W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Mai, Marcelego, Wadima , 9 kwietnia 2020

Nasze badania wtedy dużo mówiły o ludziach

2020-03-04

Z Andrzejem Banasiem, psychologiem zakładowym Stilonu w latach 1962-1983, rozmawia Krystyna Kamińska 

medium_news_header_27105.jpg

- Dlaczego dyr. Henryk Welter chciał mieć w Stilonie pracownię psychologiczną?

- Henryk Welter był nowoczesnym dyrektorem, dziś byśmy powiedzieli, że przede wszystkim menadżerem, ale w latach 60. musiał się liczyć z ingerencją organizacji partyjnej, związków zawodowych, władz zwierzchnich. Myślę, że psycholog był mu potrzebny z jednej strony do wdrażania jego metod zarządzania, a z drugiej opinie psychologa mogły być argumentami w dyskusjach politycznych i ze zwierzchnikami.

- Jak Pan objął to stanowisko?

- W marcu 1962 r. kończyłem psychologię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, wszyscy już rozglądaliśmy się za pracą, ale po KUL-u szanse nie były duże. Koleżanka podsunęła mi ogłoszenie z ,,Życia Warszawy", że w dalekim Gorzowie zakład poszukuje psychologa. Zadzwoniłem, zaproszono mnie na rozmowę, obiecano zwrot kosztów przejazdu w I klasie i nocleg. Zgodziłem się. Dziś trochę wstyd się przyznać, ale obliczyłem, ile zarobię na różnicy między ceną biletu ze studencką zniżką a biletem I klasy. Wyszło, że sporo. Pojechałem. Na studiach mieliśmy psychologię kliniczną, psychologię wychowawczą i ogólną z elementami psychologii pracy. Pochodzę z południa Polski. Ani tam, ani w Lublinie nie było dużych zakładów pracy, ale ten nowy dział psychologii bardzo mnie zainteresował. Na studiach napisałem pracę o elementach psychologii w prakseologii Tadeusza Kotarbińskiego. Zawsze zajmowały mnie rozmaite nowinki, a do tego z duszy jestem wędrownikiem, więc kierunek ,,Gorzów" na dzikim zachodzie po prostu mnie zafrapował.

- Spotykamy się ponad 50 lat później w Gorzowie, a więc tamten przyjazd wyznaczył Pana losy.

- Rozmawiał ze mną sam dyrektor Welter. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, jakie to było wyróżnienie. Powiedział, co go interesuje, kazał oprowadzić po zakładzie. Po raz pierwszy znalazłem się w takim molochu, wśród tylu maszyn, ludzi, hałasu. Byłem przerażony. Dyrektor zostawił mi czas na podjęcie decyzji. W Lublinie ciągle myślałem, czy podjąć ryzyko. Aż zadzwoniono do mnie z Gorzowa z propozycją, abym przyjechał na tydzień. Przyjechałem 2 maja 1962 r. ok. godz. 6 rano. Było deszczowo i chłodno. Miasto dopiero się budziło. Siedziałem na dworcu i myślałem: Co ja tu robię? Ja z południowego wschodu Polski tu, na tym dalekim zachodzie?  Natomiast w Stilonie przyjęto mnie bardzo życzliwie, od razu dostałem pokój i biurko oraz deklarację dobrej pensji i kawalerki. Zostałem, ale jeszcze ciągle duszą bardziej tam niż tu.

- Więc co ostatecznie zdecydowało?

- Marianna. Poznaliśmy się 4 grudnia tego samego 1962 roku na imieninach pewnej Barbary, która, jak potem się dowiedziałem, była mną zainteresowana. Zaprosiła także swoją koleżankę, którą zainteresowałem się ja. Marianna dostała od Barbary klapkiem po tyłku, ale minęło już 57 lat, jak jesteśmy razem. Moja kawalerka miała w tym też swój udział, choć już dawno w niej nie mieszkamy.

- Pierwszym Pana zadaniem było stworzenie Pracowni Psychologiczno-Socjologicznej.

