W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Powstało wtedy mnóstwo kapitalnych opowieści

2020-07-08

Z Zofią Nowakowska, szefową Klubu Pioniera w Gorzowie, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_28024.jpg

- W 1970 roku z pani inicjatywy powstał w Gorzowie Oddział Polskiego Towarzystwa Historycznego, które w tym roku obchodzi jubileusz półwiecza. Co skłoniło panią wówczas do powołania w naszym mieście tej organizacji?

- Polskie Towarzystwo Historyczne ma bogatą przeszłość, powstało jeszcze w czasach zaborów, a po wojnie reaktywowano je już w 1947 roku. W Gorzowie było wielu historyków i chcieliśmy działać w strukturach tej organizacji, a najprostszą drogą było zorganizowanie oddziału. Dla mnie dodatkową motywacją było to, że jako kierownik muzeum przy ul. Warszawskiej od 1968 roku, postawiłam sobie za cel zmotywowanie pierwszych mieszkańców polskiego już Gorzowa do spisania wspomnień. W 1970 roku obchodziliśmy jubileusz 25-lecia polskiej administracji w mieście i to był dobry czas na zebranie tego wszystko co nasi pionierzy ujrzeli po przybyciu do miasta. Wszyscy byliśmy też ciekawi, jak tworzyły się instytucje, jak powstały szkoły, zakłady pracy, jak budowała się służba zdrowia czy organizowały kluby sportowe oraz placówki kulturalne. Same dokumenty w archiwach były ważne, ale nie oddawały tego ducha działania ludzi.

- Jaka była reakcja pionierów na pani apel?

- Zaskakująca. Wszystko zaczęło się od zwykłego anonsu prasowego. Poprosiłam w nim mieszkańców, którzy przyjechali do Gorzowa zaraz po wojnie, żeby zgłaszali się do muzeum. Poprosiłam również tych, którzy w czasie wojny mieszkali w Landsbergu, bo tacy też byli. Zdecydowana większość pionierów znajdowała się jeszcze w kwiecie wieku i fantastycznie zaczęli przelewać swoje myśli na papier. Powstało mnóstwo kapitalnych opowieści w różnej formule.

- O jakich liczbach tutaj mówimy?

- Możemy mówić o tysiącach różnych wspomnień. Mnóstwo ich zostało potem wykorzystanych w różnych publikacjach. Ich też wyszło bardzo dużo, przynajmniej kilkaset. Teraz prawie cała ta dokumentacja trafiła do Archiwum Państwowego, co jest o tyle dobre, że każdy ma obecnie dostęp do tych materiałów. A ich wartość historyczna dla miasta jest bezcenna. Podobnie jak dla historyków prowadzących badania naukowe.

- O czym najczęściej pisali ci pionierzy?

- O wszystkim. Szczególnie o tym, co działo się w mieście w 1945 i 1946 roku. Jak pracowali bez wynagrodzenia, często za miskę zupy. Jak odgruzowywali a potem odbudowywali miasto. W tych wspomnieniach często wyczuwało się wielki entuzjazm i radość tych ludzi. Oni wszyscy cieszyli się, że przeżyli wojnę i znaleźli swoje nowe miejsce na ziemi. Ja to doskonale rozumiałam, bo przecież także cieszyłam się, że jako młoda dziewczyna przeżyłam wojnę.

- Skąd wziął się pomysł powołania Klubu Pioniera?

- Ci nasi pionierzy mogli godzinami opowiadać o pierwszych latach pobytu w Gorzowie, o tym jak się spotykali, jak spędzali wolne chwile. Czytając te pierwsze pamiętniki wysnułam wniosek, że ci ludzie tak naprawdę potrzebują kontaktu ze sobą. Takiego zwykłego, żeby spotkać się, poznać, porozmawiać, powspominać. I dlatego w 1974 roku zainicjowałam powołanie Klubu Pioniera, jako agendy PTH. Był to bardzo dobry pomysł, pomimo, że przez 30 lat nie mieliśmy nawet własnego kąta.

- To gdzie znajdowała się wtedy siedziba Klubu?

