W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Amadeusza, Cezaryny, Juliany , 8 kwietnia 2020

U nas jest ciągły wyścig szczurów

2020-01-22

Z Ireneuszem Maciejem Zmorą, byłym prezesem Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_26769.jpg

- Formalnie do końca lutego jest pan pracownikiem Stali Gorzów, ale z klubem tak naprawdę rozstał się pan jeszcze w grudniu. Jakie to uczucie, tak, ot sobie wyjść z biura po 15 latach?

- Umówiłem się z prezesem Markiem Grzybem, że w razie potrzeby pomogę przy niektórych zadaniach i jestem dostępny do końca lutego. Nie musiałem przynosić kartonu, jak czynią to niektórzy w amerykańskich filmach, ponieważ nie miałem w biurze żadnych rzeczy osobistych. Całe moje biuro mieściło się w laptopie. Wielkiej rewolucji nie ma, gdyż wyszedłem z klubu w sensie zawodowym, zaś emocjonalnym, mentalnym długo pozostanę jeszcze na stadionie.

- Jako kibic?

- Zgadza się, będę razem członkami zarządu, sponsorami i kibicami dopingował naszą drużynę. Nie opuszczam klubu jako człowiek obrażony, lecz jako osoba spełniona.

- Czyli liczba 50 dużo panu mówi?

- Tak. Jest to liczba zdobytych przez żużlowców Stali Gorzów medali mistrzostw świata, Europy oraz Polski w okresie, kiedy kierowałem klubem.

- Bezpośrednio po podjęciu decyzji o rozstaniu się ze Stalą Gorzów powiedział pan w rozmowie z nami, że chciał się uwolnić od ,,złotej klatki’’, do której wielu pana przypisało. Ale kiedy tak naprawdę uznał pan, że należy pożegnać się z klubem?

- To był proces długotrwały. Pierwszy raz pomyślałem o tym w 2014 roku, po zdobyciu przez zespół pierwszego od 31 lat drużynowego mistrzostwa Polski dla naszego klubu, dla naszego miasta. Uznałem wówczas, że nic więcej nie będę już w stanie zdobyć na tym stanowisku i wydawało mi się, że jest to dobry moment na odejście. Z drugiej strony pojawiła się chęć poprawienia wyniku, zamarzyły mi się następne sukcesy. I w takim stanie tkwiłem przez pięć ostatnich lat.

- Rozumiem, że z jednej strony chciał pan kolejnych zwycięstw, z drugiej czekał pan na dogodny moment oddania steru?

- Tak, zwłaszcza że od pewnego momentu czułem, że gdzieś tam ta energia we mnie powoli słabnie. To zaczynało przypominać wykres EKG. Wahania były coraz częstsze i przez to od 2-3 lat zacząłem intensywnie rozglądać się za osobą mogącą przejąć moje obowiązki. Momentem kulminacyjnym był zremisowany, ostatni mecz w tym roku w rundzie zasadniczej z Włókniarzem Częstochowa, po którym stało się jasne, że pojedziemy w barażach. Stanowczo powiedziałem wtedy pas.

- Jak bardzo zmieniła pana praca w Stali?

- Samemu jest ciężko to ocenić, może potrzebny jest czas. Za kilka lat, z pewnego dystansu ta ocena będzie prawdopodobnie łatwiejsza do dokonania. Dzisiaj mogę tylko powiedzieć, że dużo się nauczyłem, bo 15 lat w życiu zawodowym to spory okres.

- Co jest najtrudniejsze w prowadzeniu profesjonalnej organizacji sportowej?

