangi opanowały ponadto przemyt alkoholu oraz rynek prostytucji i handlu żywym towarem. Z tym wiązały się bardzo ciężkie przestępstwa, pobicia, rabunki, a nawet zabójstwa. Podobnie, w przypadku napadów na kierowców TIR-ów, ale oczywiście nie chodziło o samych kierowców, ale przewożone przez nich towary. Do tego dochodziły kradzieże samochodów, wymuszenia rozbójnicze, haracze. Często te przestępstwa odbywały się w kręgu cudzoziemców, zagranicznych grup działających u nas. To utrudniało zatrzymywanie sprawców. Bułgarzy kontrolowali poprzez wymuszenia część rynku prostytucji, Ukraińcy i Białorusini rynek kradzionych samochodów. Wszyscy współpracowali z miejscowymi gangami, które tworzyły się jak grzyby po deszczu.

- Dużo mówiono w tamtym okresie o handlu narkotykami, co dla Polaków było zjawiskiem zupełnie nowym, bo my raczej znaliśmy tylko ,,kompot’’ własnej produkcji?

- Rzeczywiście, szybko staliśmy się szlakiem dla wielu międzynarodowych przemytników. Przez naszą granicę przemycano potężne ilości. Z zachodu Europy, głównie z Holandii, płynęły do nas marihuana, haszysz, LSD i grzyby halucynogenne. Były one sprowadzane tak naprawdę z całego świata. Z naszym wydziałem narkotykowym współpracowali świetni eksperci, którzy po zbadaniu danego narkotyku wiedzieli dokładnie, z jakiego kraju pochodzi. Polacy z kolei eksportowali amfetaminę. Zalewali nią całą Skandynawię. Wyłapywaliśmy, ile mogliśmy. Zdarzało się, że na granicę zajeżdżały luksusowe auta, a po ściągnięciu tapicerki oczom ukazywały się ciężkie narkotyki. Ściśle współpracowaliśmy ze służbą celną i strażą graniczną. Nasze akcje na granicy budziły duży popłoch wśród przemytników.

- Co było największym problemem w neutralizowaniu tych przestępstw?

- Skala tej przestępczości. A nasze lubuskie dwa województwa przed 1999 rokiem, potem już jedno, miały ten kłopot, że były niewielkie. To wpływało na liczbę policyjnych etatów. Kluczem był przelicznik – liczba ludności przekładała się na liczbę policjantów. Skala przestępstw się nie liczyła, a biła wszelkie rekordy. Na przykład, w przeliczeniu na jednego mieszkańca, mieliśmy przez lata najwyższy w kraju poziom kradzieży samochodów. Dziennie tylko w województwie gorzowskim znikało po dziesięć i więcej aut.

- W 2000 roku pańskie zawodowe życie uległo istotnej przemianie, ponieważ został pan rzecznikiem prasowym ówczesnego komendanta lubuskiej policji Leszka Szredera. Czyli pociągnęło wilka do lasu?

- Trochę zadecydowało szczęście. Choćby to, że trafił do nas komendant Szreder, człowiek mądry i otwarty na zmiany, który dobrał sobie równie otwartych zastępców. To oni podpowiedzieli moje nazwisko. Ale w policji znano moje zainteresowania, wiedziano, że miałem już pewne doświadczenie z pracą w mediach. Niewielkie, ale zawsze.

- Jak w ogóle doszło do tego, że przeszedł pan z wydziału narkotykowego do zespołu prasowego?

- W tamtych czasach, jednym z najbardziej rozpoznawalnych i cieszących się wielkim zainteresowaniem telewidzów, był program ,,997’’ Michała Fajbusiewicza. Kiedy pracowałem w sekcji zabójstw i rozbojów, szefowie uznali, że powinienem pojechać do Łodzi i opowiedzieć o sprawie nierozwiązanego zabójstwa w Gorzowie. Szukaliśmy świadków, nowych okoliczności, informacji z zewnątrz. No i zdaniem szefów, nieźle mi to wyszło. Sprawa została rozwiązana. Po jakimś czasie znowu tam pojechałem z inną sprawą. To zostało zapamiętane. I kiedy Tomasz Krutkiewicz zaczął prowadzić magazyn kryminalny w gorzowskim ,,Vigorze’’, mnie wyznaczono do współpracy. Do tego znałem środowisko dziennikarskie, potrafiłem coś napisać językiem nieurzędowym, co w policji nie było takie częste. Ponadto moja żona, w tamtym czasie, była dziennikarką w Gazecie Lubuskiej. Propozycja zostania rzecznikiem, nie była więc przypadkowa. Moi szefowie znali moje zainteresowania i aktywność medialną. Kiedy pojawiła się potrzeba znalezienia nowego rzecznika dostałem taką propozycję.

