W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Bettiny, Konrada, Mirosława , 19 lutego 2020

Gorzów jest miastem starzejącym się i to szybko 

2020-01-15

Z Jadwigą Teresą Żurawską, emerytką, która prowadzi nietypowy klub seniora w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_26725.jpg

- Można panią nazwać czynną i aktywną emerytką?

- Jak najbardziej. To znakomite określenie.

- Prowadzi pani zyskujący na popularności klub seniorski. Co to jest za klub?

- Zupełnie inny, aniżeli inne w mieście, a które pojawiają się jak grzyby po deszczu. My nie zajmujemy się aktywnościami takimi, jak w innych klubach. Nie gimnastykujemy się, nie dziergamy na szydełku czy na drutach, nie śpiewamy, ani nie tańczymy. Nasz klub jest klubem dyskusyjnym.

- Co pani rozumie pod tym pojęciem?

- Spotykamy się raz w tygodniu we wtorki i zwyczajnie rozmawiamy o ważnych i ciekawych rzeczach. Klub ma siedzibę przy parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego przy ul. Warszawskiej, ale nie jest absolutnie klubem katolickim czy wyznaniowym. Miejsce tu jest dla każdego. To jest świecki klub. Fakt, jeśli ktoś się chce pomodlić, to może, ale nikt nikomu nic nie narzuca. I od trzech lat się spotykamy, aby rozmawiać.

- O czym?

- O wszystkim. Poza dwoma tematami – nie rozmawiamy o polityce i o religii. Mamy czas na poważne tematy, ale mamy też  czas na żarty, na dowcip. Mało tego, mamy specjalistki właśnie od żartów. Ale jak w czasie dyskusji czy żartów ktoś chce sobie cos tam dziergać na szydełku, to może, zakazu absolutnego nie ma (śmiech).  Inna rzecz, że te wszystkie działania manualne w klubach seniorskich wydają się mnie właśnie takie typowe dla babulek, a my wcale żadnymi babulkami nie jesteśmy. Dyskutujemy o przeczytanych książkach, mamy nawet własną bibliotekę. Rozmawiamy o filmach, które razem oglądamy, o koncertach, o podróżach, o wszystkim poza polityką i religią.

- Ale przecież pani klub widać na wielu wydarzeniach kulturalnych w mieście.

- Dokładnie. Chodzimy na koncerty do Filharmonii, bywamy na wystawach, bierzemy aktywny udział w spotkaniach w Klubie MC Jedynka. Stale chodzimy do kina, ja to nawet w Kinie 60 Krzeseł mam już swoje stałe miejsce. Bywamy w Klubie Na Zapiecku. Ostatnio nawet dość gruntownie zwiedziliśmy nasze Muzeum. No chodzimy wszędzie, gdzie się coś ciekawego dzieje. A latem to gdzieś tam sobie wyjeżdżamy.

- Jednym słowem, zrobiła pani coś, co można nazwać klubem inteligenckim dla emerytów.

- Można tak to powiedzieć, bo jak do tej pory takiego miejsca w Gorzowie nie było. Owszem, jest Klub Inteligencji Katolickiej, a mnie interesowało stworzenie takiego miejsca bez określenia, świeckiego klubu dyskusyjnego dla seniorów i coś takiego powołałam. I podkreślam – nie dyskutujemy o polityce, religii i o chorobach, bo my przecież wszyscy jesteśmy zdrowi (śmiech). My tu jesteśmy, żeby się wspomagać intelektualnie. Oczywiście, jeśli ktoś z nas zachoruje, to też pomagamy, ale nie rozmawiamy o chorobach, bo i po co. Ciekaw rzeczą jest też i to, że na kanwie klubu potworzyły się prywatne przyjaźnie. Ludzie się spotykają prywatnie. To też jest pewna jakość.

- Powiedziała pani, że ostatnimi czasu w Gorzowie różnych klubów dla seniorów powstało sporo. Czyżby to znaczyło, że seniorzy przeszli w mieście do ofensywy? Przestali przesiadywać w domach?

