W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Adeli, Felicyty, Klemensa , 23 listopada 2020

A to wszystko po prostu z miłości do jazzu

2020-11-18

Z Bogusławem Dziekańskim, dyrektorem Jazz Clubu Pod Filarami, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_29067.jpg

- Wyobrażałeś sobie, że 40-lecie jazzowych Filarów będzie wyglądało właśnie tak? Zamknięty klub. Zaraza na ulicach?

- Wiesz, ja sobie po pierwsze nie wyobrażałem, że tyle lat będę w Filarach. A że tak to będzie wyglądało, to zwyczajnie nikt by sobie nie wyobrażał. Przecież to jakaś czarna dziura jest. I my w niej jesteśmy, ale nie ze względu na 40-lecie, tylko ze względu na to, co się wokół nas dzieje. I tak naprawdę to my nic nie wiemy co do przyszłości.

- Ale wróćmy na chwilę do przeszłości. Jak ty się w Filarach znalazłeś?

- Przede wszystkim z wielkiej miłości do muzyki jazzowej. To się stało na przełomie mojej szkoły zasadniczej i technikum. Punktem zwrotnym była obietnica. Mama obiecała, że jak zdam do technikum elektrycznego, to kupi mi magnetofon szpulowy. No i dostałem taki ZTK 120, szczyt marzeń w tamtych czasach. No i sobie nagrywałem audycje jazzowe, płyty. Biegałem po mieście, szukałem pisma Jazz Forum, a dostanie go wówczas było trudną sprawą. Bywałem w Empiku, żeby płyty po znajomości, spod lady załatwić. Takie to były czasy. Dziś to wszystko mamy w sieci. A wówczas trzeba było to jakoś załatwić. I wiesz, to się wzięło też z takiej kultury trzepakowej.

- To znaczy?

- Ano z tego, że latach 70. ubiegłego wieku, na takich osiedlach jak Gwiaździsta, na którym ja się wychowywałem, przy trzepakach dywanowych kwitło życie. No i kiedy ja tam kolegom opowiadałem o jazzie, to oni się ze mnie mocno śmiali. I im oni mocniej się naśmiewali, tym mocniej ja w to brnąłem.

- Ale od razu jazz?

- Tak po prawdzie na początku byłem mocno zafascynowany rockiem, a dokładnie muzyka Jimmy Hendricksa, który tak naprawdę był prekursorem muzyki jazzrockowej. Potem były jeszcze Trzy kwadranse jazzu w radiu, taka moja prywatna Mała Akademia Jazzu. No i nadszedł rok 1977, kiedy to przy Gorzowskim Towarzystwie Muzycznym, które zakładał w Gorzowie pan Władysław Ciesielski, powstał klub muzyczny. Ale to był klub bez klubu. Mieliśmy spotkania albo na ławkach, albo w dawnym Klubie Spółdzielni Mieszkaniowej Profil, gdzie organizowaliśmy pierwsze koncerty. I co ciekawe, na jednym z pierwszych koncertów pojawił się Janusz Muniak. Potem znów coś się porwało i znów spotkania odbywały się na ławkach lub w prywatnych mieszkaniach. Aż przyszedł rok 1979…

- Co się wówczas stało?

