W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Murale tworzą klimat naszego miasta

2020-05-06

Z Jerzym Synowcem, prawnikiem, społecznikiem i radnym, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_27575.jpg

Ostatnio sporo dyskutowano w mediach społecznościowych na temat decyzji radnych o wypłacaniu diet nawet wtedy, kiedy radny nie jest obecny na komisjach i sesji z powodu choroby. Czy jest to zgodne z prawem?

- Jest to nieetyczne działanie i dziwię się, że większość radnych połasiła się na kilkaset złotych. Jak ktoś choruje otrzymuje ,,chorobowe’’, a dieta radnego ma stanowić jedynie rekompensatę za utracone zarobki. Czyli radny będący na zwolnieniu w tym momencie będzie brał pieniądze z dwóch źródeł za to samo. Głosowałem oczywiście przeciwko tej decyzji. Czy jest ona zgodna z prawem? Są duże wątpliwości, zobaczymy jak podejdzie do tego biuro prawne wojewody i czy uchwała nie zostanie uchylona w trybie nadzorczym.

- Co pana bardziej martwi? Koronawirus czy susza?

- Suszy jeszcze nie odczuwam i nie wiem, czy będzie ona dotkliwa na tyle, żeby teraz się tym przejmować. Zresztą podobnie jest z koronawirusem. Jest to zapewne niekomfortowa dla wszystkich sytuacja, szkodliwa, ale mająca drugorzędne znaczenia dla życia ludzkości jako pandemia. Natomiast wirus będzie miał paskudne skutki z gospodarczego punktu widzenia i dotknie zapewne każdego człowieka. W znaczeniu ekonomicznym znaleźliśmy się więc w dramatycznym położeniu. Mnóstwo ludzi wpadnie w biedę poprzez utratę pracy i proces ten potrwa długo. Pandemia przyniesie nam wielokrotnie gorsze skutki w obszarze gospodarczym niż chorobowym.

- Czy zatwierdzona niedawno przed radnych dwumilionowe wsparcie na ratowanie miejsc pracy w gorzowskiej gospodarce jest wystarczającą?

- Jest to właściwy kierunek działania, ale powiedzmy sobie otwarcie, że uruchomiona kwota jest bez znaczenia w obliczu wszystkich problemów na gorzowskim rynku pracy. Nazwałbym to kroplówką mającą pomóc na chwilę, ale wielu branż nie uratuje i trzeba przygotować się na zwolnienia.

- Może trzeba poszukać dodatkowych środków w budżecie?

- Nie, to nic nie da. Trzeba raczej myśleć, jak zaniechać bezsensownych rygorów związanych z pandemią, które niczemu nie służą poza rujnowaniem gospodarki.

- Na razie żłobka i przedszkola w Gorzowie nie będą otwarte, choć taka możliwość istnieje. Co pan doradziłby w tej sprawie prezydentowi Jackowi Wójcickiemu?

- Ja swoje dziecko zaprowadzę do przedszkola, jeżeli tylko zostanie otwarte. I niech to będzie moja odpowiedź. Zwrócę tylko uwagę, że skoro do Castoramy jednorazowo może wejść kilkaset osób, to dlaczego do żłobka nie może wejść kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt?

- Rozumiem, że jest pan także za otwarciem szkół i uczelni?

- Tak, należy jak najszybciej powrócić do normalności. Tak się składa, że mam wielu przyjaciół w Szwecji, w tym lekarzy pochodzących z Gorzowa, i oni mówią mi wprost, że nie przejmują się koronawirusem. Że jest to choroba jak wiele innych i kiedyś minie bez stosowania środków, które niczemu nie służą, a szczególnie w powstrzymaniu choroby.

- Ale ktoś inny może z kolei podać dramatyczne przykłady dużej śmiertelności z Włoch, Hiszpanii czy Stanów Zjednoczonych?

- Wszystko zależy od wyboru danych i ułożenia statystyki. W Polsce w wyniku pandemii umiera kilkanaście osób dziennie. Zapominamy jednak, że setki ludzi umiera na choroby serca, kolejne setki na udary, a na nowotwory średnio ponad 260 dziennie. Spójrzmy na statystyki dotyczące wypadków drogowych czy samobójstw. Czemu tym się nie zajmujemy, żeby zmniejszyć śmiertelność. Oczywiście szkoda każdej osoby, która w wyniku zakażenia umiera, ale bardzo często są to ludzie w bardzo podeszłym wieku i wielu z nich jest bardzo schorowanych.

- Powróćmy na lokalne podwórko. Rusza przebudowa ulic Chrobrego i Mieszka I-go. Cieszy pana ta informacja?

