W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Augustyny, Łukasza, Urbana , 30 października 2020

Tyle było, a nie ma, teraz już nie ma

2020-10-07

Z Ireneuszem Krzysztofem Szmidtem, poetą, dramaturgiem, reżyserem, nagrodzonym ostatnio Złotym Medalem Zasłużony Kulturze Glora Artis, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_28759.jpg

- Irek, Złota Gloria Artis, którą dostałeś na otwarciu nowego sezonu kulturalnego – najważniejsza polska nagroda kulturalna, to dopiero druga w mieście. To ukoronowanie twojej kariery?

- Jeśli przyjąć, że jest to mój ostatni jubileusz, czyli 85-lecie, to na pewno tak (śmiech).

- Nie zakładamy, że ostatni.

- Jak jeszcze pięć lat pożyję, to może coś tam jeszcze skapnie. Choć już brylantowej Glorii nie ma (śmiech). A serio, ciągle jestem przecież aktywny, twórczy. Bagaż z przeszłości jest stale uzupełniany i coraz cięższy. I choć ostatnio trochę zdrowie mi szwankuje, musiałam się na początku roku rehabilitować, ale wyszedłem z tego. Mam nadzieję,  że jeszcze coś tam zrobię.

- Powiedzieć o tobie poeta, to jest za mało, albo prawie nic. Jesteś poetą, dramaturgiem, krytykiem literackim, bywasz reżyserem teatralnym …

- Przecież to mój główny zawód.

- No właśnie, człowiek orkiestra. Jak to się zaczęło, twoja droga z literaturą?

- Zaczęło się od poezji. Pierwsze zauroczenie licealne, bo wtedy napisałem wierszyk dla pewnej dziewczyny, która nosiła takie długie dwa warkocze. Uczyłem się w Zgierzu, ale często bywałem w Łodzi. Tam byłem w Domu Literatury przy ul. Mickiewicza 8. Tam mieścił się między innymi sekretariat Związku Literatów Polskich, tam też poznałem młodych poetów. To był początek lat 50. ubiegłego wieku, w 1953 roku zrobiłem maturę, później przyjechałem na studia do Szczecina i tam już zostałem. Tam zostałem przyjęty do Koła Młodych. I już na studiach, na budownictwie lądowym na Politechnice założyłem najpierw gazetę ścienną, która się nazywała Błyskawica. Oczywiście ze zgodą uczelni. Zorganizowałem zespół redakcyjny, w redakcji znalazł się mój kolega z liceum Rysiek Reichert, który rok wcześniej zaczął studia, ale na budownictwie wodnym.

- I ty mi chcesz powiedzieć, że jesteś inżynierem z wykształcenia?

- No nie, OMC (śmiech). Nie, na piątym semestrze nie chciało mi się douczać do poprawki z matematyki i uciekłem stamtąd. Ale już też miałem na koncie powołanie Teatru Studenckiego Skrzat. No i dlatego też zacząłem więcej pisać dla teatru. To był czas, kiedy czytałem dużo o teatrze, ale też jeździłem – do Warszawy do STS, do Gdańska do Bim Bomu. Wiesz, Skrzat był generalnie czwartym teatrem studenckim powołanym w Polsce. Przyjaźnił się wówczas z łódzkim teatrem Pstrąg. Tam spotkałem Jerzego Antczaka, który wówczas w Pstrągu reżyserował spektakle. Poznałem wówczas wielu ciekawych ludzi z teatru i to oni mnie dopingowali, bo w kółko mówili – No dobrze, a co w Szczecinie? Nic nie ma. No więc w końcu powstał teatr i w Szczecinie. Wyobraź sobie, mieliśmy premierę w 1956 roku, przyczyną były wypadki węgierskie. Cenzura wówczas zęby zaciskała, ale to był jednak taki okres, kiedy sporo uchodziło. Cenzura coś tam skreślała, a my jednak swoje robiliśmy.

