W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Andrzeja, Maury, Ondraszka, 30 listopada 2020

Ich motywuje to, że pacjenci ich potrzebują

2020-11-04

Z Robertem Surowcem, wiceprezesem Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_28980.jpg Fot. Archiwum prywatne Roberta Surowca

- Panie prezesie, jak wy teraz motywuje swoich ludzi, żeby im się chciało w tej trudnej sytuacji pracować?

- Na szczęście mamy bardzo dobrą ekipę. Absolutna większość naszego personelu to są ludzie, którzy wiedzą, po co kończyli te szkoły oraz po co tu pracują. Ich nie trzeba bardzo motywować. Ich motywuje to, że pacjenci ich potrzebują.

- Pojawiła się w mieście taka plotka, że Biała Służba ma dość.

- Ludzie są zmęczeni. Potwornie zmęczeni. Tak po ludzku, fizycznie, ale i psychicznie. Mają naprawdę dość i trudno im się dziwić. Bo to jest naprawdę ciężka praca. Ale każdego dnia widzę determinację. I mimo iż w oczach widać zmęczenie, to jednak widzę też determinację oraz słyszę zapewnienia, że do końca ludzie będą pracowali. Do ostatniej siły, którą mają.

- No tak, ale siły też się kiedyś kończą…

- Mam nadzieję, że prędzej się COVID skończy niż siła naszego personelu. Zwyczajnie w to głęboko wierzę. Szczególnie, że kłopot polega też na tym, że mamy około 150 ludzi wyłączonych. Nasi pracownicy są chorzy, a to oznacza, że ci, którzy zostali, muszą jeszcze ciężej pracować.

- Macie opcję taką, żeby sięgnąć po innych ludzi – lekarzy z Ukrainy, lekarzy z Niemiec, jakkolwiek?

- Prowadzimy bardzo dużo rozmów. Ostatnio rozmawialiśmy z anestezjologiem, który pracuje w Niemczech. Zastanawia się, czy do nas nie przyjść. My płacimy na takim poziomie, że anestezjolog w Niemczech już tyle nie zarobi. Tak więc dziś to nie jest kwestia pieniędzy, to kwestia ludzi, personelu, którego nie ma. Rozmawiamy też z lekarzami z Białorusi, ale to nie jest prosty proces. To musi potrwać, a my potrzebujemy każdego dnia specjalistów.

- Ale kogo tak naprawdę potrzebujecie? Lekarzy, specjalistów, pielęgniarek, ratowników medycznych czy jeszcze innego personelu?

- Wymieniła pani niemal wszystkie specjalności plus do tego dołożę opiekunów medycznych. Bardzo wiele naszych pacjentów wymaga właśnie takiej opieki, jaką świadczą opiekunowie. A nie robią tego pielęgniarki.

- Czyli jakiej opieki?

- To jest opieka pielęgnacyjna. Pacjentów trzeba przebrać, bo bardzo wielu jest w pampersach, poza tym trzeba ich nakarmić, prześcielić  łóżka i wykonać podobne czynności.

- Trudną sytuację stworzył COVID. A proszę powiedzieć, jak wygląda sytuacja innych pacjentów, z innymi chorobami?

- Wygląda dramatycznie źle. Zarówno tych z COVID, jak i tych bez. Dlatego, że szpital jest – kolokwialnie mówiąc – zapchany pacjentami. Na SOR jest cały czas komplet pacjentów. Wiele szpitali w okolicy jest wyłączonych i tam są przyjmowani tylko pacjenci z COVID. Pacjenci, którzy nie są zarażeni wirusem, mają równie ciężko, jak ci z wirusem.

- Czyżby to oznaczało, że teraz i do końca pandemii szpital gorzowski będzie się koncentrował tylko na pacjentach z COVID?

- Nie, my dostaliśmy od wojewody lubuskiego polecenie stworzenia przy Dekerta 219 miejsc specjalistycznych do leczenia z COVID. Ale się odwołaliśmy od tej decyzji i długo dyskutowaliśmy o tym. Na szczęście wojewoda zmodyfikował swoją decyzję. Nam zwyczajnie zależy na tym bardzo mocno, aby zajmować się wszystkimi pacjentami. Bez względu na to, czy są zarażeni wirusem, czy też mają wynik ujemny. Obecnie w szpitalu mamy pacjentów i takich, i takich. Ale to jest naprawdę potwornie trudne.

- Jak pan sądzi? Ile to jeszcze potrwa?