- Wtedy tylko w kilku dużych zakładach były podobne pracownie. Najpierw nawiązałem kontakty z Polską Akademią Nauk i tym samym od początku stilonowska pracownia weszła w krajowy obieg badań. Nigdy nie była duża, najwyżej cztery osoby. Dość długo pracował ze mną Wojciech Sadowski, potem pracownik muzeum, ceniony etnograf. Inni moi współpracownicy to: Stanisław Sitarz, Irena Markiewicz, Maria Krzesińska, Urszula Zalepa, Janina Gajtupen, a w ostatnim okresie Krystyna Chomska.

- Co robiliście?

- Nasza zasadnicza praca adresowana była do dwóch grup pracowniczych: osób podejmujących pracę w Stilonie i do kadry kierowniczej. Także na bieżąco analizowaliśmy i pomagaliśmy w rozwiązywaniu konfliktów społecznych.

- Rozpocznijmy od tych przyjmowanych do pracy. Co badał psycholog?

- W Stilonie ciągle byli potrzebni ludzie do pracy, ale konkretne stanowiska wymagały różnych predyspozycji psychofizycznych. Przygotowałem testy, czasami wręcz zabawy, aby zbadać np. szybkość reakcji, sprawność dłoni itp. Ktoś, kto miał ograniczenia manualne, nie mógł pracować przy maszynach, ale mógł być przydatny w innym miejscu. Naszym zadaniem nie było utrącanie, a kierowanie na odpowiednie stanowiska. Kandydaci najczęściej nie zdawali sobie sprawy, że są poddawani testom psychologicznym, bo był to element ogólnego badania.

- Z kadrą kierowniczą jak Pan pracował?

- Najczęściej były to szkolenia na temat nowoczesnych form zarządzania, oczywiście na tamtym etapie rozwoju tej dziedziny nauki i przy ograniczeniach ustrojowych. W centrum naszego zainteresowania byli mistrzowie, bo z jednej strony oni znajdowali się najbliżej pracowników, a z drugiej od nich zależały efekty pracy całego zakładu. Jedną z form była organizacja Dni Mistrza, które odbywały się poza zakładem, najczęściej w Międzyzdrojach, ponieważ trudno było zorganizować spotkanie mistrzów w Gorzowie, w systemie pracy ciągłej. Zapraszani na nie byli mistrzowie, dla których opracowywałem cykl zajęć: wykłady, dyskusje, zadania polegające na rozwiązaniu konkretnego konfliktu, na sposobie rozmowy z podwładnym itp. Zapraszałem także kolegów psychologów lub socjologów z innych zakładów, aby opowiedzieli, z jakimi ludzkimi problemami spotkają się w zupełnie odmiennych warunkach, na przykład na morzu, i jak je rozwiązują. Podczas wszystkich kontaktów z kadrą kierowniczą podkreślałem, jak ważny jest szacunek dla podległych pracowników, że należy z nimi rzeczowo i spokojnie rozmawiać, wszystko wyjaśniać, aby stworzyć dobrze funkcjonujący zespół. Dni ogromnie konsolidowały mistrzów, co było dla nas ważnym celem.

- Taka praca od Pana także wymagała ciągłego kształcenia.

- Stale utrzymywałem kontakty z Polską Akademią Nauk, także z psychosocjologami ze Szczecina, Nowej Huty, ze Śląska. Uczestniczyłem w licznych kursach i konferencjach naukowych, poznawałem nowe metody badawcze, mogłem porównywać nasze analizy do analiz kolegów z innych dużych zakładów, wdrażać, co u nich się sprawdziło itp. Bezpośrednie spotkania z cenionymi socjologami wzbogacały moją wiedzę, a oni korzystali z analiz, które ja przeprowadzałem w Stilonie. Byli to m. in.: Mieczysław Choynowski, Adam Sarapata, Kazimierz Doktór, Romuald Kukołowicz, Zbigniew Piłasiewicz, Zbigniew Pietrasiński. W Warszawie ukończyłem studia podyplomowe, mogłem więc do zakładu przenosić moją wiedzę, a nawet nowe rozwiązania.

- Co uważa Pan za najważniejsze swoje dokonanie?