- Pogodzenie możliwości finansowych z ambicjami sportowymi. Corocznie trzeba dbać o finanse klubu w ten sposób, by budżet każdorazowo się dopiął. Jest to o tyle trudne, że nie na wszystko ma się bezpośredni wpływ, a często pojawiają się trudne sytuacje finansowe. Wystarczy kilka odwołanych meczów, trudności finansowe sponsora, kontuzja zawodnika, czy niższa frekwencja na meczach. Pamiętajmy, że klub, choć jest spółką akcyjną, nie ma na celu generowania zysków czy wypłaty dywidend. Głównym celem osiąganie jak najlepszych wyników sportowych przy zrównoważonym budżecie. Nawet, jeżeli w pewnym momencie sytuacja finansowa jest dobra, to pojawia się pokusa, żeby jednak wydać więcej, jeżeli za tym może pójść lepszy wynik sportowy. Za wynikiem może przecież pójść wyższa frekwencja i dalej mogą przyjść nowi sponsorzy. W takich chwilach łatwo jest też wpaść w spiralę zadłużenia.

- Wszędzie podkreśla pan, że z tych wszystkich sukcesów ten największy dotyczy 2014 roku i zdobycie po 31 latach złotego medalu w lidze. Z czego jest pan najbardziej dumny?

- Z tego, że udało się na nowo stworzyć klub wielosekcyjny. Mamy silną sekcję piłki ręcznej, oraz młodzieżową piłki nożnej. Do niedawna była sekcja amatorskiej siatkówki i futbolu amerykańskiego, która zdobywała medale mistrzostw Polski. Jestem dumny, że dzisiejsza marka Stali Gorzów jest bardzo dobrze rozpoznawalna praktycznie w całym kraju. Naszą misją było to, żeby klub zacząć nadawać charakter, jak i zbudować rozpoznawalność nie tylko marki, ale i miasta. Wszelkie badania pokazują, że Gorzów kojarzy się z żużlem, a żużel z Gorzowem. Jeszcze kilka lat temu nie było to takie oczywiste. Cieszę się ponadto, że zdołaliśmy przywrócić pamięć o dawnych czasach działalności klubu. Budując szacunek do historii podjęliśmy współpracę z byłymi działaczami, zawodnikami, na rynku pojawiły się publikacje o klubie, ale przede wszystkim reaktywowaliśmy memoriał Edwarda Jancarza. Wybudowaliśmy wiele tablic pamiątkowych na koronie stadionu czy zaczęliśmy budowę alei triumfatorów memoriałów przy moście Staromiejskim. Niedaleko mostu stanął pomnik Edmunda Migosia. Tymi działaniami nadaliśmy pewien charakter miejski, wypełniając fragment przestrzeni miejskiej.

- Codzienna praca dyrektora w klubie jest trudniejsza od pracy prezesa?

- Zdecydowanie trudniej jest być prezesem niż dyrektorem. Na plecach dźwiga się bowiem całą odpowiedzialność, w tym za wynik finansowy oraz oczekiwania otoczenia za dobry wynik sportowy. Dyrektor zawsze może schować się za plecami prezesa, gorzej jeżeli pełni się obie te funkcje, a tak było w moim przypadku przez ostatnie siedem lat.

- Ile nie przespał pan nocy, licząc braki finansowe w budżecie?

- Jest to niepoliczalne, bo tych nocy było mnóstwo. Prowadząc klub praktycznie każdego dnia trzeba myśleć o sferze finansowej, bo ciągle jest się czymś zaskakiwanym.

- Czyli prawdą jest, że polski żużel ciągle żyje na krawędzi, gdyż nie mając odpowiednio wysokiego finansowania zgadza się na podpisywanie wysokich kontraktów z zawodnikami?

- Problem tkwi w naszej polskiej mentalności, gdzie chęć uzyskania jak najlepszego wyniku sportowego jest ważniejsza niż fajna zabawa wzorem tego, co widzimy w zawodowych sportach w Stanach Zjednoczonych. Tam został zbudowany produkt w postaci profesjonalnych lig, których celem jest dostarczenie kibicom rozrywki. Wynik sportowy zawsze jest ważny, ale nie może wszystkiego przysłaniać. U nas jest ciągły wyścig szczurów i bez względu na to, ile kluby wypracują pieniędzy, to i tak wszystkie wyjdą w postaci podpisanych kontraktów. Przez to nie łożymy wystarczających sił na budowę marketingu, a co za tym powinno pójść, na tworzenie dobrego produktu. Liczę, że to się zacznie jednak zmieniać, bo przynajmniej w PGE Ekstralidze widać już symptomy pójścia we właściwym kierunku.