- Każda tego rodzaju wiadomość mnie cieszy, ponieważ jestem wielkim zwolennikiem remontów ulic. Cieszę się, że powoli kończy się modernizacja ulicy Myśliborskiej, stanowiącej dojazdówkę do drogi S-3. Cieszę się z prowadzonych prac na DK 22 w kierunku Strzelec Krajeńskich, podobnie jak z tego, że rusza remont ulicy Spichrzowej. Jeżeli chodzi o Chrobrego i Mieszka I-go, to te ulice są wyjątkowe, ponieważ dla mnie są sercem Gorzowa, głównym deptakiem miasta. Co prawda nie uda się zapewne przywrócić ich do dawnej świetności, ale liczę, że po remoncie będą jednym z ładniejszych elementów miasta, chętnie odwiedzanym przez mieszkańców.

- Gorzej, że obecny remont ulicy Sikorskiego trochę przypomina sytuację z wcześniejszego remontu ulicy Walczaka. Ciągnie się niczym guma do żucia.

- Rzeczywiście, długo to trwa, powinniśmy o tym remoncie zapomnieć już w zeszłym roku. Powoli jednak wszystko zmierza ku końcowi. Wytrzymamy jeszcze miesiąc, może dwa i poczujemy ulgę.

- Powstaje coraz więcej murali na ścianach budynków przedstawiających dawne obrazy naszego miasta, szczególnie z czasów landsberskich. Podoba się panu ten kierunek upiększania Gorzowa?

- Tak, jestem zdecydowanie za. Tego rodzaju prace tworzą klimat miasta. Zwłaszcza, że do tego tematu podchodzimy z rozsądkiem. Z jednej strony stanowią one fajny element ozdobny, z drugiej są wycinkami z historii miasta. Sam współfinansowałem kilka takich akcji. Jak choćby powstanie muralu przedstawiającego stilonowską kasetę magnetofonową przy ul. Spichrzowej, mural upamiętniającego Christę Wolf przy alei 11 Listopada czy renowację malowidła Bolka Kowalskiego przy ul. Hermanowskiej. 

- Murale to dobry sposób na remonty budynków, ale wiadomo, że jeżeli chodzi o starą substancję, to nadal mamy problem z szybką restauracją dawnych kamienic, stanowiących jednak ważny element miasta.

- Zgodzę się z tym, że najpiękniejsze fragmenty miasta ciągle są zapuszczone. Pierzeja przy ul. Mickiewicza od strony Mieszka I-go, to najładniejszy ciąg starych budynków w mieście. Jeden dom został tam wyremontowany, a reszta niszczeje. Dalej, mamy piękną ulicę Krasińskiego. Ona sama w sobie jest perełką, oddającą klimat miasta z lat 30-tych. Niestety, również niszczeje, a naprawdę niewiele trzeba zrobić, żeby to wszystko wyremontować. Podobnie jest z budownictwem fabrycznym z początku wieku znajdującym się przy ul. Waryńskiego. Też zostało zapuszczone. Szkoda, że tak jest, choć powoli widać te remonty i sporo już budynków odzyskało dawny blask.

- Co zrobić, bo nie wszędzie wspólnoty są w stanie same poradzić sobie z drogimi remontami?

- Zwiększyć nakłady. Tu nie trzeba wymyślać jakiś nowych programów, należy zwiększyć budżet na ten cel. Miasto pomaga, corocznie przeznaczając na to środki, ale nadal są one zbyt małe. Inną sprawą jest, że z budżetu miasta można liczyć na pomoc, jeżeli wcześniej samemu zdobędzie się trochę środków zewnętrznych.

- Rozpoczęła się jubileuszowa, 25 edycja konkursu na najpiękniejsze balkony i ogrody. Czy pan, jako wielokrotny laureat tej zabawy, liczy że w dobie umownej kwarantanny mieszkańcy chętnie wezmą się za upiększanie swoich zielonych terenów?

- Siedząc w domach i mając więcej czasu zapewne u wielu pojawi się motywacja do wzięcia udziału w konkursie, do czego zachęcam. Będzie większa konkurencja, ale to dobrze, bo każdy element upiększający nasze miasto mnie cieszy.

- Ostatnio pytałem kilku radnych, jak czują się w trakcie sesji on-line. Odpowiadali różnie. Czy ta formuła posiedzeń rady ma przyszłość?

- Nie ma przyszłości. Sesje muszą odbywać się ,,twarzą w twarz’’. Dyskusje w trakcie takich sesji to nie tylko słowa, to również reakcje ludzkie, które czasami są ważniejsze niż sam fakt głosowania. Jeżeli sesje on-line miałyby przerodzić się coś w trwałego na pewno nie będę więcej radnym.