- W muzeum. Po powołaniu województwa gorzowskiego rok później zostałam dyrektorką placówki, a co najciekawsze, musiałam na terenie muzeum zamieszkać, bo takie były wtedy wymogi. Całe biuro Polskiego Towarzystwa Historycznego i Klubu Pioniera praktycznie znajdowało się u mnie. Dopiero po odejściu na emeryturę w 2005 roku otrzymaliśmy pokój w kamienicy przy ul. Obotryckiej. Fajny był tam klimat. Panowała taka nieskrępowana atmosfera. Każdy, kto przychodził mówił, że dobrze się czuje. Dzisiaj mogę się przyznać, że czasami, oczywiście po cichu, nawet znajdowała się lampka wina na naszych spotkaniach. To był zresztą najlepszy chyba okres w życiu naszego klubu, bo rok później doczekaliśmy się wspaniałego pomnika nad Wartą. Było z nim trochę przygód, długo trwało wyłonienie wykonawcy, ale ostatecznie udało się go zrobić. Od tamtej pory corocznie spotykaliśmy się pod nim zawsze 28 marca, czyli w rocznicę powstania polskiej administracji w Gorzowie. Z każdym rokiem w coraz mniejszym, niestety, gronie.

- Klub Pioniera powrócił do korzeni, bo ponownie jego siedziba znajduje się w muzeum. Jakie są pani oczekiwania odnośnie współpracy z muzeum?

- Zacznę od tego, i nie będę tutaj ukrywać, że sam Klub Pioniera praktycznie już przestał działać. To nie te czasy, kiedy mieliśmy ponad tysiąc członków.  W sumie to naturalne, skoro praktycznie wszyscy pionierzy już odeszli od nas. Pozostał tak naprawdę jeden. Powiem więcej, sporo dzieci pionierów, które również przyjechały do Gorzowa w latach 1945-46 roku także odeszło na zawsze. Ci co żyją natomiast raczej nie są aktywni. Taka kolej rzeczy, ale dobrze, że namówiłam prawie wszystkich do spisania wspomnień. Nawet tych najmłodszych, którzy przybywających do miasta z rodzicami zaraz po wojnie. Oczywiście wspomnienia napisali potem, kiedy byli już dorośli, ale skupiali się tylko na życiu dzieci w Gorzowie. Czyli najważniejszy cel, postawiony przed sobą prawie 50 lat temu został osiągnięty. Oczywiście każdy może do mnie przyjść, ale czy ktoś będzie jeszcze chciał.

- Może warto zachęcić młodzież do poznania tej historii?

- Teraz nie mam już z nią kontaktu, ale kiedyś byłam zapraszana na takie spotkania, choćby do Szkoły Podstawowej nr 10. Była tam taka fajna pani od historii, która wynajdowywała tematy związane z naszym miastem i ja potem opowiadałam o początkach polskości Gorzowa. Fajnie byłoby, gdyby dzisiejsi historycy w naszych gorzowskich szkołach czasami znaleźli ten czas i opowiedzieli dzieciom o życiu naszych pionierów, bo to byli często pradziadkowie obecnych gorzowskich uczniów.

- Za pani czasów pracy w muzeum w Gorzowie często gościli medalierzy z całej Polski, o czym niewielu mieszkańców dzisiaj chyba wie. Co to były za zjazdy?

- To była ciekawa inicjatywa ówczesnego dyrektora muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu Adama Więcka. On był nie tylko znawcą, ale wielkim pasjonatem i kolekcjonerem. Pewnego razu zachęcił nas, żebyśmy w Gorzowie w muzeum organizowali wystawy, na których prezentowaliśmy różnego rodzaju medale z okresu lat 1945-55. I tak narodziły się sesje medalierskie. Spotykaliśmy się co dwa lata a impreza początkowo ograniczała się do Ziemi Lubuskiej, potem objęła cały kraj, a z czasem wiele państw, oczywiście z obszaru socjalistycznego. Bardzo się wtedy rozwinęła. Nie byłoby to możliwe bez pomocy Stilonu, który przyjmował gości w swoim hotelu, fundował im jedzenie a nawet udostępniał nam autokar na wycieczki. Gości każdorazowo było wielu, bo przyjeżdżali do nas medalierzy z całej Polski, później nawet zagraniczni. Bardzo sympatycznie wspominam te wydarzenia.

- Dziękuję za rozmowę.