W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Augustyny, Łukasza, Urbana , 30 października 2020

Nie ma wątpliwości, że Gorzów żużlem stoi

2020-10-14

Z Markiem Grzybem, prezesem Stali Gorzów, rozmawia Robert Borowy

medium_news_header_28807.jpg

- Odbierając na stadionie w Lesznie srebrny medal drużynowych mistrzostw Polski co pan sobie pomyślał w tej właśnie chwili?

- Byłem bardzo szczęśliwy. Dla nas to ogromne osiągnięcie. Unia Leszno w tym sezonie, jak i w meczach finałowych była bardzo mocna, szczególnie na własnym torze. Trzeba im pogratulować świetnej dyspozycji. Ich największym atutem było to, że mieli kapitalnie poukładaną drużynę. Natomiast my również mieliśmy powody do radości, bo przecież wszyscy pamiętają, gdzie byliśmy w ubiegłym roku i znają również naszą tegoroczną historię. Bardzo zwariowaną. Trzeba naprawdę docenić to co się zdobyło, bo po drodze mieliśmy jeszcze mnóstwo problemów. Zaczęło się od kontuzji Nielsa Kristiana Iversena, potem był ten niefortunny pożar rozdzielni na stadionie, w wyniku której przez miesiąc nie mieliśmy gdzie jeździć i trenować. To wszystko miało wpływ na chimeryczną postawę naszych zawodników. Uważam, że wycisnęliśmy z tego sezonu maksimum co się dało.

- Zaraz po dekoracji powiedział pan, że to wicemistrzostwo Polski powinno być drogowskazem dla przyszłych działań klubu. Jak to rozumieć?

- W sporcie trzeba dążyć do doskonałości poprzez wyznaczanie ambitnych celów. I skoro zdobyliśmy w tym roku srebrny medal, to oznacza, że następnym krokiem powinna być walka o mistrzostwo Polski. Oczywiście w sporcie niczego nie można przewidzieć z góry, dlatego nie chcę składać żadnych deklaracji, co będzie za rok, jaki osiągniemy wynik, ale na pewno naszą ambicją będzie walka o najwyższy cel. Już zaczynamy ciężko pracować, żeby od początku sezonu prezentować najwyższy poziom.

- A jak odebrał pan złoty medal indywidualnych mistrzostw świata wywalczony ponownie przez Bartosza Zmarzlika?

- Także z wielką radością, zwłaszcza że sukces ten rodził się w bólach. Obserwując najpierw piątkowy turniej w Toruniu, potem sobotni do końca nie można było mieć pewności, że Bartek zdoła obronić pozycję lidera. Kiedy już zapewnił sobie ten tytuł przyznaję, że z mojego serca spadł ogromny ciężar. Zapewne nie tylko mi, bo jestem przekonany, że wszyscy jego kibice byli spięci do ostatniego wyścigu, decydującego o mistrzostwie.

- Emocji było rzeczywiście sporo. Spodziewał się pan, że tak długo trzeba będzie czekać na przysłowiową kropkę nad ,,i’’ ze strony Zmarzlika?

- Myślę, że powodem tych nerwowych chwil był upadek w drugim biegu pierwszego toruńskiego turnieju. Bartek trochę potrzebował czasu, żeby odzyskać odpowiedni rytm. Swoją drogą takie tytuły, wywalczone po ciężkim boju, smakują chyba bardziej. Kiedy rozmawiałem potem z prezesem PGEE Wojciechem Stępniewskim i senatorem Robertem Dowhanem żartowałem, że w Stali już wypracowaliśmy pewną metodę startową. Najpierw pokazujemy, że nic nam nie wychodzi a potem wygrywamy. Ten żart trochę wpisuje się nie tylko w nasze tegoroczne występy ligowe, ale i okoliczności, w jakim ostatecznie Bartek wywalczył ten złoty medal.

- Jeszcze dobrze nie usadowił się pan w fotelu prezesa Stali, a już za pańskiej kadencji polski żużel wzbogacił się o dwa złote medale indywidualnych mistrzostw świata wywalczone przez pana podopiecznego.

