W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Alfreda, Maksymiliana, Selmy , 14 sierpnia 2020

Ludzie powinni móc przyjść do teatru 

2020-07-29

Z Janem Tomaszewiczem, dyrektorem Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_28187.jpg

- Panie dyrektorze, zaraza mocno poturbowała Teatr?

- Jasne, że tak. Wszystkich poturbowała. Mamy teraz taką sytuację, że albo zaczniemy o tym wszystkim realnie myśleć, albo zaczniemy to wykorzystywać do niecnych celów. Przecież już Gabriel García Márquez pisał o miłości w czasie zarazy i też zwracał uwagę na te aspekty. Mnie jest trochę przykro, że gdzieś tam jest uwolniony częściowo reżim epidemiologiczny, ale to nie jest to, na co my z pokorą czekamy. Ja sobie zwyczajnie nie wyobrażam teatru on line. Przecież to jest środek zastępczy, który musiał być wykorzystany. Teatr w ten sposób od strony promocyjnej się przypominał, ale oglądanie na małym ekranie albo na ekranie komputera czy jeszcze gorzej w telefonie spektaklu teatralnego to jednak nieporozumienie. Owszem, możemy się umówić, że było fajnie. Ale niech to fajnie będzie, jak mawiał klasyk Wojciech Młynarski, jesteśmy na wczasach. Tyle tylko, że tan czas, te wczasy się skończyły i musimy to urealnić. Ktoś musi wziąć odpowiedzialność za jasność pewnych sytuacji.

- No właśnie, nie mamy jasności sytuacji, ale jednocześnie od początku lipca teatr wyszedł do publiczności – mam na myśli prezentacje na scenie na Starym Rynku, a w perspektywie jest przecież Scena Letnia. Jak to będzie?

- Doszliśmy do porozumienia z miastem i tu ukłon w kierunku pana prezydenta, że jednak znalazły się pieniądze na te działania, choć sytuacja ekonomiczna jest taka, jaka jest. Pomysł, aby deptak ożywić w tym roku uważam za dobry. Dlatego zgodziliśmy się, że w tym roku działalność Sceny Letniej podzielimy na różne formy grania. W piątki dla dzieci będziemy grali u nas, na naszej Scenie, w soboty koncerty zagramy na scenie na Starym Rynku, a w niedziele spektakle teatralne będą u nas, na naszej Scenie. Mam nadzieję, że publiczność zrozumie konieczność zastosowania takiej formuły. Godziny się nie zmieniły – w piątki 12.00, soboty – 18.00 a niedziele - 20.30.

- Ilu widzów Teatr wpuści na Scenę Letnią?

- Jeszcze do niedawna miało być 150 osób. Być może w niedługim czasie to się zmieni, ale jak na razie tylko tyle. O tyle jest to dziwne, bo teren Sceny Letniej jest otwarty, ale nikt za bardzo nie ma pomysłu, jak traktować naszych widzów, ani też za bardzo nie chce podjąć ryzyka. No i będę prosił o wyrozumiałość naszą publiczność, że tylko tyle osób będzie mogło wejść do naszego Teatru Letniego. 50 procent przestrzeni na Scenie letniej to 300 krzeseł, bo wszystkich jest 600. Ale czy tak będzie można zrobić, żeby połowa była zajęta, tego nie wiem. I nie umiem powiedzieć, kiedy będę wiedział. Dodam, że rozumiem instytucje, które odpowiadają za to, abyśmy mieli jasność co do zasad zachowania się w przestrzeni publicznej.

- Panie dyrektorze, tak się nieszczęśliwie złożyło, że tuż przed wybuchem pandemii skończyliście przygotowywać premierę – mam na myśli Aleksandra Fredry „Gwałtu, co się dzieje?” w reżyserii Jacka Głomba. Co z tym spektaklem?

- Gramy. Premiera przełożona jest na 5 września. Gramy, nawet jeśli przyjdzie nam zagrać dla 150 widzów. Zdążyliśmy zagrać nawet trzecią próbę generalną. Przecież najgorsza w życiu jest bezradność, niemoc. Jak człowiek siedzi i się zastanawia – co dalej, a tego dalej nie widać. Powstał znakomity spektakl, który powinien być pokazany i będzie pokazany. Próby wznowieniowe zaczynam 1 września, 4 września zagramy spektakl przedpremierowy, a 5 premiera. Inna rzecz, że ten Fredro już był zagrany w Gorzowie. I co ciekawego, robił to reżyser o nazwisku Lech Komarnicki, a muzykę napisał Seweryn Krajewski. To jakieś lata 60. XX wieku.

- Czy możemy teraz poprojektować, co się wydarzy w nadchodzącym sezonie?