- Potem wyjechał pan do Warszawy. Najpierw na stanowisko wicedyrektora biura komendanta głównego, a potem został pan rzecznikiem prasowym komendanta głównego policji. Ten awans stanowił dla pana zaskoczenie?

- W pewnym sensie tak. To było trudne wyzwanie zawodowe, ale i osobiste. Była to decyzja między innymi generała Leszka Szredera. Dał mi szansę rozwoju, najpierw w Gorzowie, a potem w Warszawie. Dużo wtedy się jednak nauczyłem. Najpierw zostałem zastępcą dyrektora w jednym z biur komendy głównej policji. Odpowiadało ono za policyjny ,,pijar’’. Zajmowało się badaniem wizerunku, promocją policji, relacjami ze społeczeństwem. Potem, po zmianach kadrowych na szczytach policyjnej władzy, zostałem rzecznikiem. Duża w tym była zasługa Pawła Biedziaka, który był nauczycielem i mentorem wielu policyjnych rzeczników. To on w dużej mierze był prekursorem nowoczesnej policyjnej komunikacji ze społeczeństwem.

- Policja była jedną z pierwszych instytucji państwowych, która po odejściu od komunizmu bardzo szybko postawiła na bliski kontakt ze społeczeństwem. Dlaczego to było takie ważne?

- Policja szybko dostrzegła potrzebę odbudowania wizerunku po czasach bycia milicją. Żeby działać skutecznie, w nowych warunkach, potrzebna była współpraca ze społeczeństwem, a trudno było zachęcać ludzi do pomocy w sytuacji, kiedy nieufność była bardzo wysoka. Pierwszym takim istotnym działaniem świadczącym, że w policji nadchodzą pozytywne zmiany było zatrudnienie całej rzeszy młodych ludzi. Przychodzili na fali zmian w kraju. To oni wyszli z pomysłami budowy lepszego wizerunku instytucji. Wszystko było traktowane bardzo poważnie. Wspomniany Paweł Biedziak nie tylko zajmował się pracą w Warszawie jako rzecznik, ale budował w poszczególnych komendach wojewódzkich sprawnie działającą drużynę. Organizował szkolenia z udziałem uznanych autorytetów. Wszelkie pojawiające się nowości od razu były wdrażane w policji. Prowadzone były badania społeczne, na bazie których kontrolowano poziom zaufania oraz oczekiwania społeczeństwa wobec policji. Istotne było to, że komendanci główni również dostrzegali potrzebę takiego działania. Na bazie tej współpracy z ludźmi zaczęto zmieniać strukturę policji. Zaczęto wprowadzać, sprawdzone w policji amerykańskiej, brytyjskiej czy holenderskiej, modele współpracy pomagające zapobiegać przestępstwom. Prowadząc działania prewencyjne bardzo ważny był stały kontakt ze społeczeństwem.

- To wtedy pojawiła się teoria ,,zbitej szyby’’?

- Tak. W tej teorii chodzi o to, żeby nikt z nas nie przeszedł obojętnie wobec przysłowiowej zbitej szyby, nawet w okienku piwnicznym. Jeżeli zobaczysz coś podejrzanego i nic nie zrobisz w tej sprawie, to bądź pewny, że przestępcy dokonają kolejnych włamań, aż któregoś dnia okradną ciebie. Dlatego należy przewidywać pewne zjawiska i starać się im zapobiegać.

- Dzisiejszy Gorzów jest bezpieczniejszy od tego, w którym pracował pan jako policjant?

- Myślę, że tak. Statystyki gruntownie się poprawiły. Każdy, kto żył tu 20-30 lat temu czuje, że jesteśmy miastem dużo spokojniejszym. Inna rzecz, że w tym czasie bardzo zmieniła się też struktura przestępstw. Kiedyś było więcej rozbojów, napadów i włamań, dzisiaj złodzieje chodzą często w białych kołnierzykach, i działają głównie w świecie internetu. Cyberprzestępczość rozwija się, zmienia i jej trzeba teraz stawiać czoła.

- Kiedy w 2010 roku dostał pan propozycję zostania rzecznikiem wojewody lubuskiego powiedział pan, że była to na tyle interesująca propozycja, że warto było zrezygnować z dalszej służby. Tak mocno już ciągnęło pana do pracy ,,w cywilu’’?