- Długo zostałeś na tej ścieżce teatralnej?

- Długo. Bo potem był Kabaret Okaryna, Teatr Poezji Pinokio, do tego dochodzi Pantomima Politechniki Szczecińskiej, byłem jej założycielem, ale uciekłem od nich, bo jednak słowo jest ważne. Oni jednak pociągnęli sprawę dalej i pół Europy zwiedzili.

- A potem minęło trochę lat i znalazłeś się w Gorzowie.

- To nie takie nagle. Przyjeżdżałem tutaj już wcześniej. Za dyrekcji Andrzeja Rozhina u Osterwy byłem na każdej jego premierze. Byłem z nim zaprzyjaźniony, kibicowałem jego teatrowi. Pisałem wówczas o tym teatrze w Głosie Szczecińskim. Mało tego, kiedyś z Rozhinem zrobiliśmy koncert w Amfiteatrze. Kiedy Andrzej odszedł z teatru, to rzeczywiście rzadziej się pojawiałem.

- A potem spotkałeś swoją obecną żonę, Krystynę Kamińską i zostałeś….

- Dokładnie spotkałem ją w Myśliborzu na SMAK-u (Spotkania Młodych Autorów i Kompozytorów), ale chyba też gdzieś tam się widywaliśmy podczas pracy w Towarzystwie Kultury Teatralnej. Bardziej jednak będzie ten SMAK. Bo tam właśnie w początkach lat 90. coś zaiskrzyło. Byliśmy razem w jury, długie godziny rozmów o teatrze, kulturze i tak to wyszło.

- I jaka niezwykła historia. Krystyna spod Łodzi, ty spod Łodzi, a spotkaliście się pod Gorzowem. Pamiętam, jak pojawiłeś się w Gorzowie, to życie literackie nabrało rumieńców. Bo tak po prawdzie, to właściwie wcześniej było ono mocno rachityczne.

- Tak, bo postanowiłem sobie, że nie będę się bawił w teatr, tym bardziej, że tu teatru nie brakowało. A tu powstała Gazeta Nowa, potrzebowali recenzenta teatralnego. I od tego się zaczęło.

- Ale ja zmierzam do tego, że to ty rozruszałeś to niemrawe środowisko, pokazałeś, że w takim mieście jak Gorzów też mieszkają ludzie, którzy piszą i to czasami nieźle.

- Pamiętaj, że ja byłem członkiem Związku Literatów Polskich…

- To ja wiem, ale to tobie się zechciało tych wszystkich pisarzy i poetów wyciągnąć z jakiegoś niebytu.

- Jerzy Zysnarski na imprezie w bibliotece, w Sali kominkowej, zimą 2005 roku powiedział takie słowa – Irek, ty jesteś głupi, ty sobie konkurencję wychowujesz. Na co ja, że tak. No bo jak tu bez konkurencji żyć.

- No tak, ale przez twoje i Krystyny ręce oraz przez wasze wydawnictwo przeszło wielu ludzi, którzy się w jakiś sposób zaznaczyli. Jak trafialiście na tych ludzi?

- Pamiętaj, że czynnikiem kulturotwórczym dla każdego środowiska jest pismo, gazeta, magazyn. My założyliśmy pismo Arsenał Gorzowski. I było to pismo nie tylko informacyjne, jak dziś SPAM, ale pismo opiniotwórcze. Przyznawaliśmy nagrody, robiliśmy różnego rodzaju akcje.

- Jak Arsenał przestał wychodzić, to zwyczajnie czegoś zabrakło.