-  Opracowaliśmy Zakładowy Program Humanizacji Pracy, który w całym kraju był uznany za wzorcowy.Celem nadrzędnym było zadowolenie pracowników.Zastosowaliśmy w nim zasady ergonomii. Zależało nam, abypoprzez odpowiednią organizację układu: „człowiek - maszyna - warunki otoczenia” praca była wykonywana jak najefektywniej, a jednocześnie z jak najmniejszym obciążeniem psychofizycznym człowieka. Pokazywaliśmy, jak wiele zależy od organizacji miejsca pracy, jak dobre warunki mają wpływ na zdrowie, jak zmniejsza się liczba wypadków, jak eliminuje choroby zawodowe itp.Dla kierownictwa zakładu nasz program był podstawą do przeprowadzania korzystnych dla załogi zmian. Mieliśmy także wydziałowe programy badań, które przeprowadzaliśmy najczęściej w formie anonimowych ankiet. Wnioski z nich analizowaliśmy najpierw z podstawową kadrą kierowniczą, potem, już globalnie, z wyższą. Te formy także uważam za swój dorobek.

- Czy ma Pan poczucie, że Wasze badania i programy rzeczywiście służyły ludziom?

- Myślę, że dzięki naszym badaniom wiele drobnych problemów szybko udawało się rozwiązać. Gorzej było z tymi najtrudniejszymi: z ciężką pracą na trzy zmiany, z chorymi nogami kobiet, z hałasem, z oparami. Ale nie mieliśmy wpływu na to, że w Stilonie nie było wolnych sobót, niedziel, a nawet świąt, że już trzy miesiące po urodzeniu dziecka kobieta musiała wracać do pracy, że coraz trudniej było kupić żywność w sklepach. Takie były warunki i normy pracy w całym kraju, a codzienne trudności w zaopatrzeniu także dotykały wszystkich.

- Jak na Pana pracę i wszystkie działania Pracowni patrzył Zakładowy Komitet PZPR, który przecież miał się zajmować w zasadzie tym samym, tyle że ze względów ideologicznych?

- Towarzysze nie mogli odrzucić naszych działań, więc nie ingerowali, ale nie spotkałem się, aby wprost korzystali z wyników naszych badań.

- Czy na przełomie lat 70. i 80. wyczuwał Pan, że nabrzmiewa sytuacja społeczna?

- Zdecydowanie tak, choć przyznam, że nie wiedziałem, jaką formę przybierze niezadowolenie robotników. Pamiętam, jak pewnego dnia podzieliłem się tymi myślami z dyr. ds. osobowych Januszem Kiełbasiewiczem, a on w połowie mojego zdania nakrył telefon, bo obawiał się podsłuchu.

Na początku 1980 roku wysłano mnie do Komitetu Centralnego w Warszawie na naradę na temat rezerwowej kadry kierowniczej w dużych zakładach pracy. Nikt z działaczy nie mógł jechać, a ja temat znałem bardzo dobrze, bo właśnie analizowałem go w ramach studiów podyplomowych w PAN pod kierunkiem prof. Adama Sarapaty. W Stilonie przywiązywaliśmy dużą wagę do przygotowywania ludzi przed objęciem przez nich stanowisk kierowniczych. Podczas narady zabrałem głos, mówiłem o naszych działaniach, ale także o złych nastrojach, o zbliżającym się kryzysie. Na pewno mówiłem ostro, niczym nie czułem się skrępowany. Po moim wystąpieniu zapadła cisza. Nikt nie ustosunkował się do mojego stanowiska. Natomiast awantura wybuchła po powrocie do Stilonu. Główny zarzut dotyczył nie tego, co powiedziałem, ale że nie przytoczyłem żadnej uchwały Komitetu Centralnego. Już wiedziałem, że po prostu niczego nie zrozumiano z mojego wystąpienia, że głos psychologów i socjologów, że głos naukowców tam, na górze, nie jest traktowany poważnie.

- Jak po latach patrzy Pan na tamtą Pracownię Psychologiczno-Socjologiczną i swoje wysiłki na rzecz humanizacji pracy w Stilonie?