- Od września tamtego roku znaleźliśmy siedzibę w Domu Kultury Kolejarz. I wówczas już koncerty odbywały się regularnie, raz w miesiącu. I ja zacząłem te koncerty bardzo mocno moderować. Pracowałem w kotłowni miejskiej i stamtąd w fartuchu roboczym wydzwaniałem do Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego i stamtąd załatwiałem pierwsze koncerty jazzowe. Wszystko nadal było pilotowane przez Towarzystwo Muzyczne. W tym samym roku w czerwcu odbyło się walne zebranie Towarzystwa, na którym podjęto decyzję o pozyskaniu dla gorzowskiego jazzu nieczynnego wówczas klubu Pod Filarami. Jak to mam ładnie zapisane w mojej pracy magisterskiej – doszło do spotkania władz społeczno-politycznych ówczesnego miasta Gorzowa i podjęto wówczas taką decyzję, aby doprowadzić do remontu. Co też się stało i w październiku 1980 roku przekazano klub gorzowskiemu środowisku jazzowemu. Pilotował te prace Zbigniew Siwek, i tak suma sumarum 29 października 1980 roku Filary zostały otwarte. Zbyszek jeszcze kilka miesięcy był szefem. Zrezygnował wiosna 1981 roku. Ja wówczas zmieniłem swój zawód. Spotkałem się z ówczesnym dyrektorem Wojewódzkiego Domu Kultury i on mnie zapytał – a czy wie pan, co robi?

- Co mu odpowiedziałeś?

- No oczywiście, że wiem. I tak się zaczęła moja przygoda z Filarami. Tak zostałem sternikiem tego wszystkiego wiosną 1980 roku. Przyszły działania z budowaniem tożsamości klubu, budowaniem publiczności, wychowywaniem publiczności do słuchania jazzu. Potem doszła pierwsza wielka impreza, czyli Pomorska Jesień Jazzowa w 1986 roku, a jeszcze później to, co jest chyba najważniejsze i jest znakiem kulturowym tego miasta – Mała Akademia Jazzu. To wszystko funkcjonowało jeszcze w strukturach Wojewódzkiego Domu Kultury, Gorzowskiego Towarzystwa Muzycznego i organizacji młodzieżowej – Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, w której budynku Filary istniały (i istnieją w tym samym budynku do dziś). Warto tu dodać, że to właśnie ta organizacja w 1964 roku powołała do życia Klub Pod Filarami, jako wyraz fascynacji ówczesnej młodzieży rodzącym się big beatem.

- I do kiedy trwa ta sytuacja?

- Do lutego 1992 roku, kiedy to ówczesny naczelnik miejskiego wydziału kultury Janusz Słowik oraz inspektor wojewódzkiego wydziału kultury Leszek Bończuk doprowadzili do podjęcia decyzji o usamodzielnieniu Filarów. I została powołana instytucja kultury o nazwie Jazz Club Pod Filarami. Był to też okres zamętu wokół klubu. Ówczesny dyrektor WDK nie mógł znieść mojej niezależności. Z kolei organizacja młodzieżowa ciągnęła kołdrę w drugą stronę, dyskoteki tam chcieli robić. Trzeba było to uporządkować, bo w innym przypadku klubu by nie było.

- I co potem?

- Po usamodzielnieniu już te wody sobie płynęły. Działała Akademia, normalna działalność koncertowa, zaczęły się pojawiać pierwsze nazwiska amerykańskie….

- Dzisiaj się to tak łatwo mówi. Pierwsze nazwiska amerykańskie. Wówczas, początek lat 90., to wcale nie było łatwe. Jak się udało tobie ściągać zagraniczne gwiazdy do Gorzowa, w końcu niezbyt dużego miasta?

- Fakt, to nie było łatwe, ale mieliśmy od samego początku świetnego przyjaciela, Andrzeja Kubę Florka, niestety od lat już nieżyjącego, który był bardzo mocno zaangażowany w działalność menadżerską. Organizował między innymi festiwal Solo, Duo, Trio w Krakowie i poprzez ten festiwal i naszą znajomość mogliśmy mieć w Gorzowie tych samych muzyków, którzy pokazywali się w Krakowie.

- A potem klub sobie działał z różnymi kłodami rzucanymi mu pod nogi przez różnych ludzi. Aż w końcu przyszedł wielki projekt, który moim zdaniem jest najjaśniejszą gwiazdą na jazzowym firmamencie, czyli Gorzów Jazz Celebration. Jak do tego doszło?