- Tylko się z tego cieszyć. Kiedy składałem mu gratulacje powiedziałem, że najbardziej cieszy mnie to, iż spełnił swoje marzenia. Jestem za to daleki od tego, żeby przypisywać sobie ten sukces. Na oba złote medale, poza oczywiście samym Bartkiem, zapracowało spore grono osób z jego najbliższego otoczenia. Mam na myśli głównie rodzinę oraz cały team. Natomiast, jak prezes Stali, starałem się przez te miesiące dołożyć niewielką cegiełkę w postaci stworzenia Bartkowi komfortowych warunków do pracy w klubie. I chyba mi się to udało, skoro dalej chce z nami współpracować jako kapitan zespołu.

- Czuje pan dumę z posiadania takiego zawodnika?

-  Oczywiście, bo to jego blask rozświetla nas wszystkich. Nie tylko mnie jako prezesa klubu, ale przede wszystkim całą dyscyplinę, która w ostatnim czasie bardzo zyskała na popularności w kraju. I to nie tylko ze względu na jego osiągnięcia sportowe, ale sam wizerunek, który jest bardzo pozytywny.

- Jak podsumuje pan swoją roczną działalność na stanowisku prezesa Stali?

- Trudno jest mi oceniać samego siebie, bo byłbym stronniczy. Lepiej by to zrobili zapewne inni. Ja mogę powiedzieć tylko tyle, że naprawdę włożyłem w to wszystko mnóstwo serca i jeszcze więcej pracy. Bardzo przeżywałem wszystko co działo się w klubie, szczególnie w chwilach, kiedy nam nie szło.

-  Gdzie szukał pan przyczyn tych niepowodzeń?

- Rozmawiałem z wieloma osobami, gdy szukałem odpowiedzi na pytanie, co takiego źle robię, że nic nam nie wychodzi. Pamiętam, jak prezes Unii Leszno Piotr Rusiecki dał mi wtedy jedną radę. Powiedział: ,,Marek, spokojnie, miałem kiedyś podobną sytuację i tylko cierpliwością można to przezwyciężyć’’. Pomyślałem sobie, że skoro wszystko, co robimy w klubie idzie we właściwym kierunku, to może rzeczywiście potrzeba trochę czasu. Dla mnie ta rada udzielona przez prezesa wielokrotnych mistrzów Polski była bardzo ważna i pozwoliła przetrzymać najtrudniejszy czas.

- Ile czasu poświęca pan na działalność sportową?

- Niedawno moi pracownicy w poznańskiej firmie powiedzieli mi, że są w stanie policzyć, ile czasu w ostatnim roku spędziłem z nimi. To pokazuje jak rzadko tam bywam. Praca prezesa to głównie liczne spotkania. Zarówno oficjalne, jak i kuluarowe. Większość z nich dotyczy spotkań biznesowych, ale sporo jest też spotkań z władzami ligi, spółki, z innymi działaczami, menadżerami zawodników. W klubie również jestem obecny, czasami siedzę do późnego wieczora, jak mamy posiedzenia zarządu czy spotkania z radą nadzorczą. Do tego dochodzą ciągłe rozmowy telefoniczne. Jest ich mnóstwo.

- Można też pana zobaczyć na różnych innych imprezach żużlowych, niekoniecznie związanych z występami gorzowskich żużlowców. Co pan tam porabia?

- Wychodzę z założenia, że skoro zarządzam klubem żużlowym, to muszę ten sport poznać od podszewki. Dlatego chodzę w Poznaniu na mecze drugoligowe, gdzie przypatruję się choćby jeździe naszych młodych zawodników, którzy rozwijają tam talent. Byłem prawie na wszystkich turniejach mistrzostw Europy, świata, wybrałem się na parę zawodów rangi mistrzostw Polski. Tego jest bardzo dużo, ale poprzez takie wyjazdy, oglądanie, prowadzenie rozmów nabieram wiedzę. Nie jest wstydem uczyć się od tych z większym doświadczeniem.

- Czyli eksternistycznie zalicza pan żużlowy uniwersytet?

