W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Nawet ślubna sesja odbyła się na stadionie

2020-07-22

Z Małgorzatą Bogusz, wierną sympatyczką żużla, a szczególnie Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_28114.jpg Małgorzata Bogusz z rodziną na stadionie żużlowym

- Kiedy opuściła pani ostatni mecz ligowy żużlowców Stali?

- Kiedy naprawdę nie mogłam być. Było to w 2015 roku. Moja młodsza córka miała wtedy dwa lata i trudno było jeździć na wszystkie mecze. Jechałam z mężem tylko tam, gdzie było to możliwe. Ale od następnego sezonu nie opuściliśmy już żadnego spotkania. Nie tylko na ,,Jancarzu’’, ale przede wszystkim wyjazdowego naszej drużyny.

- Nawet w obecnym pandemicznym sezonie nie opuściła pani żadnego wyjazdu. Jak to możliwe?

- Czasami działamy niekonwencjonalnie, żeby osiągnąć cel w postaci kupna wejściówki. W Lublinie cała sprzedaż biletów trwała chyba trzy minuty, na jedno konto można było kupić tylko dwa bilety, co chwilę odświeżaliśmy stronę i udało się. W Rybniku natomiast biletów nie było, dlatego przy pomocy znajomych kupiliśmy… karnety, żeby tylko być na meczu Stali. Teraz możemy jeździć na wszystkie spotkania do Rybnika, ale jest trochę za daleko.

- Skąd wzięła się ta pani miłość do żużla?

- Zadecydowały tradycje rodzinne, ponieważ wielkim miłośnikiem tego sportu był mój tata, który oglądał Stal w akcji nie tylko na gorzowskim torze, ale często jeździł na inne stadiony. I to z nim zaczęłam chodzić na mecze Stali. Pamiętam nawet przekazanie plastronu Piotrowi Świstowi przez Edwarda Jancarza w 1986 roku.

- Podobno to pani wciągnęła męża w kibicowanie?

- Tak, ponieważ kiedy poznaliśmy się Paweł nie chodził na żużel, choć był i nadal jest wielkim miłośnikiem motocykli. Zresztą ja również i nasza znajomość zaczęła się od wspólnych spotkań na imprezach motocyklowych, gdzie razem jeździliśmy. Obecnie chętnie jeździmy na motocrossie.

- Kiedy mąż zapałał sympatią do żużla?

- On wolał rajdy motocyklowe, a na temat żużla wiedział tylko tyle, że motocykle nie mają hamulców. Kiedy w 2008 roku udało mi się przekonać go na pójście na ,,Jancarza’’, to już został do dzisiaj i wszędzie jeździmy razem.

- Teraz w to wszystko zostały wciągnięte także córki?

- Lubią jeździć z nami. Oliwia ma dziewięć lat, Natalia siedem. I naprawdę interesują się tym sportem. Ja przykładowo nie mam pamięci do dat czy zwycięzców różnych zawodów i niekiedy bywa, że zastanawiam się, kto wygrał dane Grand Prix a Natalia od razu ze zdziwieniem mówi, ,,no jak to, kto’’ i wymienia zwycięzcę. Oliwia zaś przejęła po mnie pasję zbierania programów.

- Żeby być wiernym kibicem Stali, to teraz trzeba mieć chyba silną psychikę, obserwując jazdę gorzowian?

- Jestem trochę człowiekiem starej daty. Oczywiście bardzo cieszę się ze zwycięstw, z medali, ale kiedy przychodzą porażki staram się zrozumieć zawodników. Wielu kibiców mówi, że są to zawodowcy, którzy dostają pieniądze i powinni zawsze wygrywać. Ja zwracam jednak uwagę na to, że to są także ludzie. Z każdym zespołem jest tak jak z rodziną. Są lepsze i gorsze dni. Żeby osiągać sukcesy, żeby mieć tę radość, wszystko musi być prawidłowo poukładane. Musi być też odpowiednia atmosfera. Kiedy coś zaczyna szwankować pojawiają się upadki. I sztuką jest umieć się podnieść, a nie krzyczeć, że jak coś nie pasuje, to ,,do widzenia’’.