- Zaczynam od 11 sierpnia pierwszą próbą do nowego spektaklu muzycznego przygotowywanego przez Artura Barcisia. To będą piosenki Marka Grechuty, całość jest świetnie wymyślona. Potem Beata Chorążykiewicz kończy projekt do kampanii o przeciwdziałaniu przemocy kierowany do młodzieży. To tekst Tomasza Jachimka „Jeremi”. To typowy tekst kierowany do młodzieży, a premiera odbędzie się w październiku. Ja muszę planować. Powiem więcej, planuję Gorzowskie Spotkania Teatralne, gdzie mam podpisane umowy, bo to się robi rok wcześniej. Ale jak pomyślę, że tylko 150 osób, to przyznaję, trochę mnie to mrozi. To się dziwnie odbiera. Przerobiliśmy to, jak był Andrzej Poniedzielski. Dobrze, że jest publiczność, ale ona jest zdziesiątkowana. Ludzie siedzą rozstrzeleni na widowni. Nie ma tej koniecznej teatralnej chemii. Jednak jeśli tak to zostanie, to tak będziemy grali. Ja jestem pełen optymizmu. My, ludzie teatru, optujemy za uwolnieniem tych restrykcji. Ludzie powinni móc przyjść do teatru. Jak będzie? Zobaczymy.

- Panie dyrektorze, scena główna, mała scena, scena letnia, a teraz powstaje kolejna scena, na zewnątrz…

- Tak, dokładnie. To, myślę, będzie fajna atrakcja dla mieszkańców Gorzowa, ale i dla turystów, którzy tu przyjeżdżają. Będzie to multimedialna fontanna z platformą do występów. No i będziemy tu realizowali spektakle plenerowe. Będzie światło, dźwięk, woda, a z tyłu duże okna z kostiumami z poprzednich spektakli. Do tego nowe latarnie, wybrukowana ścieżka do ulicy Warszawskiej. Wieczorem tu będzie zjawiskowo. Tak sobie to marzyłem w 2002 roku, aby to tak właśnie wyglądało. I krok po kroku trzeba to było robić. Jak jeszcze uda nam się dalej poprowadzić badania konserwatorskie, z których ja się bardzo cieszę, to jak znajdziemy środki, to może uda się przywrócić kopułę i sklepienie z czasów międzywojnia – z motywami roślinnymi i sztukaterią.

- Panie dyrektorze, co panu tu jeszcze zostało do roboty – w sensie remontowym. Przecież zrobił pan już wszystko.

- Coś się na pewno znajdzie.

- Przecież scena wyremontowana, widownia, też, zaplecze – garderoby i wszystko inne również. Do tego to, co nie widać, czyli wszystkie mechanizmy. Fronton błyszczy i to tak, że jak się jedzie z Krzyża pociągiem, to człowiek popada w zachwyt.

- Już kilka lat temu o tym mówiłem. Uważałem wówczas, że coś trzeba zrobić. Zdopingowali mnie do tego moi realizatorzy. To oni mówili, że patrzysz – tu morze garaży, rzeka ponura, wszystko smutne i zaniedbane. Chciałem to zmienić, chciałem, żeby teatr było widać, zwłaszcza jak te latarnie rozbłysną. No i widać. A ja jeszcze chciałbym cos pogrzebać przy Scenie Letniej z zadaszeniem, ale to kwestia przyszłości. Ale jak to podopinam, wówczas będę na ten temat rozmawiał.

- Panie dyrektorze, ze te wszystkie prace, w teatr, w otoczenie, w życie teatralne został pan Honorowym Obywatelem Miasta. Czym dla pana jest to wyróżnienie?

- Mówiłem już o tym na tej uroczystości, kiedy wręczano mi to obywatelstwo. To teatr otrzymał. Ja bym bez ludzi teatru nie funkcjonował. Taka jest prawda. Mam tu wspaniałych ludzi. Nikt nie boi się roboty, nikt nie patrzy na zegar i mówi – przepraszam bardzo, ale to już koniec, to już temat zamknięty, bo skończył się czas. Wszyscy mają świadomość, że w teatrze nie ma czasomierza. Teatr to praca i zaangażowanie 24 godziny na dobę. Owszem, jak wszędzie bywają nieporozumienia. Ja uważam, że gdyby nie determinacja moich ludzi, to by było, jak było. Oczywiście, cieszę się bardzo, bo będę mógł za darmo pojeździć tramwajem (śmiech). Wsiądę sobie na jednej pętli, wysiądę na drugiej, Będzie frajda. Wezmę książkę i będę sobie jeździł. Będę obserwował ludzi, inspirował się zachowaniem gorzowian. Może to się przeniesie na scenę. Są jakieś korzyści z tego…

- Dziękuję bardzo za rozmowę.