W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Gorzowianie ciągle wybierają chodniki i drogi

2020-07-01

Z Anną Bonus-Mackiewicz, dyrektor Biuro Konsultacji Społecznych i Rewitalizacji gorzowskiego Urzędu Miasta, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_27977.jpg Fot. Daniel Adamski

- Pani dyrektor, jak to się stało, że w Gorzowie ludzie zaczęli panicznie i źle reagować na hasło rewitalizacja?

Trudno mi odpowiedzieć na tak postawione pytanie, ponieważ nie podzielam tego poglądu. Moje obserwacje nie podzielają paniki w tym zakresie. Natomiast to, co ja obserwuję, to pewne zmęczenie tematem. Dodam od razu, że nie tylko w Gorzowie. Widać to w tych miastach, gdzie rewitalizacje są prowadzone, że jest zmęczenie, ale wynika ono z tego, że sformułowanie rewitalizacja oraz konsultacje społeczne są terminami nadużywanymi. Są w różnych środowiskach odmieniane przez wszystkie przypadki. Nie ma takie opcji, aby otworzyć jakiekolwiek media - społecznościowe, prasę czy cokolwiek, aby się nie dowiedzieć, że coś jest rewitalizowane lub konsultowane. Zresztą odnoszę wrażenie, że w Gorzowie gdzie nie wbije się łopatę, tam dzieje się rewitalizacja. A tak do końca nie jest. Moim zdaniem te terminy są mocno nadużywane, stąd się bierze zmęczenie w ich odbiorze.

- Wobec tego jak należy rozumieć te pojęcia?

To jest trochę tak, że wymieniamy ławki w parku Kopernika, który jest kompletnie poza obszarem rewitalizacji, a ja się dowiaduję, że Gorzów rewitalizuje park Kopernika. Rewitalizowaliśmy już Cmentarz Świętokrzyski. Tyle tylko, że to nie jest rewitalizacja. Jeśli chodzi o rewitalizację, pierwszym podstawowym warunkiem jej wystąpienia jest to, że toczy się ona zawsze na obszarach nią objętych. Jeśli coś się dzieje, jakaś inwestycja, poza obszarem, to mamy do czynienia z jakąś inwestycją, a nie z procesem rewitalizacji. Sama rewitalizacja nie jest pojedynczą akcją, jednym zadaniem. To jest wieloletni proces. Dlatego na obszarach objętych rewitalizacja można obserwować pojedyncze projekty, które ją wspierają - z mniejszym lub większym powodzeniem, ale to są projekty, które wspierają ten wieloletni proces. Tymczasem w publicznej debacie, i ja to też widzę, wszystko jest rewitalizowane. Nawet park, który w żaden sposób nie zmienia swojej funkcji. Całe swoje życie był parkiem, nadal będzie parkiem, który ma być rewaloryzowany, też jest wrzucony do tego worka, pewnie dlatego, że jest w obszarze - chodzi o park Wiosny Ludów. Myślę też, że nie jest koniecznym, aby mieszkańcy ściśle znali te pojęcia, ale gdyby przyszło się pokusić o diagnozę, dlaczego wystąpiło zmęczenie tym tematem, to właśnie z takiego nadużywania. Podobnie jest z konsultacjami. Każda próba zasięgnięcia jakiejś opinii nazywane jest konsultacjami. Podczas gdy w Gorzowie w ubiegłym roku konsultacji było zaledwie kilka, i w większości dotyczyły Budżetu Obywatelskiego. Tych konsultacji naprawdę jest niewiele. Ale rzeczywiście tak dużo się o nich mówi. Lepiej jest uczestniczyć w konsultacjach niż tyle o nich mówić. Być może wówczas to będzie wywoływało lepsze skojarzenia z tymi procesami. Jak bowiem rozmawiamy o frekwencji to bywa różnie.

- Dlaczego tak jest?

-Są bowiem takie tematy, które cieszą się dużym zainteresowaniem, inne mniejszym. Ale kiedy rozmawiamy o polityce miejskiej, to te słowa ciągle się w tej dyskusji przewijają. I jest ich dużo w debacie.

- To co spowodowało, że te słowa stały się określeniami straszakami? Kto jest winien - urzędnicy, dziennikarze, sami ludzie?

- Po części wszyscy. Urzędnicy tu też nie są bez winy. Owe nadużycia zaczęły się od etapu opracowywania polityki miejskiej, rządowego dokumentu i tam właśnie były podkreślane wątki związane z rewitalizacją i partycypacją. I od tamtej pory miasta, które aspirowały do miana miast progresywnych, chcących zmieniać centra swoich miast, ktore widziały w rewitalizacji jakąś szansę, zobaczył pierwszy i takiej jakości dokument i wówczas powstała taka moda na te rewitalizacje i konsultacje, i dlatego te słowa były bardzo często używane, również przez różne organy władzy publicznej. Potem debata publiczna rozwinęła się w kierunku tego, co mamy, czyli wszędzie odbywają się konsultacje lub rewitalizacje. Ciężko trafić dzień, w którym coś nie byłoby rewitalizowane. Ale tak się dzieje nie tylko w Gorzowie.

- Nie ma pani wrażenia, że trzeba odwracać ten proces, czyli zamiast mówić o rewitalizacji parków, trzeba nazywać to, co tam się wydarzy - remontami albo zmianami porządkowymi.

