W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Antoniego, Henryki, Mariana , 17 stycznia 2021

W każdym z nas jest chęć poznawania

2020-12-30

Z Wojciechem Wyszogrodzkim, italianistą, tłumaczem przysięgłym i pilotem wycieczek, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_29378.jpg Fot. Archiwum Wojciecha Wyszogrodzkiego

- Jakim rokiem dla ciebie był 2020?

- Na pewno był ciekawy. Nawet sporo podróżowałem, bo zacząłem od sylwestra w Wenecji, Weronie i Padwie. Później był wyjazd do Włoch śladami włoskiej motoryzacji. Pojechaliśmy do fabryki ferrari, dokładnie do muzeum ferrari w Modenie i Maranello. Byliśmy również w Pizie, gdzie w okolicy jest muzeum skutera Vespa. Czyli jeszcze w lutym byłem we Włoszech. A potem była przerwa i potrwała ona do połowy lipca, kiedy to udało mi się poprowadzić sześć wycieczek sycylijsko-maltańskich. I tak oto w październiku sezon się skończył. Oczywiście, to był zupełnie inny sezon turystyczny, niż typowe do tej pory. W przypadku Włoch zwykle jest tak, że startujemy w weekend majowy i wracamy do Polski na początku października. W tym roku tych wycieczek było zdecydowanie mniej, ale miałem szczęście, że udało mi się parę razy wyjechać.

- Jak to się stało, że zostałeś pilotem?

- Chciałem spożytkować wiedzę, którą wcześniej musiałem nabyć, a potem przekazywałem ją moim studentom na italianistyce w kilku uczelniach. No i chciałem zobaczyć te miejsca, o których opowiadałem na zajęciach, zwłaszcza kiedy miałem zajęcia z historii Włoch od czasów zjednoczenia do współczesności, w tym te dotyczące mafii sycylijskiej. I tak się akurat złożyło, że udało się i – mam nadzieję – nadal będzie jak najdłużej te miejsca oglądać. Od 2017 r. pracuję dla biura Rainbow i właśnie z turystami z tego biura te włoskie zakątki oglądam. Odkrywaniem Italii w większym gronie zajmowałem się jednak już wcześniej: gdy pracowałem jako wykładowca w różnych miastach, starałem się zorganizować jakiś wyjazd ze studentami, taki naukowy, najczęściej w ferie zimowe, właśnie po to, aby zobaczyć te miejsca, o których się uczyliśmy. Były zatem podróże szlakiem włoskich produktów, zjednoczenia, neapolitańskich Burbonów czy toskańskich artystów. Nieco inaczej zaczęła się moja przygoda z Sycylią. W sumie nigdy nie spodziewałem się, że tam trafię, a jednak stało się to w 2018 r. Razem z byłymi już studentami gorzowskiej PWSZ zastanawialiśmy się, gdzie wybrać się, by uczcić piątą rocznicę ich wyjazdu na Erasmusa w Salerno. W ankiecie wygrała Sycylia. Aby jak najlepiej poznać Katanię i Palermo, skorzystaliśmy z pomocy profesjonalnych lokalnych przewodników. Trzeba przyznać, że nawet zimą Sycylia może być urokliwa. Dwa miesiące po powrocie do Polski okazało się, że Rainbow chce wysłać mnie właśnie na tę wyspę. I tak to się zaczęło. Pamiętam jak dziś: lądowanie w Palermo, pierwsza wycieczka połączona z Maltą i… zmiana programu z powodu złych warunków atmosferycznych na morzu. Zamiast Malty mieliśmy zwiedzanie pięknej Ragusy, gdzie kręcono m.in. filmy o komisarzu Montalbano, oraz miejscowości Modica, gdzie produkowana jest słynna, sycylijska czekolada. A poza tym, najbardziej charakterystyczne zabytki wyspiarskiego baroku. Na Maltę popłynąłem tydzień później, już z kolejną grupą.

- To jednak trochę nietypowa sytuacja, że ty, wykładowca akademicki, nagle zmieniasz pracę. Zostawiasz karierę uczelnianą i zaczynasz pracować jako pilot.