- Jakiej rady udzielił pan nowemu prezesowi, który po pańskim odejściu już wpadł do głębokiej wodę?

- Wszystko, o co prezes Marek Grzyb mnie się pytał, pozostanie naszą wewnętrzną sprawą. Nie chciałbym upubliczniać tych rozmów. Mogę tylko dodać, że aktywnie dzieliłem się moją wiedzą, nasze rozmowy odbywały się na zasadzie wymiany poglądów, a z czego ostatecznie prezes skorzysta, to już decyzja należy do niego.

- A jak było z tym szantażowaniem niektórych zawodników na zasadzie, że ,,jak podpiszesz kontrakt, to wypłacimy ci pieniądze sponsorskie’’?

- Jedna w wielu bzdur krążących w środowisku.

- Zawodnicy rzeczywiście przywiązują się do barw klubowych, jak to ostatnio jest wszędzie sugerowane, czy raczej prowadzą chłodne kalkulacje, gdzie im będzie lepiej, choć niekoniecznie w pierwszej kolejności spoglądają na kwoty wpisane w kontrakcie?

- To bardziej pytanie do ekspertów, którzy siedząc z boku chętnie wszystko oceniają. Faktem jest, że zawodnik podejmując decyzję o podpisaniu kontraktu zwraca uwagę na wiele czynników, niekoniecznie tylko na wysokość kontraktu. Pamiętajmy, że żużlowcy mają własnych sponsorów i zmieniając środowisko muszą się liczyć, że niektórych z nich mogą stracić. Ważne są również elementy logistyczne, kwestia bazy, mechaników. Przykładowo Duńczycy lubią jeździć w Gorzowie, bo od nas mają blisko do domu, co jest dla niektórych przynajmniej bardzo ważne. Idąc do nowego klubu zawodnik najczęściej musi wypracować swoją pozycję, zaczynając z trudniejszego pułapu niż inni. Musi zdobyć sympatię kibiców, jeżeli chce się szybko poczuć dobrze. Kolejna sprawa to kwestia wyboru toru domowego. Co z tego, że ktoś podpisze dobry kontrakt, jak będzie zdobywał mało punktów. Nie każdy tor pasuje każdemu zawodnikowi. Pamiętajmy, że wyższa oferta wcale nie musi przełożyć się na większe pieniądze, bo te zawodnicy w dużej części muszą „podnieść” z toru. Ponadto wszyscy znamy powiedzenie choćby z piłki nożnej, że ,,nikt ci tyle nie da, ile ktoś ci obieca’’. Przez to zawodnicy często wolą mieć coś pewnego, nic ryzykować i iść za dużymi obietnicami.

- Malejąca liczba dobrych zawodników powoduje, że rosną dla nich stawki. Istnieje górna granica tego wyścigu?

- Za regulację rynku żużlowego odpowiada Polski Związek Motorowy, bo on wyznacza zasady. Otwartość naszego rynku tak naprawdę oznacza, że nie ma górnej granicy płac. Jeżeli zaś byśmy wprowadzili pewne ograniczenie, przykładowo KSM, to łatwiej byłoby panować nad górnym limitem wynagrodzeń.

- Przypomnijmy, bo nie wszyscy pamiętają, że KSM obowiązywał jeszcze niedawno, bo sześć lat temu. I rzeczywiście było wtedy łatwiej regulować rynek?

- Było łatwiej i było taniej.

- Słowem, jest pan za powrotem tego regulatora?

- Zawsze byłem zwolennikiem KSM-u. Średnio rozgarnięty ekonomista wie, co oznacza prawo podaży i popytu. Obecnie na rynku mamy duży popyt, dlatego bez odpowiedniej regulacji nie ma możliwości powrotu do stabilności finansowej.