- Trudno chyba winić tych kibiców, którzy w gorszych chwilach lubią gwizdać i krytykować?

- Tak, ale czy to coś pomoże? Myśli pan, że siedząc na stadionie w Rybniku nie było mi smutno oglądając zaskakującą porażkę Stali? Bardzo chcę, żebyśmy wygrywali, żeby każdy z naszych chłopaków jechał dobrze, żeby w zespole była wyczuwalna ,,chemia’’, ale tak w tej chwili nie jest i trzeba czynić wszystko, żeby odwrócić ten trend.

- Czy takie wyjazdy, bo nie tylko na mecze ligowe jeździcie, są powiązane z innymi atrakcjami, choćby turystycznymi?

- Oczywiście, bywają wyjazdy dzień wcześniej tylko po to, żeby pozwiedzać żeby pokazać córkom inną kulturę, atrakcyjne budowle i miejsca związane z historią danego regionu czy kraju, jeżeli są to zagraniczne wyjazdy. To nie jest tak, że tylko żużel. Obie dziewczyny zresztą lubią zwiedzać, poznawać zabytki, interesują się nowymi miejscami. Ponadto mamy grupę przyjaciół, z którymi często jeździmy. Wspólnie kupiliśmy nawet samochód na wyjazdy, a na mecze w Gorzowie corocznie kupujemy karnety obok siebie.

- Jak łączy pani wyjazdy z pracą zawodową?

- Nie jest to proste, ale mam bardzo wyrozumiałą szefową, która wspiera mnie w mojej pasji. A jak pojadę i Stal przegra, to zaraz pisze mi pozytywnego SMS-a. Pracuję w księgowości i żeby wygospodarować jakiś wolny dzień przykładowo w tygodniu, często muszę pójść do pracy w weekend. Mąż ma podobnie. Też musi tak zorganizować pracę, żeby wypracować wolny dzień. Dlatego dla nas takie ciągłe zmienianie terminów meczów nie jest fajne, ale dajemy sobie z tym radę.

- Jaki był najbardziej szalony wyjazd?

- W zeszłym roku do Cardiff. Bardzo długo wahaliśmy się, ale po świetnych występach Bartka Zmarzlika niemal w ostatniej chwili podjęliśmy decyzję, że lecimy. Pierwszy kłopot dotyczył znalezienia biletów lotniczych w rozsądnej cenie. Jakoś udało się, choć gorzej było z powrotem. Drugi kłopot, który trzeba było szybko rozwiązać, to potrzebowaliśmy transportu z lotniska Stansted do stolicy Walii. Okazało się, że z Gorzowa lecą też inni i dołączyliśmy się do dwóch osób, które wynajęły samochód. Po obejrzeniu Grand Prix w Cardiff udaliśmy się jeszcze na cały następny dzień do rodziny w Londynie. Wyjazd szalony, ale wspaniały.

- A najbardziej pechowy?

- Kiedyś wybraliśmy się na turniej mistrzostw Europy do Daugavpils i w pierwszej chwili spotkała nas tam bardzo miła niespodzianka, ponieważ Krzysiek Kasprzak widząc nas był tak zaskoczony, że od razu załatwił wejściówki do parkingu i mogliśmy z bliska popatrzeć, jak teamy przygotowują się do zawodów. Niestety, wracając już z imprezy o trzeciej w nocy w okolicach Augustowa mieliśmy awarię samochodu. Z tego co pamiętam nawaliła turbosprężarka. Dobrze, że mąż zna się na mechanice, pożyczył klucze od kierowców TIR-ów, naprawił na tyle, na ile w tych drogowych warunków mógł i ledwo dojechaliśmy do Gorzowa.

- Skoro o Krzysztofie Kasprzaku pani wspomniała. Czy jest to zawodnik, któremu najbardziej pani kibicuje razem z rodziną?

- Wszystkim gorzowskim żużlowcom kibicuję bardzo, ale Krzyśkowi chyba najbardziej. Nie wiem, z czego to wynikło, może z jego twardego charakteru, jak też dynamicznej jazdy. Czasami także potrafi powiedzieć to, co nie wszystkim się podoba, ale za to go cenię.

