W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Amadeusza, Cezaryny, Juliany , 8 kwietnia 2020

Najtrudniej jest tłumaczyć rodzinom pacjentów

2020-01-29

Z Markiem Lewandowskim, dyrektorem Hospicjum św. Kamila w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_26810.jpg

- Panie dyrektorze, ponoć za chwilę nabiera pan praw emerytalnych. Idzie pan na emeryturę?
- Na razie nic na to nie wskazuje. Ale być może, że będzie trzeba. D końca życia przecież nie można pracować.
- A teraz już na poważnie. Dochodzą mnie dość niepokojące sygnały, że w hospicjum brakuje lekarzy.
- W zasadzie tylko lekarza. Może to być kilku lekarzy, ale jak zsumować ten wymiar pracy, to wychodzi jeden etat. Ci, którzy są, gdyby poświęcili hospicjum tyle czasu, ile poświęcali wcześniej, wówczas nie byłoby problemu. Ale lekarze ograniczają swoją aktywność zawodową. A hospicjum nie jest ich pierwszym miejscem pracy. Wszyscy są zatrudnieni na kontraktach, więc wybierają zapewne to, co bardziej im odpowiada. Często, jak pukam do nowych lekarzy, bo jestem wyczulony na pewne ruchy, które ktoś tam wykonuje, to słyszę  - nie, do hospicjum to nie, my chcemy leczyć. Nie wiem, skąd przekonanie, że w hospicjum się nie leczy. Jeśli ktoś choruje, jest pod opieką na przykład onkologa , to w pewnym momencie, jednak ten chory staje się chorym terminalnie. Ale w dalszym ciągu jest to ta sama osoba, ten sam chory. I w dalszym ciągu potrzebuje pomocy. W innym zakresie, już nie leczenia przyczynowego, ale nadal potrzebuje leczenia. Potrzebuje tego do końca. Dlatego też patrzenie, że tam się leczy, a tu nie, jest złym i szkodliwym dla hospicjum. Najgorszą rzeczą jest to, że nie ma lekarzy gorzowskich. 
- Co pan rozumie pod określeniem – nie ma lekarzy gorzowskich?
- To znaczy, że trzon personelu medycznego hospicjum stanowią lekarze spoza Gorzowa. Mamy lekarzy ze Szczecina, Sierakowa, czyli z Wielkopolski zatem. Nie ma kogoś takiego, kto by się odważył i powiedział, tak, ja chcę tu pracować i pomagać tym chorym. Kiedyś byli tacy lekarze. Ale to jeszcze zanim ja tu zacząłem pracować. Niestety, to się zmieniło. A najgorsze jest to, że nie otwierają się nowe możliwości. Pytanie, skąd wyciągnąć takiego lekarza, który chciałby tu pracować jest stale otwarte. Czynię wiele wysiłków w skali kraju, regionu, ale stoję w miejscu. 
- Przecież Gorzów to duże miasto. 
- No tak. Ale aktywność zawodowa lekarzy na polu medycyny paliatywnej w hospicjum jest niewielka. Jak już mówiłem, sytuacja lekarzy się zmieniła. Gdyby lekarz był zatrudniony na umowie o pracę, w wymiarze – powiedzmy – pół etatu, o wiadomo, że jest to około 20 godzin tygodniowo. Ale jeśli są na kontrakcie, to tam nie ma określenia, ile godzin i w jakie dni taki lekarz pracuje. My ustalamy grafik, a do niego swoje propozycje daje lekarz. I jeśli trójka lekarzy powie, że w danym miesiącu przez dwa tygodnie ich nie będzie, to ja mam problem. Muszę łatać dziury tymi, którzy są i przyjeżdżają z zewnątrz, a tam też mają swoje aktywności. To też nie jest ich jedyna praca. Stąd jest trudność. 
- Panie dyrektorze, w hospicjum musi być lekarz przez całą dobę?