- Mamy przecież limity finansowe, choć wszyscy wiemy, że ceny windowane są poprzez umowy sponsorskie.

- Bo nikt nie zabroni nikomu sponsorować zawodnika i przez to są podpisywane takie umowy. Natomiast nie lekceważyłbym limitów, bo ich celem jest stabilizacja rozgrywek. Dzięki temu regulatorowi kluby nie mogą podpisywać z zawodnikami wyższych umów, a te, które są zawierane pozwalają na utrzymanie stabilności finansowej. Skończyły się dzięki temu tematy upadków klubów, od kilku sezonów nikt nie bankrutuje i to pozwala budować optymalny wizerunek PGE Ekstraligi. Dzięki temu można było pozyskać dużych sponsorów, podpisać wieloletnie umowy z telewizją, za czym poszły konkretne pieniądze. Dlatego jest to takie ważne, ponadto dzięki tym limitom zatrzymane zostały kominy płacowe, które były problemem dla klubów w poprzednich latach.

- Czy PGE Ekstraliga powinna zostać powiększona?

- W przypadku wprowadzenia KSM-u powiększenie ligi byłoby oczywiście uzasadnione, gdyż można to uczynić pod warunkiem utrzymania wyrównanych w miarę możliwości składów. Pamiętajmy, że wyznacznikiem popularności sportu jest telewizja i widzowie nie mogą oglądać meczów kończonych wygraną jednej z drużyn 60:30. Oczywiście mogą się zdarzyć takie rozstrzygnięcia, ale żeby nie stały się one czymś normalnym. Pamiętajmy jednak, że powiększenie PGE Ekstraligi niesie negatywne konsekwencje dla utrzymania trzech poziomów rozgrywek. Likwidacji praktycznie musiała ulec druga liga. Za tym pojawiłoby się niebezpieczeństwo rozwarstwienia układu sił w pierwszej lidze. Mielibyśmy zespoły szykujące się do awansu do PGE Ekstralidze i walczące o przetrwanie. Dysproporcja pomiędzy nimi zapewne byłaby duża, co bardzo mocno uderzałoby finansowo w zespoły lepsze.

- Powinniśmy powrócić do dyskusji na temat uwolnienia jednego miejsca dla zagranicznego juniora?

- To nie jest temat łatwy do dyskusji. Najpierw należałoby ocenić, w jakiej perspektywie czasowej miałby wejść ten przepis? W przypadku 2020 roku temat jest już zapewne zamknięty i dobrze, bo byłem temu przeciwny. Pamiętajmy, że kluby mają duże obostrzenia, jeżeli chodzi o szkolenie adeptów. Nie wszyscy potem trafiają do ligi, ale często nasi młodzi zawodnicy zalewają inne ligi, co z kolei powoduje, że brakuje odpowiedniego szkolenia w tamtych ligach. Polacy zabierają przestrzeń nie tylko dlatego, że są dobrze szkoleni, ale są przede wszystkim dosprzętowieni przez polskie kluby.

- Co jednak zrobić, żeby żużel w Europie się nie zwijał?

- W perspektywie czasu moglibyśmy jednak zezwolić na kontraktowanie juniora zagranicznego i wystawiać go na jednej z pozycji młodzieżowej, co stanowiłoby podanie innym federacjom tlenu i kroplówki. Z drugiej strony trzeba byłoby zweryfikować obecne wymagania szkoleniowe wobec polskich klubów. Są one bardzo kosztowne, często też ta ,,produkcja’’ nie idzie pod względem jakości a na ilość. Uważam, że nie do końca wykorzystujemy również naszą drugą ligę do promocji zagranicznych i swoich juniorów. Powinniśmy stworzyć takie przepisy, żeby zachęcać kluby do sięgania po młodych zawodników a nie takich, którzy chcą tylko zarobić trochę pieniędzy przed pójściem na emeryturę.

- Dziękuję za rozmowę