- W policji doszedłem do ściany. Nic więcej nie byłem w stanie zrobić, poznać, nauczyć, a do tego doszło zmęczenie. Będąc jednak w służbie skończyłem jedne, potem drugie studia podyplomowe, czułem, że mam wiedzę i doświadczenie w zarządzaniu i komunikacji społecznej. Ale chciałem działać w bardziej otwartej przestrzeni. I kiedy pojawiła się taka oferta chętnie z niej skorzystałem.

- Jakie istotne są różnice pomiędzy pracą rzecznika prasowego w instytucjach administracji państwowej czy samorządowej a byciem rzecznikiem w policji?

- I tu, i tu współpraca z mediami musi się opierać na otwartości, na zrozumieniu potrzeb i uwarunkowań. Policję należy chwalić za zbudowany przez lata system komunikacji, za zbudowanie jasnej struktury. Jednym ze źródeł jej sukcesu jest też dobór osób tworzących materiały prasowe. W komendzie głównej i dużych komendach wojewódzkich często są to policjanci wyspecjalizowani w swoich obszarach. Jeden jest od ruchu drogowego, drugi od przestępczości zorganizowanej, trzeci od prewencji itd. Co do instytucji samorządowych, w różnych instytucjach jest różnie, ponieważ wynika to z konkretnych potrzeb. Obecne czasy powodują jednak, że komórki zajmujące się informacją, promocją, budową ,,pijaru’’ są potrzebne i ich znaczenie będzie rosło. Bo w samorządach jest więcej ważnych tematów interesujących społeczeństwo. A jest ono coraz ciekawsze i oczekuje szybkich działań. Jeżeli w mieście coś się dzieje, mieszkańcy chcą natychmiastowej reakcji władz, czasem nawet wykraczającej poza jej kompetencje. Chcą potwierdzenia lub dementowania ważnych dla nich informacji. Można powiedzieć, że istotniejszych różnic w komunikowaniu nie ma, ale samorząd jest pod większą presją, pod większym obstrzałem.

- Jak zmienia się praca rzecznika w sytuacji, kiedy w szybkim tempie rozwijają się media społecznościowe, a co za tym idzie, praktycznie każdy może działać w przestrzeni publicznej?

- Pamiętam dzień, w którym uruchomiono nam w policji internet. Wtedy to była ciekawostka. Posługiwaliśmy się głównie telefonem i faxem. Ale szybko przekonaliśmy się, że bardzo pomaga nam w pracy. Teraz działanie bez niego nie jest już realne. Śmieję się, kiedy sobie przypomnę czas, kiedy w policji dostałem pierwszy telefon komórkowy. Co chwilę zerkałem na niego i sprawdzałem, czy ktoś nie dzwonił. A w ogóle pierwszy telefon komórkowy widziałem u gangstera ze wschodu, był on wielkości walizki. Wtedy policja mogła o nich marzyć. Dzisiaj zaś większość mojej pracy przeniosła się do smartfona. Wracając do mediów społecznościowych, dzisiaj stanowią one dla wszystkich poważne źródło informacji i komunikacji. I dla rzeczników, i dla dziennikarzy.  Ci ostatni, często reagują na to, co pojawia się w mediach społecznościowych, mają tematy do pracy i weryfikują je u rzeczników. Nasza praca bardzo zmienia się technicznie, ale zawsze najcenniejszym towarem jest informacja.

- Czy rolą rzecznika prasowego jest robienie dobrej miny do złej gry i wmawianie wszystkim, że jest tylko dobrze, czy jednak mówienie, jak jest naprawdę?

- Jestem zwolennikiem mówienia prawdy, nawet jak jest ona trudna. Oczywiście w tej lawinie informacji, z jaką mamy dzisiaj do czynienia, w dobie fake newsów, trollingu i wielu innych negatywnych zjawisk skupionych wokół komunikacji, odbiorcy nie zawsze docierają do rzeczywistej informacji. Czasami wynika to z błędów w informowaniu, a czasem z wyciągnięcia błędnych wniosków. Ja staram się być precyzyjny, bo wychodzę z założenia, że kto mówi prawdę, nie musi potem pamiętać co mówił. To stara, sprawdzona reguła.

- W gorzowskim magistracie mamy dobry model budowania informacji i przekazu?

