W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Maury, Milany, Tomasza , 22 września 2020

Prędzej czy później marzenia same się spełniają

2020-09-09

Z Natalią Ślizowską, projektantką mody, twórczynią marki Natalia Ślizowska, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_28517.jpg

- Sześć lat obecności marki Natalia Ślizowska. To mało czy dużo?

- Nie wiem, ja się dopiero rozkręcam (śmiech). Tu, w tym miejscu przy Chrobrego, mijają cztery lata. Dwa pierwsze lata funkcjonowałam w Lipkach Wielkich, małej miejscowości o pięknej nazwie.

- Ale już kilka razy mówiłaś, że może już dość, że może wyjedziesz…

- No ale dokąd? (śmiech).

- Nie wie wiem, Berlin, Paryż, świat jest ogromny.

- Fakt, wielki, mieliśmy plany i to takie z gatunku dużych. Tak było jeszcze na początku roku. Niestety, pandemia wszystko pokrzyżowała. O tej porze, w październiku mieliśmy mieć pokaz w Mediolanie, super sprawa, ale nie ma. W styczniu Miałam być w Dubaju na największych targach świata, przecież to szansa niesamowita, nie ma. Targów nie ma. Życie. Jednak dzięki temu można było trochę przewartościować siebie.

- Co masz na myśli?

- W momencie, kiedy takie rzeczy się zadziały, nie można było wyjść z domu, to jak sobie pomyślałam – czy mi jest źle? Mam co jeść, mam dach nad głową, mam obok siebie ukochanego mężczyznę, teraz już męża i ukochanego psa, no i fajnie jest. W jakimś wielkim miejscu pewnie praca wyglądałaby inaczej. Nawet czasami rozmawiam z ludźmi i się zastanawiają, dlaczego ja te rzeczy robię. A przecież to jest największa satysfakcja, aby te rzeczy wykonywać. Uszyć samemu. A nie coś tam narysować i komuś zlecić wykonania. Przynajmniej tak mi się wydaje. Mam wrażenie, że to wszystko dzieje się z przypadku. Prędzej czy później te marzenia same się spełniają. Wiesz, dziesięć lat temu nawet nie pomyślałam, że nawet w Gorzowie będę miała swoje atelier. A jednak to nie było takie trudne.

- Ale przez te cztery lata tutaj zdążyłaś się już bardzo mocno wpisać w pejzaż Gorzowa, bo i pokazy, i akcje artystyczne.

- No właśnie. Ja się nie potrafię ograniczyć tylko do samej sprzedaży, czyli, wyprodukuję, ktoś kupi, zarobię pieniądze i super. No nie. To jest dla mnie byt mało. Zawsze staram się robić różne rzeczy, które mnie pasjonują. W ten sposób nawiązuję do tego, co kiedyś widziałam gdzieś indziej. Mieszkałam w centrum Polski i tam właśnie takie rzeczy się działy. Moje wydarzenia mają swoich odbiorców, i fajnym jest, że można zbudować własną publiczność. Myślę, że jak na pokaz przychodzi tysiąc osób, to już jest coś.

- Jak na Gorzów, to już jest niebywały sukces…

- Wiesz, gdybym ja miała czekać, aż ktoś mnie zaprosi na super wydarzenie, wielki pokaz, to kiedy ja bym się tego doczekała? Dlatego robie je sama. I przyznam, że najbardziej mnie się one podobają. Bo nawet gdy gdzieś gościnnie występujemy, czy nawet jak się gdzieś tam udawało wystąpić gdzieś na jakimś super zrobionym pokazie, to były pokazy zbiorowe. To trwało trzy minuty. I to właściwie nie miało żadnego znaczenia dla mnie. To było takie wydarzenie, że można się było pochwalić gdzieś w mediach. Może ktoś sobie pomyślała – wow… Jakiś międzynarodowy pokaz i tam ja jestem. A prawda taka, że wydarzenie zborowe, mój pokaz trwał dwie minuty, było to w biały dzień, często o 9.00 rano, a dla ludzi to miało wydźwięk jakiegoś wielkiego wydarzenia. A to nie było tak. Dlatego te zbiorowe rzeczy przestały mnie interesować.  Zaczęłam myśleć, że mnie już zwyczajnie nie wypada tego robić. Kiedy byłam jeszcze na studiach to oczywiście, zgłaszałam się do takich pokazów, międzynarodowych konkursów i super. Bo były jakieś osiągnięcia. Ale teraz już jestem panią własnego losu i nie wypada tego robić. W coś takiego mogą się bawić studenci. Ja sobie robię, co chcę, co mi w duszy aktualnie gra. Nie ukrywam, że na moje pasje ciągle poświęcam 20 procent czasu. Bo niestety, trzeba zarobić pieniądze, żeby funkcjonować. I trzeba to powiedzieć, że jesteśmy w miejscu, gdzie rzadko kto się znajdzie, komu podobają się szalone projekty.