- W rozporządzeniu ministra zdrowia jest napisane, że usługodawca, czyli my, ma zapewnić 24-godzinny dostęp lekarza do pacjenta. W przypadku hospicjum nie ma takiego pojęcia, jak dyżur medyczny. To jest pojęcie z ustawy o działalności medycznej. Lekarz w tej placówce nie musi pozostawać na ostrym dyżurze. U nas jest tak, że jakiś czas, kilka godzin dany lekarz poświęca hospicjum stacjonarnemu, jakiś czas hospicjum domowemu, a pozostałe godziny pozostaje do dyspozycji pracodawcy – to też jest formuła z ustawy, czyli na telefon. Ale musi być ten dostęp 24-godzinny. No i z tym też jest problem. Proszę pamiętać, że lekarz, co jest oczywiste, jest przepracowany. Wraca z przychodni po całym dniu, przyjeżdża do hospicjum na dwie, trzy godziny, potem w nocy musi wstać. To jest wyzwanie. To taki lekarz zwyczajnie nie chce w ten sposób pracować. Bo on rano musi wstać znów do pracy. Dlatego mówię, że potrzebny jest lekarz, który powiedziałby – dobrze, hospicjum jest moim miejscem podstawowym, a wszystko inne mogę mieć gdzieś dodatkowo. 
- Jak to skutkuje dla państwa pacjentów? Ograniczacie przyjęcia?
- Mamy określone umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia, z których wynika liczba pacjentów. Na przykład w hospicjum domowym mamy 20 pacjentów i w zasadzie poza te liczbę nie wychodzimy. Dlatego też kolejni pacjenci czekają na miejsce i jest kolejka 10-15 osób. A mogliby być przyjęci. Poza tym są jeszcze dwa inne hospicja, które na tym terenie działają. Mam na myśli hospicjum Dotyk Anioła przy ul. Towarowej oraz hospicjum z Kostrzyna, które też działa na naszym terenie. Oba prowadzone przez lekarzy. No i sytuacja kierownika-lekarza jest inna, aniżeli takiej osoby, jak ja, który lekarzem nie jest. Lekarz podnosi słuchawkę i mówi – słuchaj stary, potrzebuję kogoś na cztery godziny. Tak to wygląda, bo lekarz mówi – słuchaj stary. Inna relacja, zupełnie inna od tej, jaka jest w rozmowie ze mną. C lekarze wyszli od nas, znają praktycznie wszystko. Nierzadko do tego dochodzą znajomości jeszcze ze studiów. 
- Panie dyrektorze, ten brak lekarzy przekłada się na jakość usług świadczonych przez was?
- Nie, absolutnie. Przekłada się tylko na liczbę osób, których możemy objąć opieką. Ale też warto podkreślić, że wśród tych lekarzy, którzy tu pracują, a jest ich ośmioro, dwoje jest już emerytami. I już mi mówią, że jeszcze trochę i też będą kończyć swoje aktywności zawodowe. I to dotyczy panią doktor ze Szczecina, specjalisty medycyny paliatywnej. Pani doktor jest już od trzech lat na emeryturze, a jednak przyjeżdża do nas na półtorej doby w tygodniu. I jak ona odejdzie, i drugi lekarz, który też jest na emeryturze, odejdzie, to się zrobi niedobrze. 
- Nie chce pan powiedzieć, że pan zamknie hospicjum.
- Ja wtedy ucieknę, żeby ktoś inny to zrobił. 
- A naprawdę rysuje się taki czarny scenariusz? Dojdzie do tego?
- Nie chciałbym, żeby do tego doszło. Nie dlatego, że ja tutaj pracuję. Ale dlatego, że to miejsce jest niesamowicie potrzebne pacjentom. Ja widzę, jak bardzo…
- Jak bardzo?
- Bardzo, bardzo. Jest duża różnica – to mówią pacjenci i ich rodziny – w sprawowaniu opieki nad chorym w szpitalu i w hospicjum. Tutaj mamy 17 łóżek, i sporadycznie są wszystkie zapełnione, bo jest bardzo duża rotacja. Mamy z reguły 12-14 pacjentów, którzy przebywają tu na co dzień i oni maj bardzo dobrą opiekę zespołu składającego się z lekarzy, pielęgniarek, opiekunów medycznych. Mamy tu własną kuchnię, więc posiłki są przygotowywane indywidualnie. Nie ma żywienia zbiorowego. Każda potrzeba pacjenta czy rodziny pacjenta jest zaspokajana. I na tym polega ta różnica. Ludzie potrzebują tego miejsca. Zauważyłem też taką rzecz, że wielu chorych, którzy do nas trafiają w złym stanie, na pewien czas jakby odzyskiwali życie i wigor. Pacjenci trafiają do nas w stanie krytycznym, a żyją jeszcze dwa, trzy, cztery miesiące. Gorzej jest z takimi pacjentami, którzy przywożeni w ostatniej chwili. Ja się wówczas czasami buntuję. Nie rozumiem tych, którzy decydują, aby przywieźć pacjenta na ostatnie 20 minut jego życia. A takie przypadki też się zdarzają. Ktoś kwalifikuje tego pacjenta. Tylko pytanie jest – po co? 