- Zauważyłam, że emeryci rzeczywiście zaczęli wychodzić z domów. Już nie siedzą po zakamarkach. Ale tu też działa mechanizm, że jedna koleżanka wyciąga z domu inną koleżankę, ta z kolei następną i tak się tworzy łańcuszek. Inna rzecz, że Gorzów jest miastem starym lub inaczej – starzejącym się i to szybko. Młodzieży jest znikoma garstka. Każda rodzina w Gorzowie ma kogoś za granicą. Mam na myśli dzieci. Ja sama mam syna w USA. Ci, co wyjeżdżają na studia do innych miast, zwyczajnie tu nie wracają. W Gorzowie zostaje mama, tata, nierzadko on wdowiec, albo ona wdowiec. I ci ludzie zwyczajnie nie mają z kim porozmawiać. Dlatego też takie powodzenie klubów seniorskich.

- Czy pani założyła ten klub właśnie dlatego, żeby z jednej strony gromadzić ludzi rzutkich, a z drugiej wyjść naprzeciw tym zamkniętym w czterech ścianach?

- Dokładnie tak. I nagle po latach bycia w klubie, to te niewygadane i schowane do tej pory w domach, stają się rzutkimi i przebojowymi kobietami na emeryturze. I proszę sobie wyobrazić, że teraz to one proponują – a może byśmy poszli do kina? A proszę bardzo, idziemy, a może tam gdzieś indziej – czemu nie? Też idziemy.

- Ale pani generalnie sama należy do ludzi, którzy latają nie tylko po Gorzowie, ale po świecie.

- Oczywiście, że latam. Kiedyś miałam trójkę dzieci i nie mogłam sobie na to pozwolić, a teraz już tak. Właśnie niedługo lecę na północ Szwecji, bo zatęskniłam za prawdziwym śniegiem.

- Była pani już w kilku ciekawych miejscach na świecie.

- Byłam. Znam już nieźle Stany Zjednoczone. Mój syn tam mieszka 15 lat, a ja już zdążyłam być tam 11 razy. I proszę sobie wyobrazić, że mnie już nie bardzo chce się do tych Stanów jechać. Ale byłam też w Meksyku, mam nieźle objechaną Europę. Poza tym ciągle jeżdżę po Polsce, bo to też jest fascynujące.

- Pani zaraża ludzi entuzjazmem.

- Oczywiście, bo tak się łatwiej żyje. Owszem, pojawiają się takie momenty, że chce rezygnować z klubu, ale jak sobie popatrzę na moich klubowiczów, na tych uśmiechniętych ludzi, to od razu durne myśli ulatują mi z głowy. Mało tego, wspieram działania Pozytywki Uli Niemirowskiej, mój klub literacki spotyka się w Jedynce, pracuję w Caritas, jestem mocno zajętą osobą. Ale ja sobie inaczej zwyczajnie nie wyobrażam. Niekiedy czasu brakuje, żeby być wszędzie i widzieć wszystko, ale mocno się staram i mocno też zachęcam moich klubowiczów. Ruszam się, bo można, ale mało tego – trzeba. Inna rzecz, że to też zależy od charakteru. Mnie od dziecka mocno świerzbiały nogi (śmiech). Zawsze też lubiłam pomagać i to robiłam. I tak mi na starość zostało.

- Czy takie aktywne życie można być remedium na ten czas, kiedy człowiek idzie na emeryturę?

- Oczywiście, że tak. Bo muszę powiedzieć, że mnie drażni fakt taki. Otóż dorosłe dzieci wymagają wręcz, aby dziadkowie zajmowali się wnukami i źle przyjmują odmowę. Drażni mnie wykorzystywanie babć i dziadków. Sama mam wnuki, ale uważam, że wychowywać je powinni rodzice. No i ja buntuję te moje klubowiczki, żeby nie dały się zaprząc w kierat. I mam niejaką obawę, że mnie ktoś kiedyś na pasach za to przejdzie (śmiech). Ja im w kółko powtarzam – to jest nas czas, może ostatni. Trzeba go dobrze wykorzystać. Ty możesz pomóc w opiece nad wnukami, ale nie musisz. I one zwolna zaczynają tak myśleć. Nic nie musisz.

- Dziękuję bardzo