- Istnienie Pracowni podnosiło prestiż Stilonu w sferach naukowych, a także wśród pracowników. Byliśmy małą jednostką, ale nasze badania dużo mówiły o ludziach w tamtych latach. W naukach psychologicznych nie da się mierzyć efektów pracy w łatwy, wyważony sposób. Na pewno mieliśmy wpływ na małe kroki, które decydują o codziennych nastrojach, o stosunku do firmy, o spojrzeniu w przyszłość. Często ludzie nie zdają sobie sprawy z efektów niewielkich nawet zmian. Jednak poza naszym zasięgiem były ustrojowe i ideologiczne założenia tamtej Polski.

- Odszedł Pan ze Stilonu w 1983 roku. Co się stało z Pracownią?

- Otrzymałem ofertę ciekawszej i korzystniejszej pracy w Sądzie Okręgowym jako psycholog. Wraz ze zmianami gospodarczymi i ustrojowymi Pracownia umarła śmiercią naturalną. Dziś inne są metody zarządzania, pracuje się przy innych urządzeniach, ale idea humanizacji pracy ciągle jest aktualna.

- Był Pan pierwszym psychologiem nie tylko w Stilonie, ale nawet w Gorzowie. Gdzie jeszcze pozostały efekty Pana pracy?

- Od początku byłem zapraszany do współpracy w wielu ośrodkach lub placówkach wymagających pomocy psychologa. Najdłużej wspólnie z lekarzem psychiatrą Marcinem Marciniakiem zajmowałem się dziećmi upośledzonymi umysłowo w zakładzie w Rogach, a także w Gorzowie. Zakładałem Poradnie Psychologiczno-Pedagogiczne w Gorzowie i w Sulęcinie. W Ośrodku Adopcyjnym pracowałem z przyszłymi rodzicami nad zapewnieniem im i przysposabianym dzieciom optymalnych warunków porozumienia. Przeprowadziłem dziesiątki szkoleń dla wychowawców i pracowników jednostek opiekuńczych jak Dom Małego Dziecka lub Ośrodek Adaptacyjny na temat pracy z wychowankami, budowania autorytetu w środowisku dzieci itp. Myślę, że byłem wszędzie, gdzie potrzebny był psycholog. Ciągle współpracuję z Gorzowskim Centrum Pomocy Rodzinie, jestem członkiemPowiatowego Zespołu do Orzekania o Niepełnosprawności.

- Jest Pan również aktywny w innych dziedzinach. Jakich?

- Najbardziej wciągnął mnie język esperanto. W latach mojej młodości miałem nadzieję, że będzie on językiem świata, więc szybko się go nauczyłem. Dziś zajmują się nim hobbiści, ale są liczni i żyją na całym świecie. W 2018 roku byłem na 75. Kongresie Esperantystów w Lizbonie, a w tym wybieram się na taki kongres do Montrealu. To niesamowita frajda być z ludźmi w różnym wieku, z różnymi kolorami skóry, o różnych poglądach i zawodach, a przecież mieć ze sobą możliwość rozmawiania w jednym wspólnym języku.

Jestem także zapalonym narciarzem. Od czasu, gdy mieszkam w Gorzowie, tylko w jednym roku nie byłem zimą w górach na nartach. Przyłożyłem się do organizacji sekcji narciarskiej PTTK Stilon, jeździłem w narciarskiej reprezentacji zakładu, organizowałem narciarskie imprezy w górach i w pobliżu Gorzowa, bo dawniej śniegu było dużo. Przeszedłem wszystkie szlaki w polskich i słowackich górach i ciągle lubię takie wyprawy. W Gorzowie wciągnęło mnie kajakarstwo, bo jezior wokół mnóstwo. Często uczestniczyłem w kajakowych spływach PTTK. Ciągle jestem aktywnym członkiem Oddziału Zakładowego PTTK Stilon, choć teraz częściej jeździmy autokarami niż chodzimy pieszo, ale chętnie uczestniczę w narciarskich i kajakowych imprezach. Mimo upływu lat, niezmiennie lubię poznawać ludzi i świat.

- Dziękuję za rozmowę i życzę dobrego zdrowia.