- Moim zdaniem jest to całkiem normalne. Sporo jest wykładowców, nauczycieli, którzy pracują jako piloci. Zadania są podobne: przekazuje się wiedzę, organizuje czas, pilnuje planu, zaszczepia chęć głębszego poznania. Różnica jest taka, że w szkole z tą samą grupą spędza się semestr lub więcej, a na wycieczce to kilka dni, czasem tydzień czy dwa. W trakcie wycieczek dotyka się miejsc, o których w szkole się mówi czy słyszy. Sądzę, że każdy powinien czegoś takiego spróbować. Najpierw zdobywa się teoretyczne podłoże w szkole, a potem praktykuje się w terenie. Przecież inaczej opowiada się o różnych wojnach czy zabytkach, pokazując slajdy, a inaczej chodzi się tymi ulicami. Na Sycylii można pokazać miejsca, gdzie przebywały Scylla i Charybda, gdzie nadal mami fatamorgana, przejeżdża się obok dawnej Himery, gdzie w starożytności w 480 r. p.n.e. stoczono wielką bitwę, podziwia się źródło Aretuzy w Syrakuzach, które było natchnieniem Karola Szymanowskiego, sprawdza się, czy w teatrach greckich – w Taorminie i Syrakuzach – akustyka rzeczywiście była tak dobra. To zatem naturalne uzupełnienie pracy nauczyciela – podróżowanie i pokazywanie. Na wycieczkach, oczywiście, w większości są osoby dorosłe, co stawia przed pilotem inne wymagania, ale to też są ludzie ciekawi świata, którzy chcą posmakować nowej kultury, poznać inne zwyczaje.

- Pracujesz dla jednego z największych biur turystycznych w Polsce. Czy na twoich wycieczkach pojawiają się gorzowianie?

- Tak. Niekiedy nawet sami ujawniają się, gdy opowiadam o animozjach między miastami we Włoszech. Np. w Toskanii konkurowały one na wysokość wieży. Na Sycylii odwiecznymi rywalami są Palermo i Katania. To pierwsze jest stolicą regionu, a drugie najważniejszą aglomeracją na wschodnim wybrzeżu. Krąży historia mówiąca o tym, że po wielkim trzęsieniu ziemi z końca XVII w. pochodzący z Palermo architekt Giovanni Battista Vaccarini nie włożył zbyt wiele serca przy odbudowie Katanii, stąd miasto jest nieco ponure. Co, oczywiście, nie jest prawdą, bo Katania ma swój urok. Byłem z kolei świadkiem żartów z różnic językowych, jakie istnieją między oboma miastami: grupa młodzieży z Palermo spacerując po Katanii, poprawiała pisownię nazwy tradycyjnej kulki ryżowej, sycylijskiego przysmaku, który na zachodnim wybrzeżu określa się jako arancina, a na wschodnim – arancino. Porównuję chemię między tymi miastami do relacji w polskich województwach z dwiema stolicami. W sumie nie wiem, po czym turyści wyczuwają, że jestem z Gorzowa. Może gdy zaznaczam, że stolica to katedra, rzeka i tramwaje? (śmiech)

- Obserwujesz rynek turystyczny. Widzisz, że gorzowianie się ruszają po świecie. Twoim zdaniem – z czego to wynika?

- W każdym z nas jest jakaś chęć poznawania nowych kultur, nowych ludzi. Nie spotykam turystów, którzy wożą ze sobą schabowe, które gdzieś tam podgrzewają potem nad zapalniczką. Skoro wybrali się w podróż do innego kraju, to chcą sprawdzić, jak smakuje prawdziwy włoski makaron, jak zrobiona jest tradycyjna pizza. Ludzie są żądni tej wiedzy, doświadczeń kulinarnych. Chcą zrobić własne zdjęcia, a nie tylko oglądać te znalezione w Internecie. To taka zwykła ciekawość świata. I ciekawość drugiego człowieka. Jaki byłby sens podróżowania, gdybyśmy uznali, że wystarczy nam fakt, że wszystko można obejrzeć w internecie czy zamówić w polskiej restauracji. Zwiedzając, uzupełniamy swoją wiedzę, konfrontujemy ją z realiami. Bywają na wycieczkach rodziny z dziećmi. I rodzice starają się pokazać potomstwu te miejsca, o których mówi się w szkole. Mamy do czynienia z grupami świadomymi, które jadą po to, aby zwiedzać, poznawać. Można powiedzieć, że wyjeżdżają, aby móc porównać, przywieźć ze sobą nie tylko pamiątki, ale i doświadczenia.

- Nie miałeś doświadczeń ze stereotypowymi, strasznymi turystami z Polski, którzy wszystko i tak wiedzą lepiej oraz wszędzie już byli?