- Jak mówię, tu też powinna być praca po stronie naszej, urzędników. Bo to jest spory skrót myślowy - nazywanie tych planowanych prac w parkach właśnie rewitalizacją. Przecież prace w parku Wiosny Ludów to ewidentna rewaloryzacja. Nie jestem do końca przekonana, że jest takie duże zapotrzebowanie społeczne, aby mieszkańcom aż tak mocno to tłumaczyć. Wydaje mi się, że jeśli uporządkuje się komunikacja z podmiotami odpowiedzialnymi za rewitalizację, to uporządkuje się też komunikacja w sferze publicznej. Myślę, że w pierwszej kolejności musimy zacząć od siebie i zacząć porządkować te komunikaty.

- Jak to sobie pani wyobraża?

- Na poziomie operacyjnym w ten sposób, że przeglądam każdy dokument, który trafia na moje biurko, i z uporem maniaka, a czasami wręcz natrętnie zwracam uwagę. Proszę o zmianę tytułów zdań, zmianę tytułów w Budżetach Obywatelskich. Proszę sobie wyobrazić, że rewitalizowane są w Budżetach Obywatelskich chodniki i trawniki, ulice.

- Naprawdę?

Tak, dlatego staram się tego pilnować. Ale takie hasła zgłaszają mieszkańcy. A potem urzędnicy, chcąc wiernie odtworzyć intencje mieszkańców, powielają te nazwy. Staram się z tym walczyć, ale nie dla każdego nazewnictwo jest aż tak ważne.

- Pani dyrektor, użyła pani określenia Budżet Obywatelski. Jak to będzie z nim w tym roku?

- Zakończyliśmy cykl spotkań dotyczący właśnie Budżetu Obywatelskiego. I tu mamy odwrotną sytuację. Bo jest to typowy proces konsultacyjny, a rzadko lub prawie wcale bywa tak nazywany. Często coś nie jest konsultacją, a jest tak nazywane, a tu, gdzie mamy konsultacje, ta nazwa praktycznie się nie pojawia. My rozmawiamy z mieszkańcami, zapraszamy na spotkania i pytamy, w jaki sposób rozdysponować środki, jakie mają do rozdysponowania w swoim rejonie. Nie ma tu jakichś bardzo wyszukanych sposób komunikacji. Musimy zrobić pracę operacyjną, zastanowić się nad priorytetami i zrobić to z ludźmi w poszczególnych rejonach. I trzeba przyznać, że często są to rozmowy trudne. Bo pieniędzy zawsze jest za mało. Potrzeb jest zawsze więcej. I dlatego te rozmowy zwykle bardzo różnie przebiegają, zwłaszcza w sytuacji, kiedy chce się osiągnąć kompromis, ale bez wchodzenia w ścieżkę glosowania. Bo wówczas bywa gorąco na tych spotkaniach. W tym roku cykl spotkań budżetowych mocno pokrzyżował koronawirus. Musieliśmy korygować plany, mieszkańcy także. Ale pokazał też coś ciekawego.

- Czyli?

- Spotkania w rejonach odbywały się już od kilku lat. Mieszkańcy w nich uczestniczyli, frekwencja rosła z roku na rok, ale zawsze było takie wrażenie, że mieszkańcy chodzą, może do końca nie są przekonani, ale chodzą, bo tam jednak są pieniądze. W mojej ocenie te spotkania nie niosły żadnej innej wartości, tylko tyle, że my dokonujemy tam takiego mechanicznego podziału środków. A w pandemii się okazało, że kiedy już przyszedł taki czas, aby spotkać się i porozmawiać o budżecie, czas, do którego mieszkańcy byli przyzwyczajeni, to się zaniepokoili, że nie ma żadnych informacji o spotkaniach, które powinny być, a których nie było. Na osiedlach ich nie było, bo my w urzędzie cały czas trzymaliśmy rękę na pulsie, co można, a co nie. I proszę sobie wyobrazić, że mieliśmy mnóstwo telefonów od mieszkańców z pytaniami - co z tym Budżetem, co z tymi konsultacjami, jak my się spotkamy, a może spotkamy się w ten sposób, a może w inny. To było bardzo miłe. Pokazało, że te spotkania to jednak coś więcej, niż tylko takie wyrywanie sobie pieniędzy na swój projekt. Okazało się, że to ma dużą wartość w Gorzowie, bo nie wszędzie tak jest.

- Zatem czego oczekują mieszkańcy?

- Dużych niespodzianek nie ma. Tradycyjnie dominują chodniki, drogi, parkingi i miejsca parkingowe. Ale mimo wszystko dostrzegam, że projekty, które mają służyć całemu miastu, w kategorii ogólnomiejskiej, też się pojawiają i ich liczba rośnie. I to bardzo cieszy. Moim marzeniem jest, żeby Budżet Obywatelski służył wyłącznie takim projektom, tym obywatelskim, żeby nie było tam dróg, parkingów. Ale sytuacja finansowa jest, jaka jest. Potrzeby też są duże. Mieszkańcy sami chcą jeszcze w ten sposób wydatkować te pieniądze. Mocno jednak wierzę w to, że z czasem będzie się to zmieniało, i wierzę, że to jest dobry kierunek.

- Dziękuję bardzo.