W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Rozmowa tygodnia »
Bogumiła, Eweliny, Mirosława , 26 lutego 2021

Teatr można robić wszędzie, nie tylko na etacie

2021-02-17

Z Iwoną Kusiak, dramaturgiem, byłą kierownik literacką Teatru Osterwy w Gorzowie, rozmawia Renata Ochwat

medium_news_header_29719.jpg Fot. Archiwum prywatne Iwony Kusiak Iwona Kusiak

- Świat ujrzało „Inne kaczątko”. Co to za opowieść?

- „Inne kaczątko” to bajka, którą napisaliśmy prawie 11 lat temu razem z Cezarym Żołyńskim na konkurs i dostaliśmy wyróżnienie. I ten tekst sobie dziesięć lat gdzieś tam krążył. Nie doczekał się wystawienia scenicznego w teatrze instytucjonalnym. Ale miałam sygnały, że dużo grup amatorskich mierzyło się z tym tekstem. W międzyczasie bajka została przetłumaczona na bułgarski i znalazła się w antologii zatytułowanej „Inne Kaczątko i inne bajki. Antologia sztuk dla dzieci i młodzieży”, która została wydana przez Instytut Polski w Sofii. Oprócz naszego tekstu znalazły się też bajki Marty Guśniowskiej, Macieja Wojtyszki i Maliny Prześlugi. Natomiast ja już miałam realizację swojego tekstu w 2018 roku w ramach Teatroteki Dla Dorosłych – cyklu spektakli teatralnych realizowanych przez Wytwórnię Filmów Fabularnych i Dokumentalnych – to był mój tekst „Bjuti”. I jakiś czas potem okazało się, że jest także Teatroteka dla dzieci. Jest Teatroteka Młodego Człowieka. I latem ubiegłego roku dowiedzieliśmy się z Czarkiem, że wytwórnia jest zainteresowana naszym Kaczątkiem.

- No i w Innym Kaczątku pojawia się plejada polskich aktorów, bo gra pani Agata Kulesza czy pan Marek Siudym.

- Tak, zwykle te spektakle Teatroteki mają znakomitą obsadę. Zresztą to jest taka bardzo ciekawa formuła. Jest to bowiem spektakl telewizyjny, jak Teatr Telewizji, ale nie jest to prezentowane w obiegu jak Teatr Telewizji. Są to trwające do godziny spektakle, które są prezentowane na różnego rodzaju festiwalach, przeglądach, są wydawane na płytach DVD. Trzeba dodać, że te realizacje są naprawdę imponujące.

- Kilka lat temu pracowałaś w Gorzowie i wydawało się, że jak już wróciłaś do swojej rodzinnej Zielonej Góry, to twoje związki z Gorzowem ulegną końcowi. Tymczasem jednak cały czas jesteś tu obecna.

- Ależ absolutnie się nie skończyły, bo cały czas działam w stowarzyszeniu razem z aktorką Karoliną Miłkowską-Prorok. W gorzowskim teatrze są wystawiane i grane moje spektakle, bajki dla dzieci jak „Gniewko i Lubinka” czy spektakl dla dorosłych „Nadbagaż”. Brak pracy etatowej w teatrze czy też wyjazd z miasta nie oznacza zerwania kontaktów z teatrem. Ja cały czas coś piszę, tworzę.

- Ale przecież mogłaś zrobić „Nadbagaż”, znakomicie przyjmowany monodram, z którąś z aktorek zielonogórskich. A jednak zrobiłaś to z Karoliną Miłkowską-Prorok.

- To był nasz wspólny projekt. Wymyśliłyśmy to razem. Generalnie to była idea Karoliny, mojej przyjaciółki, szalonej kobiety, która stawia sobie cele i je konsekwentnie realizuje. Przypomnę, że „Nadbagaż” powstał przed naszym wyjazdem do USA. Jechałyśmy tam zrobić projekt Ministerstwa Edukacji Narodowej „Teatralny powrót do korzeni” w listopadzie 2019 roku. A wiosną tegoż roku Karolina pomyślała, że może można byłoby pokazać coś dla dorosłych. A ponieważ była w USA rok wcześniej, to miała takie sygnały od Polonii, że bardzo by chcieli zobaczyć właśnie spektakl dla dorosłych. Chcieliby zobaczyć coś o sobie, o Polsce. No i bardzo nam zależało, aby to był przysłowiowy spektakl w walizce, czyli taki, aby wszystkie rekwizyty zmieściły się w walizce i do realizacji nie potrzeba tłumu ludzi. I jak sobie to wiosną wymyśliłyśmy, spotkałyśmy się dokładnie dwa razy, aby się dogadać, o czym ma być tekst, tak w lipcu był on już gotowy. W sierpniu Karolina weszła w próby pod okiem reżysera Rafała Matusza. A w październiku była premiera w gorzowskim Teatrze Osterwy, czyli tak naprawdę było to tempo ekspres. Zaznaczam, że to był tekst pisany specjalnie z myślą właśnie o Karolinie, tak aby pokazać rozpiętość jej możliwości aktorskich.

- A z drugiej strony tłumy zachwyconych dzieciaków idą na „Gniewka i Lubinkę”. Z czego wyszedł ten pomysł?