- Wiesz, każdy ma jakieś wyobrażenie wycieczki, na którą wyjeżdża. Każdy by chciał po swojemu ją urządzić. Wstawać o tej a nie innej godzinie. Jeść to a nie coś innego, oglądać takie a nie inne widoki. Każdy ma jakieś wyobrażenie, że powtórzę, a potem musi je skonfrontować z rzeczywistością. Przez pierwszy dzień trzeba się zaaklimatyzować. Tak, jak człowiek dostosowuje się do temperatury na Sycylii, tak samo musi dostosować się do wycieczki. Potem już wszystko jest w porządku. Trudno zresztą dziwić się, kiedy człowiek jest w obcym dla siebie otoczeniu, nie zawsze zna język, chciałby czuć się bezpiecznie, a to nie jest osiedle, nie jest to grono rodzinne, oczekuje zatem, aby pilot stworzył dobrą atmosferę. Każdemu z nas zdarza się trochę pomarudzić, ponarzekać, ale w przytłaczającej większości przypadków są to jednak turyści, którzy cieszą się z tego, że wyjeżdżają, że mogą pozwiedzać. Nawet jeśli coś nie gra, wówczas potrafią sobie to jakoś zracjonalizować.

- Do legendy przeszły opowieści o tym kiedy jeszcze w czasach kariery uczelnianej jechałeś do Włoch ze swoimi studentami, to o godzinie 7.00 w samolocie potrafiłeś im zrobić kartkówkę. Przeniosłeś egzaminowanie na turystów z Rainbow? Odpytujesz ich z tego, co zapamiętali?

- Kartkówki w samolocie to przecież rzecz normalna. Wyjazd naukowy to nie wczasy. Dla przyjemności tam nie lecimy. (śmiech) Zajęcia o 5.45 w pociągu między Rzymem a Neapolem też prowadziłem. Tak się złożyło, że Ryanair przeniósł nam termin wylotu do Polski i zahaczaliśmy już o kolejny semestr. Z I Liceum Ogólnokształcącego w Gorzowie wyniosłem taką zasadę, że zajęcia rzecz święta i aby studenci nie stracili niektórych kursów, trzeba było im je zaoferować. A że akurat jechaliśmy z Rzymu do Neapolu – to była wycieczka śladami zjednoczenia Włoch – no to je zrobiliśmy. Jeśli chodzi o turystów z biura – no, czasami się zdarza. Nie jest to jednak kartkówka na ocenę, tylko kilka pytań na podsumowanie dnia, gdzie można zdobyć jakąś nagrodę. Może to być coś słodkiego lub mały, bardzo drobny gadżet związany z regionem za to, że ktoś słuchał, był czujny. W przypadku złego wyniku na kartkówce-lotówce należało postawić innym wino lub znaleźć podziurawione spodnie Garibaldiego w muzeum w Rzymie.

- Zdarza się, że jeździsz jako prywatny pilot-przewodnik?

- Czasem znajomi chcą gdzieś wspólnie się wybrać, wtedy w niewielkim gronie organizujemy włoskie wypady. Są to miejsca, gdzie i ja chciałbym pojechać, ale samemu nie zawsze się chce. Tak bywa choćby z weneckim biennale, gdzie w gronie koneserów sztuki i kulinariów odkrywamy nie tylko najnowsze tendencje w sztuce, ale i kolejne dzielnice tego miasta na lagunie. Zdarzają się i rodzinne wyjazdy do Rzymu, Neapolu i naszego partnerskiego miasta Cava de’ Tirreni. Warto czasem zejść z ogólnie znanego szlaku turystycznego i zobaczyć miejsca, gdzie nie ma tłumów – one też mają swój urok.

- Jak patrzysz na ten nowy turystyczny rok?

- Bardzo pozytywnie. Szefowie największych biur podróży na wspólnej konferencji, która odbyła się jakiś niedługi czas temu, myślą podobnie. Padły argumenty o szczepionce, ale też i o tym, że wiosną będzie można już spokojnie podróżować. Ludzie są tego spragnieni. Zresztą muszę powiedzieć, że latem w moich grupach było sporo osób, choć trzeba było mieć maseczki, myć ręce co chwila, przed wejściem do każdego zwiedzanego miejsca – nawet na świeżym powietrzu – była mierzona temperatura. Włosi zresztą bardzo o te obostrzenia sanitarne dbali, bo żyją z turystyki, więc wiedzą, czym grozi zamknięcie kraju na turystykę. Warto myśleć pozytywnie. Tyle tylko, że wycieczki nie będą kupowane z wyprzedzeniem, tylko raczej w ostatniej chwili, kiedy będzie można już na 100 procent powiedzieć, że dana wycieczka na pewno dojdzie do skutku i znane będą zasady związane z ewentualnymi obostrzeniami. Myślę i mam nadzieję, że od kwietnia sezon faktycznie ruszy. I na nowo będziemy odkrywać uroki nie tylko Włoch, ale i innych krajów.

- I przy tym zostańmy. Bardzo ci tego życzę oraz bardzo dziękuję za rozmowę.