- Dla własnego sumienia?
- Być może dla sumienia, być może dlatego, że po śmierci pacjenta trzeba dokonać wielu formalności, trzeba zdezynfekować łóżko. Ale być może się mylę, być może to nie przez to. Kilka dni temu słyszałem rozmowę naszej pielęgniarki oddziałowej z jakimś lekarzem, który zgłaszał pacjenta, ale tłumaczył, że oni tam w szpitalu jeszcze coś zrobią. A potem usłyszałem – a może nie dożyje. To jest okrutne. Po co trzymają tego pacjenta, skoro wiedzą, że jest on w stanie terminalnym. Nie lepiej dać mu szansę, aby pacjent te ostatnie dni i godziny dożył, w jak my to nazywamy, pewnym komforcie? Otoczony opieką, otoczony rodziną. Trzeba dodać, że jesteśmy wspomagani też przez wolontariuszy. Codziennie ktoś tu przychodzi. Ci ludzie karmią tych chorych, rozmawiają z nimi, czego zapewne w szpitalu nie ma. To też przecież wpływa na jakość opieki. Kilka dni temu przyszedł syn pacjentki i powiedział, że się nie spodziewał tego, że mama tutaj będzie miała tak dobrze. I takie słowa bardzo cieszą. Jest to bowiem zasługą całego personelu. I chyba ta postawa wpływa na taką ocenę. I słyszę to od dziesięciu lat. Zdarzają się oczywiście i głosy negatywne. Najtrudniej jest wytłumaczyć rodzinom pacjentów, którzy chcą u nas umieścić kogoś bliskiego, a my nie możemy tego zrobić. Bo pacjent nie ma takiej choroby, która kwalifikuje do hospicjum.
- Czyli?
- Jest dziewięć chorób – zgodnie z rozporządzeniem ministra zdrowia i sto takie jak AIDS, stwardnienie rozsiane, choroby nowotworowe. Nie jest to na pewno udar, a rodziny tego nie rozumieją. Taka osoba blokuje nam łóżko dla tych, którzy są predysponowani do opieki hospicyjnej. Proszę sobie wyobrazić, że spotykaliśmy się nawet z pogróżkami, że ktoś się nam „odwdzięczy”.
- To takie polskie. 
- Nie, to jest małostkowe Pod każdą szerokością geograficzną można spotkać małostkowych ludzi, którzy się zachowują podle. Na całym świecie dzieją się rzeczy straszne, więc można powiedzieć, że ludzie są wszędzie tacy sami. Nie rozumiem tego. Czasami takim osobom mówię – a jak pan zachoruje na serce, to idzie pan do ortopedy, chirurga czy kardiologa? Ta sama zasada obowiązuje tutaj. Nie wiem, czy to jest przekonujące. 
- I ostatnie pytanie. Trzeba mieć jakąś specjalną odporność, żeby pracować w hospicjum? Przecież to jest bardzo trudna praca.
- Na pewno jest to trudna praca. Jak ktoś mówi, że tu często ludzie umierają, ja mówię mu wówczas, że w szpitalu też. Jeśli spojrzeć na statystyki, to w wartościach bezwzględnych w szpitalu umiera relatywnie więcej ludzi. Tyle, że tu częstotliwość jest większa. Są osoby, pielęgniarki, które pracują już naście lat. I ja je podziwiam, bo ja bym się nie nadawał do tego zawodu. Wystarczy, że bywały takie sytuacje, pacjent leży dłużej, więc jak idę do tego pacjenta, wchodzę z nim w relację, to on staje się znajomym. I nagle ten ktoś znika. To się przeżywa żałobę. Mogę powiedzieć, że na szczęście mam tyle zajęć, że nie siedzę codzienne z chorymi, bo chyba bym płakał z ich rodzinami. Ale każdy ma swoje miejsce w szeregu. Są lekarze, którzy pracowali tutaj, młodzi zwłaszcza, którzy odeszli właśnie ze względu na niemożliwość poradzenia z emocjami, zwłaszcza jeśli na przykład lekarz ma dzieci i musi wracać do domu z tym całym obciążeniem. Rozumiem to. Nie każdy się do tego nadaje. Tym bardziej podziwiam takich ludzi, którzy zdecydowali się tu pracować. 
- Dziękuję bardzo.