- A nie spełniasz się trochę w tym, że projektujesz dla gorzowskich aktorek, dla dziewczyn, które występują na scenie?

- No tak, bo to jest fajne. Dobrze, że w ciągu tych sześciu lat ten zamysł, ten projekt – marka właśnie, udało się wprowadzić. Mnie nawet ciężko o sobie, jako o marce mówić, bo to jednak coś dużego jest, ale bardzo wielu ludzi właśnie tak to postrzega. I nie powiem, dobrze jest mieć coś z tej pracowni. Dokładnie to tym roku się stało atrakcyjne. Nie wiem, na czym to polega. Może moja wystawa w Miejskim Ośrodku Sztuki się do tego przyczyniła?

- Przecież przyszło ponad 300 osób, a to się rzadko zdarza.

- Nie ukrywam, było to bardzo miłe. Sama byłam zaskoczona. Dobrze wspominam to wydarzenie, tym bardziej, że mogłam na jednej, dużej przestrzeni zobaczyć ileś swoich prac.

- Zaraza pokrzyżowała ci plany. Musisz siedzieć w Gorzowie i Lipkach z Labrusią i ukochanym mężem. Co dalej?

- No właśnie, co dalej? Normalny człowiek w wieku trzydziestu kilku lat, jak wychodzi za mąż, to myśli o rodzinie. Teraz jesteśmy na takim etapie, że szukamy miejsca na ziemi. I to, jak się okazuje, jest bardzo trudne. Oczywiście, nic nas nie trzyma, możemy stąd wyjechać. Ale wydaje mi się, że inne miejsce byłoby budowaniem tego wszystkiego od początku. Szkoda zwyczajnie tego miejsca. Wiem, że mam tu też wielu przeciwników. Nie przejmuję się tym absolutnie. Bo zazwyczaj są to ludzie, którzy sami niczego nie robią, ani nie zrobili. Póki co, nie zamierzam tego miejsca opuszczać. Oczywiście, że chciałaby się gdzieś tam pojechać, ale jak nie ma możliwości w tym momencie, bo nawet nie ma możliwości zrobienia corocznego pokazu, bo duże liczby ludzi w jednym miejscu…

- No i rozkopana Chrobrego pod oknem.

- Fakt, moja miejscówka królewska cala jest rozkopana (śmiech). A ja nie wyobrażam sobie pokazu w innym miejscu. To jest mój kawałeczek tutaj i koniec. Przecież to jest znakomite miejsce. Zresztą nie raz przy okazji rożnych wydarzeń było widać, że dobrze się tu bawimy.

- Ale dalej będziesz mieszkała w Lipkach, czy zaczniesz szukać czegoś innego?

- Pojawiło się pewne marzenie, takie zupełnie z kosmosu. Zaczęliśmy szukać bardzo dużej działki. My wyobrażamy sobie nasz dom nie jako taki zwykły domek, ale chcemy mieć jedno olbrzymie pomieszczenie. Bo po co nam domek, który ma jakieś pokoiki, jak może to być jedna, olbrzymia, wielka stodoła, w której można zrobić pokaz, w której w razie W jak nie ma gdzie, to można zrobić szwalnię. To jest moje marzenie. No i szukamy dobrego miejsca. Bardzo bym chciała, aby to było w mojej gminie. Ale chyba będziemy musieli pojeździć też i gdzieś indziej. Może uda się znaleźć takie miejsce gdzieś blisko Gorzowa.

- Jakiś czas temu rozmawiałyśmy o tym, że może Berlin.

- To też było tak, że byliśmy bardzo nastawieni na otwarcie tam butiku. I nawet spotkaliśmy kogoś, kto chciał nam pomóc w jakichś urzędowych sprawach, bo okazuje się, że tam bardzo proste jest ogarnięcie czegoś takiego, jak otwarcie własnego biznesu. Nawet jest bardzo duża pomoc od państwa. No ale znów w paradę weszła nam pandemia. Chociaż z drugiej strony tak sobie myślałam, jak pandemia wybuchła - gdybyśmy to zrobili wcześniej, to teraz byśmy tam poumierali z głodu, zostali z długami. Ale wyobraź sobie, że nasi znajomi zrobili właśnie to, uciekli z Polski, i teraz dostali wspaniałą pomoc od państwa niemieckiego, chyba 15 tys. euro, i jest super. A my, a my teraz szukamy naszego miejsca na ziemi. Dla siebie i do komfortowego tworzenia. Nie zamierzamy opuszczać Gorzowa. Lubimy to miasto. Mimo wszystko.

- Życzę wam zatem tego miejsca. I bardzo dziękuję za rozmowę.