- Ja nie czuje się na tyle, aby stawiać odpowiedzi. Nie jestem specjalistą, ani lekarzem, ani epidemiologiem. Mogę mówić tylko o tym, co widzę. Mogę przewidywać, że to jeszcze niestety nie jest szczyt. I obawiam się, że przed nami jeszcze będą trudniejsze momenty.

- No i jeśli nadejdzie ten trudniejszy moment, czego absolutnie nie życzymy nikomu, to będziecie w stanie jeszcze rozszerzyć pomoc dla ludzi chorych?

- Powiem tak, robimy wszystko, co w naszej mocy. I mimo tego, że jest bardzo trudno, załoga jednak staje na wysokości zadania, to jednak wszystko wskazuje, że będziemy musieli w przyszłości przygotować jeszcze więcej łóżek dla pacjentów COVID. Przewidujemy już pewne ruchy i pewne wymagania, które będzie przed nami stawiał wojewoda. Mamy już plan, ale na razie czekamy na decyzje.

- Panie prezesie, pan ma za sobą osobiste doświadczenie spotkania z zarazą, bo musiał pan przecież przejść kwarantannę. Jak to jest? Jak się czuje człowiek, który się dowiaduje, że musi pójść na kwarantannę?

- Myślę, że każdy przezywa taki moment inaczej. Ja to przeżyłem niedobrze. Nie byłem chory, natomiast po kilku miesiącach takiej potwornie intensywnej pracy od rana do nocy, uwięzienie mnie w domu na tydzień to była jedna z większych kar, jakie mnie ostatnio spotkały. Prosto mówiąc, nie przypominam sobie większej kary, która mnie w życiu kiedykolwiek spotkała.

- Co pan robił w tamtym czasie?

- Siedziałem przy komputerze i przy telefonie. I mimo, że byłem w domu, rodzina miała ze mnie niewiele pożytku. Może nawet mniej, niż w czasie, kiedy pracuję normalnie.

- Ale przecież pan jest czynnym człowiekiem. Biega pan maratony. Jak się czuje człowiek bardzo aktywny, który nagle musi ograniczyć te aktywność do komputera i telefonu?

- Powiem tak. Drugiego dnia kwarantanny poczułem jakiś taki ból w piersiach i się wystraszyłem. I dopiero po analizie tego, co robiłem poprzedniego dnia, przypomniałem sobie, że zacząłem intensywnie ćwiczyć pompki, których zwykle ćwiczę mało i to były po prostu zakwasy (śmiech). Czyli też jakoś fizycznie musiałem sobie z tą sytuacją radzić. Chociaż nie było to najprzyjemniejsze przeżycie.

- Gdyby miał pan komuś doradzić, jak przejść przez kwarantannę, przez moment odosobnienia, to co robić?

- Myślę, że najważniejszy jest kontakt ze światem zewnętrznym. Najważniejsze jest to, żeby się nie zamykać, ale być w kontakcie, choćby wirtualnym. Ja miałem to szczęście, że po raz kolejny się przekonałem, jak wielu mam przyjaciół. Gdybym od każdego chciał przyjąć te zakupy, które chcieli mi zrobić, to byłoby mi ciężko po tym tygodniu wyjść z domu, tak bym dużo ważył (śmiech). W takim momencie można doceni swoich przyjaciół i znajomych. To właśnie oni takimi prozaicznymi rzeczami, jak zakupy czy wynoszenie śmieci, ale rozmową pomagają funkcjonować w takim czasie.

- Myśli pan, że to jest taka ogólna recepta – nie dać się, nie załamać, pomagać, rozmawiać, być ciągle w kontakcie?

- Myślę, że tak, bo to życie człowieka uczy, że kiedy człowiek się nie koncentruje na tylko na sobie, na swoich problemach, bo przecież każdego coś strzyka, boli, każdy ma jakieś swoje problemy, to wtedy jakoś lepiej trudne sytuacje przechodzi. Kiedy człowiek zaczyna się koncentrować na innych, to też samemu jest łatwiej przejść ten trudny czas.

- Panie prezesie, czego wam, służbie medycznej i pracownikom służby zdrowia w tym ciężkim czasie życzyć?

- Żebyśmy jak najszybciej wrócili do takiej normalności, jaką znamy, żeby COVID był tylko wspomnieniem, smutnym, bo smutnym, ale jednak wspomnieniem. Mam nadzieję, że jednak to wszystko szybko się skończy i kiedyś, mam takie wrażenie, będziemy naszym wnukom opowiadać o naszej małej wojnie, czyli tak, jak nasi dziadkowie nam opowiadali o tej wielkiej. Oczywiście o zwycięskiej wojnie, bo inaczej sobie tego nie wyobrażam.

- No to tego państwu życzę i dziękuję za rozmowę.