- W poprzednich latach oglądałem żużel bardziej jako kibic, teraz muszę przypatrywać się jemu z innej strony, jeżeli potem chcę podejmować słuszne decyzje. Kibice mnie oceniają za końcowy wynik i ja muszę wiedzieć, że wszystko co czynię, robię w oparciu o wiedzę, a nie wyczucie. Dlatego bardzo ważne są dla mnie rozmowy z fachowcami, potrafię wysłuchać wszystkich stron zanim podejmę ostateczną decyzję, ale czynię to opierając się właśnie o dokładne przemyślenia, a nie działaniu ad hoc.

- Słyszałem też, że utrzymuje pan stały kontakt z kibicami.

- Staram się być aktywny w mediach społecznościowych, czytam opinie kibiców, ale bywają też sytuacje zaskakujące. Przed meczem finałowym jeden z kibiców zadał mi pytanie, na które konkretnie miejsce ma kupić bilet, żeby mieć najlepszą widoczność. To jeszcze nic, bo są dni, szczególnie po meczach, kiedy nad samym ranem przychodzą zapytania od kibiców, którzy widocznie przedłużyli sobie after party i zadowoleni pytają, co ja robię. I to nawet szóstej rano. Kiedy odpowiadam, że śpię, to oni dowcipnie odpisują, że nie, skoro reaguję na ich wiadomości.

- Na czym polega największa trudność w prowadzeniu rozmów z zawodnikami?

- Na zbudowaniu zaufania. Szybko zorientowałem się, że sprawy finansowe są bardzo ważne, ale zaufanie jeszcze ważniejsze. Pozwala także wyznaczyć wspólny cel, do którego obie strony chcą potem dążyć. Pamiętam rozmowy z menedżerką Andersa Thomsena i choć Duńczyk był kuszony atrakcyjniejszymi ofertami, to jednak ważniejsze dla niego okazało się, że zaprezentowaliśmy plan strategiczny działania na dłuższy czas i wyznaczyliśmy sobie cel w postaci zbudowania koalicji polsko-duńskiej w Stali z perspektywą wspólnej pracy na kilka kolejnych lat. Przykładem było ponowne ściągnięcie Nielsa Kristiana Iversena oraz zakontraktowanie Markusa Birkemose.

- Poznał pan środowisko, w którym funkcjonuje gorzowski żużel. Jak je pan ocenia?

- Na pewno Gorzów stoi żużlem i co do tego nie mam wątpliwości. Dla wielu mieszkańców sport ten jest pewnym elementem życia i to jest w sumie fajne, że utożsamiają się oni z miastem poprzez klub. Często dostaję od kibiców zdjęcia z przystrojonymi barwami klubowymi mieszkaniami, kiedy są ważne mecze, a nawet niektórzy robią sobie tatuaże z wizerunkiem choćby Bartka Zmarzlika. Dla klubu jest to ogromne wsparcie, choć nie kryję, że latem byłem trochę rozczarowany słabą sprzedażą biletów na niektóre spotkania ligowe. Szybko jednak wyjaśniono mi, że po pierwsze w poprzednich latach zostało nadszarpnięte ich zaufanie, a po drugie Gorzów jest miastem generalnie o skromnych dochodach i nawarstwienie się imprez miało wpływ na słabszą sprzedaż wejściówek. Pandemia też miała wpływ, ale to już dotyczyło całego praktycznie kraju.

- Dlatego zarząd podjął decyzję, żeby na finałowy mecz ustalić niższe ceny niż to miało miejsce choćby przed dwoma laty, kiedy Stal jechał a w finale również z Unią Leszno?

- Tak, zresztą kibice zwrócili na to uwagę.

- Pana zdaniem w Gorzowie i regionie jest odpowiedni potencjał gospodarczy, który można wykorzystać do współpracy z klubem na zasadach biznesowych?

- Są firmy, które od wielu lat są związane z gorzowskim żużlem, zarówno w trudnych chwilach, jak i w tych najlepszych. Czasami dochodzi do rozwodu, parę firm w ostatnim czasie odeszło, ale po zmianie władz klubu niektóre powróciły, inne zadeklarowały taki powrót. Natomiast problemem jest to, że Gorzów nie jest aglomeracją, w której mieszka 300-500 tysięcy ludzi. Dokonując pewnych porównań statystycznych wyszło nam jednak, że Gorzów jest miejscem o sporym zaangażowaniu firm w działalność finansową klubu. Nie mamy co prawda dużych sponsorów, dlatego musimy poszerzać naszą paletę poprzez wychodzenie poza nasz region. To nie jest proste, ale działamy. Dużo nam pomagają w tym sukcesy, szczególnie Bartka Zmarzlika w mistrzostwach świata.