- Potem jeszcze przez jakiś czas próbowaliśmy robić takie skontrum roczne, wyliczaliśmy imprezy, ale to też przestało mieć sens. To nie było gorące, to nie było na bieżąco. Przecież w Arsenale była wkładka plastyczna – kolorowa, na dobrym papierze. Były recenzje wydarzeń, jakaś polemika. Pismo żyło. Dlatego też powstał WAG – Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne Arsenał. A jeszcze później powstaje Pegaz Lubuski i powstaje Biblioteka Pegaza Lubuskiego, którego wydawcą jest do dziś Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna. I wyobraź sobie, że w ramach tej biblioteki, Biblioteki Pegaza wydałem 96 książek. Mam nadzieję, że w tym roku uda się wydać jeszcze dwie lub trzy książki. No i wracam do tego, że pismo jest tym czynnikiem kulturotwórczym. Środowisko nie musi pisać do szuflady. Mam na myśli tych utalentowanych. I ci ludzie odnajdują drogi do środowiska. Wielu z nich zaczęło pisać na Szufladzie, czyli na internetowym portalu Szuflada. Młodzi ludzie trafiali też do mnie na warsztaty literackie, które dzięki wsparciu Ewy Rutkowskiej prowadziłem w Grodzkim Domu Kultury. Piętnaście lat to trwało. Pamiętaj, że bardzo dużo ludzi tam debiutowało. Przecież tam też zaczynała pisać Beata Patrycja Klary, dziś uznana poetka. Podobnie jest z Markiem Lobo Wojciechowskim, Karolem Graczykiem, Agnieszką Moroz i wielu innymi.

- Ale to środowisko nagle wytraciło ten impet.

- Młodzi poszli na studia i praktycznie tu nie wrócili. Ale co ważne, nigdy jakoś nie tracili z nami kontaktu. Ciągle mam od większość z tych ludzi teksty. Ciągle przysyłają. Zresztą wystarczy otworzyć Pegaz, aby się przekonać. Wiesz, zabawnym jest, że im trudniej się spotkać, to tym pismo grubieje, tym więcej tekstów w nim jest. Przecież ostatni Pegaz ma 40 stron.

- Jak ci się chciało to wszystko animować Przecież to jest ogrom pracy. Przecież w kółko coś z tymi trzeba ludźmi robić. Trzeba czytać ich teksty, trzeba poprawiać, trzeba walczyć z warsztatem. To jest niemal praca na ugorze.

- Wiesz, to były spotkania raz w miesiącu. Inna rzecz, że ja się z nimi spotykałem znacznie częściej, przy różnych okazjach. Fakt, ciągle miałem komputer pełen różnych tekstów, oryginałów, moich korekt, fakt, dużo pracy. No i ja dla swoich rzeczy miałem bardzo mało czasu. Ale jednak coś tam powstawało. Mało, ale było. Jestem wyznawca liryki doznań, nigdy zatem nic nie pisałem z okazji, ku czci, na zamówienie czy z innego powodu. Nie musiałem. I tak powstawały dwa, trzy wiersze w roku, ale po dziesięciu latach było ich już 30.

- Irek, jakiś czas temu wydaliście coś fantastycznego, a mianowicie tomik „Wsłuchani w kamienie Gorzowa”. Moim zdaniem to najpiękniejszy prezent, jaki to miasto kiedykolwiek dostało.

- Potem powtórzyliśmy ten tomik, na lepszym papierze, z ilustracjami. Ludzie chcieli mieć tę książkę. Zajęło nam to sporo czasu, aby przygotować tę antologię. Antologie z reguły zajmują sporo czasu, potrzeba dużo pracy, aby stworzyć dobrą książkę. To było pół roku codziennej rzetelnej pracy, aby te teksty wybrać, pogrupować, nadać temu sens.

- Irek, a jak ty teraz spędzasz czas?

- Trochę przeglądam swoje stare rzeczy, coś wyprowadzam ze szkicu w stan ostateczny. Buduję sobie powolutku taki pomnik literacki, pozapoetycki, oparty na esejach, prozie, recenzjach, takie coś w rodzaju „Nie ma” Mariusza Szczygła. Bardzo mi się ta książka podobała. Takie właśnie Nie ma buduję. Tyle było, a nie ma….

- Dziękuję ci bardzo za rozmowę.