- Ten spektakl, zresztą jak i wcześniejszy, też grany u Osterwy „Baju, baju mój Najnaju” powstał z naszych przemyśleń z Karoliną właśnie i Kamilą Pietrzak-Polakiewicz, że jest zbyt mała oferta teatralna dla najmłodszych dzieci. Spektakle, które są grane w teatrach, kierowane są jednak już do dzieci starszych. Bo to są lektury, albo teksty dla już siedmio- i więcej latków. My jeździłyśmy na warsztaty w Szkole Pedagogów Teatru, oglądałyśmy te spektakle Najnajowe, kiedy one zaczęły wchodzić dopiero do Polski, zaczęły być popularne.

- Co to są za spektakle?

- Przeznaczone dla najmłodszych dzieci, takich zupełnych maluszków. To są spektakle pokazywane bez użycia słów. Tam są tylko dźwięki i barwy, przy pomocy których można przekazać różne emocje, tak aby dziecko poczuło atmosferę teatru od najmłodszych lat. Dlatego też najpierw powstał „Baju, baju mój Najnaju”, a potem dla starszych dzieci, ale jednak takich, dla których pełnoobsadowy, półtoragodzinny spektakl to za dużo, powstał właśnie „Gniewko i Lubinka”.

- Wróćmy na moment do widzów dorosłych. Zaczarowałaś nas żużlem i to w taki sposób, że sami się przejrzeliśmy we własnej historii. Jak się pracuje przy takich spektaklach?

- Ja miło wspominam pracę nad tym tekstem. To była praca zadaniowa. To było wejście w temat takie wręcz dziennikarskie, dlatego że ja z żużlem zbyt dużej styczności nie miałam. Zresztą ja jestem druga opcja, czyli Falubaz Zielona Góra. Pracę potraktowałam jako zadanie. Musiałam poczuć atmosferę, poczuć temat. Spotykałam się z żużlowcami, którzy już niestety, powoli od nas odchodzą, jak choćby Zenon Plech. Poznawałam różne tajniki, sekrety, dawne wydarzenia i z tego przy pomocy reżysera Jacka Głomba wysnułam jakąś opowieść o świecie. I muszę dodać, że temat sportowy był mi kompletnie obcy. Ale ja lubię podejmować tematy, które ktoś mi zadaje. Część rzeczy, które tworzę, to są rzeczy wymyślone przeze mnie, a część to takie właśnie zadane. Wówczas podchodzę do tego właśnie jak do zadania, muszę rozpoznać temat, wgłębić się w niego, tak właśnie jak z tym żużlem.

- Ale w pewnym momencie opuściłaś Gorzów i pojechałaś do Zielonej Góry. Zaczęłaś pracować jako urzędnik.

- Nie chcę o tym mówić, bo to nie jest najważniejsze. Powtórzę tylko, że brak związków etatowych z teatrem wcale nie oznacza, że się zrywa z nim kontakty, czego ja jestem przykładem. Mogę robić teatr, pracując gdzie indziej. Bo teatr można robić wszędzie, nie tylko na etacie. Można pogodzić wszystko – pracę w urzędzie i bycie mamą na pełen etat, i pisanie sztuk teatralnych, i tworzenie warsztatów teatralnych.

- No to co teraz masz na swoim warsztacie teatralnym?

- Skończyłam niedawno pisanie tekstu, który mi już jakiś czas chodził po głowie. Zawsze chciałam napisać o zielonogórskich czarownicach.

- No proszę.

- Tu, na Ziemi Lubuskiej, w bliskiej odległości od Zielonej Góry, w Łężycy, gdzie mieszkają moi rodzice, jeszcze w XVII wieku palono czarownice. Ostatnią czarownicę spalono dokładnie 356 lat temu. Czytałam dużo na ten temat, ale ja napisałam o współczesnych czarownicach, o stygmatyzacji. Natomiast nawiązując do tego, co się działo tutaj właśnie niedaleko mnie, potraktowałam ten temat współcześnie. Pokazałam, że to, co się kiedyś działo, czyli stygmatyzacja, oskarżenie kogoś o coś, o uprawianie czarów dla przykładu, skazanie go przez to na śmierć czy na męczarnie, ale też na banicję lub wykluczenie społeczne, to się dzieje również teraz. Często sami do tego doprowadzamy, albo sami się na to skazujemy. Często robi to społeczeństwo. Nazywa kogoś tak, a nie inaczej, przypina łatkę i ktoś staje się czarownicą czy wiedźmą.

- To ja powiem, że czekam na ten spektakl. I jeszcze jedna kwestia na koniec. Nie rezygnujesz ze współpracy z gorzowskim teatrem?

- Wiesz, mam nadzieję, że teatr nie zrezygnuje ze współpracy ze mną. A serio – moje spektakle są u Osterwy cały czas wystawiane, z czego się bardzo cieszę. Zamierzam zabrać mego synka, który jeszcze spektaklu mamy nie widział, choć w teatrze już był. Mam nadzieję, że uda nam się to jeszcze w lutym.

- Dziękuję bardzo za rozmowę i powtórzę, czekam na spektakl.