- A jak znalazł się on na pani ślubnych zdjęciach?

- Tak sobie z mężem wymyśliliśmy, żeby zrobić zestaw ślubnych zdjęć na stadionie. Zwróciliśmy się z prośbą do klubu, nie było żadnego problemu i napisałam też do Krzyśka, czy mógłby być przy tej sesji. Zgodził się bez wahania, ustaliliśmy tylko wygodny dla niego termin.

- Opowiedziała pani o najbardziej szalonym i pechowym wyjeździe, a jaki był najbardziej zaskakujący?

- To było przed dwoma laty do Teterowa na Grand Prix. Sam wyjazd był w porządku, ale… i tutaj muszę cofnąć się do zimy. Pewnego dnia na meila dostałam od organizatorów z Teterowa ofertę kupienia biletów w promocji. Po niemiecku niewiele rozumiałam, ale z zapisanych kwot wynikało, że na jednym bilecie można zaoszczędzić 12 euro.

- Niemcy rzeczywiście mają dobre promocje żużlowe. Co było dalej?

- Zadzwoniłam do znajomych i w sumie ustaliliśmy, że kupimy dwanaście biletów. Kupiłam, wydrukowałam i wrzuciłam do szuflady. Przyszedł dzień wyjazdu, ruszyliśmy do Niemiec i 30 kilometrów przed miejscem docelowym mąż zapytał się, czy wzięłam bilety. Nie wzięłam. Zadzwoniłam do mamy, ona szybko znalazła meila z tymi biletami i wysłała mi na telefon. Odetchnęłam z ulgą. Na bramie stadionowej nie mogliśmy jednak przejść kontroli. Poszliśmy do biura zawodów, tam nam wydrukowali te bilety i historia się powtórzyła. Na bramie nie chciało zeskanować kodu.

- Parę kropelek potu z nerwów zapewne się pojawiło?

- Oj, więcej niż parę, zwłaszcza że nasza znajomość języka niemieckiego była… żadna. Dobrze, że spotkaliśmy Polaka świetnie mówiącego po niemiecku i on pomógł nam w tym biurze zawodów. Kiedy poszliśmy drugi raz i wytłumaczyliśmy, że skaner nie odczytuje biletów pan w biurze wziął je, dokładnie zaczął czytać i wszystko się szybko wyjaśniło. Zimą kupiłam bilety na półfinał Speedway of Nations, który odbył się w czerwcu a nie na wrześniowe Grand Prix.

- I jak to się wszystko skończyło?

- Zaskakująco pozytywnie dla nas. Niemcy tylko się uśmiali pod nosem i nas wpuścili na te nieważne już od kilku miesięcy bilety.

- Jak pani przewiduje, Stal odbuduje się w najbliższym czasie, zwłaszcza że w sierpniu i wrześniu czeka drużynę aż sześć meczów na własnym torze?

- Nigdy nie biorę pod uwagę opcji pesymistycznej. Po kiepskim zeszłym roku wydawało się, że w tym będzie lepiej. Niestety, zapewne kilka czynników złożyło się, że nasz zespół nie wystartował najlepiej, pandemia też na jednych ludzi wpłynęła bardziej negatywnie, na innych mniej i być może w przypadku naszych zawodników ta mała liczba startów nie pozwoliła złapać optymalnej formy. Żużlowiec to, jak wspomniałam, też człowiek i jeden radzi sobie z trudnościami łatwiej, drugi trudniej. Być może wiosenne siedzenie w domach także podziałało negatywnie na formę naszych zawodników. Do tego była niepewność finansowa, a inwestycje trzeba było poczynić. Nie usprawiedliwiam nikogo, bo wszyscy mieli te same problemy, ale też nie chcę nikogo krytykować. Gdzieś jakiś trybik nie zadziałał, ale nie mam wystarczającej wiedzy, co było tego powodem. Wierzę, że jeszcze w tym sezonie nasi żużlowcy pokażą dobra jazdę i powalczą o jak najlepszy wynik.

- Dziękuję za rozmowę.