- Moim marzeniem było, żeby dać okazję mieszkańcom Gorzowa do słuchania wielkich gwiazd jazzu właśnie tu, bez konieczności wyjeżdżania gdzieś tam. Pierwszy mój zamysł był taki, żeby sprowadzić do Gorzowa Joe Zawinula. To się świetnie składało – 75-lecie Joe na 750-lecie miasta. Nie wyszło, szkoda. Kilka miesięcy później ten projekt odbył się w Krakowie. Potem jakoś tak w lutym 2005 roku się obudziłem i pomyślałam, że może wobec tego trzeba zaprosić Richarda Bonę.

- No i odbył się niezapomniany koncert w Teatrze Osterwy, kiedy wszyscy trzy godziny czekaliśmy na gwiazdę, która sobie jechała autobusem…

- I zobacz. Ludzie czekali, nikt nie oddał biletu, nikt nie narzekał. To było coś niezwykłego. A kiedy koncert się w końcu zaczął, okazało się, że to był jeden z najlepszych w karierze Bony, bo on lubi gadać na scenie, a tu się skupił na muzyce. To był nieprawdopodobny początek czegoś niezwykłego.

- Ale wokół klubu wydarzały się ciekawe rzeczy. Mam na myśli choćby to, że przyjeżdżali ludzie, o których nigdy nie myślałeś, że się zdarzą.

- Mówisz o koncercie Billy Cobhama – perkusisty Milesa Davisa. Fakt, pojawił się w takim projekcie Luluk Purvanto – indonezyjskiej skrzypaczki i jej męża Rene van Helsdingena. Oni polubili Filary i kilka razy wracali. No i podczas tamtego koncertu, a była to późna jesień, mieli w składzie jakiegoś włoskiego perkusistę. No i nagle widzę, że jakiś wysoki Afroamerykanin w czapce z daszkiem tacha te bębny. Rene do mnie mówi, że to właśnie Billy, to mnie na moment zamurowało. To było niezwykłe wydarzenie. Legenda jazzu zawitała do Gorzowa. Na tym koncercie była też Krystyna Prońko i ona się upewniała, czy dobrze widzi i za bębnami siedzi sam Cobham.

- Bogdan, zakładamy, że ta czarna dziura się kiedyś skończy, że prędzej lub później jednak z niej wyjdziemy. Znów będą koncerty z posiadami do białego rana. Co byś jeszcze chciał?

- Przede wszystkim odbudować potencjał Małej Akademii Jazzu. Bo przecież wszystko zostało zatrzymane. Dziś już widać, że wszelkie manipulacje edukacyjne, bo tak to trzeba nazwać, manipulacje przez sieć są słabe. W naturę człowieka jest wpisana potrzeba kontaktu bezpośredniego. I to przez lata się w Akademii świetnie sprawdzało. Tym bardziej zatem trzeba będzie pracować, aby do tych relacji wrócić, przywrócić je i wzmocnić. Fajnie by było, żeby nasz Big Band się wzmacniał. To też jest ciekawa historia. Bo to jest moje oczko w głowie na dziś.

- Dlaczego akurat to?

- Wiesz, wiele fantastycznych rzeczy się wydarzyło. Wielkie nazwiska zagrały u nas. To jakoś tak naturalnie wyszło. Ale jeśli się spotyka grupa ludzi, która w swojej biografii ma Małą Akademię Jazzu, a wiem to od nich, i oni chcą razem grać, co więcej, wracają na te występy do rodzinnego miasta z innych, w których mieszkają, to jest coś niebywałego. To jest coś najpiękniejszego w kulturze, tworzyć coś nowego na bazie swoich wychowanków. Zamyka się pewne koło. Można powiedzieć, że konsekwencja, upór i świadomość dążenia do założonego celu jednak ma sens. To także kwestia choćby tego, że udało się wychować całkiem sporo muzyków, którzy tworzą polską scenę jazzową. To ma sens.

- Dziękuję bardzo.