- Dobry, bo się sprawdza. Niemniej musimy być otwarci na zmieniającą się rzeczywistość. Różne samorządy tworzą różne modele. Nasz jest podobny do tego w wielu innych miastach. Jest on oparty na dwóch filarach. Pierwszy zajmuje się obsługą prasową i koordynowaniem polityki informacyjnej urzędu, drugi zajmuje się promocją, inicjowaniem, inspirowaniem i wspieraniem wszystkich działań promocyjnych w mieście. Zajmuje się też stroną internetową i wydawnictwami. To naprawdę dużo pracy. A to informowanie jest ważne, szczególnie teraz w czasach ogromnego rozmachu inwestycyjnego w mieście, przeobrażania miasta na skalę dotąd niespotykaną. Ale i problemów budowlanych, w jakich się znaleźliśmy. Od kilku lat Gorzów jest wielkim placem budowy i jeszcze przez jakiś czas tak będzie. Wszyscy w magistracie skupiamy się na informowaniu opinii publicznej o przebiegu prac, wyjaśnianiu problemów, uspokajaniu nastrojów i pokazywaniu, że koniec już bliski. Największe problemy zostały rozwiązane. Ale jeszcze całkiem spokojni być nie możemy, bo w tym roku czekają nas kolejne bardzo duże i bardzo ważne inwestycje. Mam nadzieję, że tak nie będzie, ale mogą zdarzyć się jakieś niespodzianki.

- Gorzowianie nie za mocno narzekają na własne miasto, czyli de facto na samych siebie?

- Dobre pytanie. Jak wspomniałem, pochodzę z Dolnego Śląska i kiedy czasami jadę w rodzinne strony, oglądam takie miasta jak Jelenia Góra czy Wałbrzych, to nie widzę powodów, żebyśmy mieli w Gorzowie czegoś się wstydzić. Wiele miast ma dużo większe problemy do rozwiązania. Kryzys miast średnich to problem wielu miast, nawet Zielonej Góry. Starajmy się mu zapobiegać, a nie lamentować. W Gorzowie zdecydowanie przesadzamy z tym narzekaniem i nie mówię tego jako rzecznik miasta, bo już kiedyś w tej kwestii wyraziłem swoją opinię, jeszcze zanim zostałem rzecznikiem. I chętnie na to się powołam. Napisałem kiedyś do Gazety Lubuskiej artykuł. Postawiłem w nim tezę, że wielu z nas, szczególnie polityków, lubi chodzić w zbyt dużych garniturach. A oni nie zawsze mówią to, w co wierzą. Miejmy ambicje, ale na miarę możliwości. Posłużę się bezpiecznym dla mnie przykładem, żeby nie tworzyć pola konfliktu. Jeśli ktoś, na przykład mówiąc o rozwoju turystyki, chce zrobić z Gorzowa drugi Kraków, to raczej jest skazany na porażkę. A w tej sprawie i podobnych sprawach przez lata powstało u nas mnóstwo różnego rodzaju strategii.  Są to marzenia oderwane od rzeczywistości, bo i tak nigdy nie będziemy mieli gór, sztolni i zamków, jak przykładowo na Dolnym Śląsku. Albo jezior do żeglowania, jak na Mazurach. Nie rozwiniemy nagle narciarstwa, nawet jak wybudujemy stok i kolejkę linową, bo na przeszkodzie stanie nam brak śniegu. Choć z tego co pamiętam, to kiedyś takie plany były.

- To w jakim kierunku powinniśmy się rozwijać?

- Powinniśmy tworzyć miasto przyjazne, wygodne i funkcjonalne. I starać się, by było coraz ładniejsze. Powinniśmy też dążyć do rozwoju nowoczesnej gospodarki. Do tworzenia więzi ekonomicznych z większymi ośrodkami, poprawiać komunikację. Trzeba krok po kroku rozwijać infrastrukturę przemysłową, stawiać na różnorodność. Ale łączyć to z ekologią, dbaniem o przyrodę. Wykorzystać urodę naszych lasów, rzek i jezior. To nie jest proste, ale jest możliwe. Niedawno przeczytałem książkę o upadku słynnego amerykańskiego miasta Detroit, które kiedyś było potentatem branży motoryzacyjnej i gospodarczo stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków w Stanach Zjednoczonych. Przyszedł kryzys, przemysł upadł i miasto stało się bankrutem. Przez to upadła oświata, komunikacja, służba zdrowia i usługi. Dlatego, ważna jest różnorodność gospodarcza. Ważne jest usadowienie firm globalnych, ale również ważne są małe przedsiębiorstwa. Mamy w mieście ogromny atut w postaci dużych terenów inwestycyjnych i to powinno zaprocentować. Jest jeszcze jedna sprawa.  W przyszłość nie można patrzeć na odległość nosa. Musimy myśleć o rozwoju regionu w perspektywie kilkunastu, a niekiedy nawet kilkudziesięciu lat. To, co teraz jest planowane i realizowane - inwestycje drogowe, oświatowe, komunikacyjne, gospodarcze – będzie procentować przez następnych kilkadziesiąt lat.

- Dziękuję za rozmowę