- Co dalej ze sportem? Nie obawia się pan, że wiele klubów amatorskich, występujących w niższych ligach może nie przetrwać pandemii?

- Jeżeli dalej będziemy się czaić i czekać nie wiadomo na co, to skażemy je na upadek. Jako osoba wspierająca piłkarzy Stilonu Prosupport obawiam się, że jeżeli zostaną zamrożone rozgrywki i przez to tak naprawdę stracimy cały sezon, to zdecydowana większość chłopaków i młodzieży grającej w młodszych rocznikach da sobie spokój z takim sportem.

- W chwili, kiedy rozmawiamy nie ma jednoznacznych informacji, czy piłkarze lig regionalnych mogą powrócić do grania, a z siedziby PZPN docierają sprzecznie sygnały.

- Jeżeli obecny, wciąż niedokończony sezon zostanie odwołany, to prezesi zamordują 99 procent polskiego futbolu. Bo piłka to przede wszystkim te niższe i najniższe ligi, a nie tylko ekstraklasa. Jeżeli rozgonimy zespoły występujące w okręgówkach, w klasach A, B czy C, w juniorach, to jesienią niewielu będzie się chciało wszystko budować od zera. Każdy znajdzie sobie nowe zajęcie. Dla mnie to jest głupota niewyobrażalna, że nie ma zgody na powrót niższych lig, bo zaraz odejdą prawie wszyscy sponsorzy. Wystarczy ogłosić, że wracamy do grania z początkiem czerwca, w lipcu kończymy i od września gramy nowy sezon.

- Czyli największym wciąż problemem jest brak decyzji?

- Tak, ponadto na naszym przykładzie podam, że jeżeli nie dostaniemy szansy walki o awans w sportowych warunkach to pojawi się pytanie, czy dalsza działalność klubu ma jakikolwiek sens?

- Żużel jest w lepszej sytuacji, bo ma wyznaczoną datę rozpoczęcia rozgrywek, choć mówimy tylko o najwyższej klasie rozgrywek.

- I to jest bardzo duży błąd. Żużel jeszcze nigdy nie znalazł się na krawędzi całkowitego upadku, jako sport profesjonalny. Jeżeli nie zapadną szybkie decyzje odnośnie powrotu do jazdy również pierwszej i drugiej ligi, to połowa zawodników rzuci ten sport jako miejsce dotychczasowej pracy i poszuka innego zajęcia. Wielu jeździ tylko dlatego, że jest to dla nich pasja, a że mogą jeszcze przy tym trochę zarobić, to dotychczas jakoś łączyli te dwie rzeczy. W sytuacji braku jazdy oraz niepewności, jak długo ta przerwa potrwa, dla wielu oznaczać może brak nadziei, bankructwo i w konsekwencji całkowitą rezygnację. Pozostanie tylko garstka najbogatszych. Poza tym pamiętajmy, że nie wiadomo co będzie dalej, skoro niektórzy mówią o pandemii, że ma potrwać dłużej niż do końca roku. Nie wolno zwlekać, trzeba natychmiast działać.

- A jak pan widzi tegoroczne rozgrywki w PGE Ekstralidze w obecnej sytuacji?

- Dla mnie żużel bez publiczności jest bez sensu. Powinna być zgoda na udział widzów, choćby w ograniczonym zakresie.

- Piłkarska Bundesliga, NBA czy NHL też mają powrócić do grania bez widzów na trybunach.

- Nie porównujmy tych rozgrywek do żużla. Wszystkie te rozgrywki to gigantyczny biznes, tam na stole leżą ogromne pieniądze i nawet, jak przyjdzie im pograć kilka tygodni bez widzów, to nikt tego nie odczuje, bo zaraz zacznie się nowy sezon. Żużel jest sportem bardzo kruchym. Niewiele trzeba, żeby w moment zbankrutował i zniknął w takie formule, w jakiej go znamy.

- Kiedy pana zdaniem może nastąpić powrót kibiców na obiekty sportowe?

- Nie wiem, kiedy pojawi się zgoda, ale jeżeli w tym roku nie wróci normalność, to straty w niektórych obszarach będą ogromne. Żużel może tego nie przetrzymać, tak jak wiele innych dyscyplin drugiego czy trzeciego planu. Piłka nożna jest sportem globalnym to przetrwa największy nawet kryzys, choć, tak jak już powiedziałem wcześniej, boję się, że wiele klubów bezpowrotnie zniknie z mapy sportowej. Tak jak wielu lekkoatletów czy przedstawicieli innych dyscyplin nie wróci już do zawodowego uprawiania sportu.

- Dziękuję za rozmowę