- Czy po obronie przez niego mistrzostwa świata pojawiły się już sygnały od firm, które chcą podjąć rozmowy sponsorskie?

- Z dnia na dzień nic się nie dzieje, nad wszystkim trzeba pracować miesiącami, czasami nawet dłużej. Kiedy jeszcze przed wybuchem pandemii zaproponowałem współpracę niektórym poznańskim firmom, jakby nie do końca widziały one sens wchodzenia w żużel, a tym bardziej promowania się w Gorzowie, skoro poznański rynek jest bogatszy. Po zdobyciu przez Zmarzlika mistrzostwa świata same do mnie zadzwoniły, że chcą przyjechać. Inny przykład. Próbowałem zachęcić kolegów z Warszawy, żeby zainteresowali się współpracą z nami i niedawno jeden z nich napisał esemesa z pytaniem, czy to u Ciebie jeździ ten Zmarzlik?

- Żużel to dla wielu trampolina do rozwinięcia działalności politycznej. Czuje pan naciski osób, które chcą zyskać poprzez ten sport?

- W każdym mieście są rożnego rodzaju układy i układziki, i Gorzów nie jest zapewne wolny od tego, ale ja staram się nie zwracać na to uwagi, zwłaszcza że nie odczuwam żadnych prób nacisków. Żużel w Gorzowie raczej łączy, wszyscy będący wokół niego w pierwszej kolejności są kibicami. Moim pewnym atutem jest to, że jestem spoza Gorzowa, do każdego podchodzę w sposób indywidualny i zarazem otwarty. W trakcie budowania znajomości sam wyrabiam sobie zdanie o danej osobie i albo ta znajomość mi odpowiada albo nie. Natomiast muszę tutaj bardzo pozytywnie wypowiedzieć się o prezydencie miasta Jacku Wójcickim, z którym współpraca układa mi się bardzo dobrze. I nie chodzi jedynie o rozmowy na temat współfinansowania działalności klubu, ale wpływu naszej działalności na promocję i życie społeczne miasta.  Duże wsparcie mam też od radnych, za co im często dziękuję.

- Zachęcał Pan prezesów innych klubów do spotkania na wzór okrągłego stołu. Czy propozycja ta padła na podatny grunt?

- Jeżeli chcemy zmienić żużel w naszym kraju, to musimy o tym rozmawiać w gronie działaczy i władz ligi czy związku. Oczywiście największą trudnością jest to, że każdy ma własny interes i własną wizję tych zmian. Wszyscy jednak widzą pewne niedoskonałości, głównie regulaminowe i przynajmniej skupmy się na ich poprawie. Bieżący sezon pokazał, że na pewne zdarzenia nie potrafimy prawidłowo reagować. Nie chcę już tutaj powracać do najbardziej kontrowersyjnych zdarzeń, ale wiele działać potem negatywnie odbija się na kibicach, którzy przyjeżdżają na mecze i stoją pod bramami lub są wpuszczani na stadion, żeby obejrzeć wyścig traktorów. Nie wolno ich lekceważyć, zachęcać ich do przejechania kilkuset kilometrów, żeby potem powiedzieć, że meczu nie ma, choć nad stadionem świeci słońce.

- Co roku w polskim żużlu mamy mnóstwo zmian. Ewolucja jest wskazana, ale rewolucja niekoniecznie. Czy nie brakuje stabilności przy podejmowaniu decyzji i działaniu?

- Zaobserwowałem, że w polskim żużlu działamy na zasadzie strażaka, jak gdzieś pojawi się pożar, to natychmiast przewracamy przepisy. Brakuje nam szerszej wizji, takiej kilkuletniej, a przede wszystkim konsekwencji w działaniu. Uważam, że większość pomysłów trzeba wprowadzać z pewnym wyprzedzeniem, a nie z dnia na dzień, stawiając kluby pod ścianą. Jako prezesi nie potrafimy się dogadać, ustalić zegara czasowego, żebyś nie być potem zaskakiwanym.

- Dziękuję za rozmowę.