W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Donata, Gizeli, Łukasza , 17 lutego 2019

Stilonowskiej piłki dawny czar

2012-10-17

medium_news_header_1771.jpg

Postawa kibiców, młodych działaczy i piłkarzy KS Stilon świadczy o wielkiej tęsknocie za dawno przebrzmiałą przeszłością, za grą na znacznie wyższym poziomie niż w tej chwili. I oby im się udało nawiązać do tej tradycji ku naszej wspólnej radości. Na razie jednak przypominamy postać wybitnego trenera, Eugeniusza Ksola, który był jednym z tych, którym piłkarski Stilon zawdzięczał najwięcej. Poniżej publikujemy reportaż Jana Delijewskiego, zamieszczony w książce „Przygody ze sportem”, która ukazała się w 1995 roku nakładem Agencji Dejamir.

 

Oskarżony Eugeniusz Ksol

Z aktu oskarżenia:

Panie Trenerze! To Pan jest w głównej mierze winien temu, co przez kilkanaście lat działo się z piłką nożną w gorzowskim Stilonie. Wystarczy spojrzeć na daty, fakty, dokonać prostych porównań, aby zrozumieć, że nikt inny, a właśnie Pan był tym szkoleniowcem, który nadużył swych uprawnień - mimo licznych protestów i sprzeciwów - do wprowadzenia zasadniczych zmian w klubie, sekcji, drużynie. Ba! Przez Pana zmieniły się także oczekiwania kibiców, którzy pod wpływem Pańskiej radosnej twórczo­ści zaczęli bezpodstawnie domagać się rzeczy niedopuszczalnych.

Inni trenerzy? Niech Pan nie zwala winy na innych. Pracowali tutaj zbyt krótko, żeby ich działania pozostawiły tak trwałe ślady, jak Pana. Pan jeden potrafił utrzymać się długo, opierać prawom rządzącym polskim futbolem. Ale w końcu prawa okazały się być silniejsze od Pana. Żaden trener nie może ich łamać

Niech Pan sobie przypomni swoje lata w Gorzowie. Co Pan tu zastał w 1975 roku? Drużynę zdegradowaną do klasy "A”, zamiast się zadowolić tym co wystarczyło innym, Pan wolał sięgać po więcej i więcej, i wcale się Pan nie krył ze swą zachłannością, pazernością. Na oczach tysięcy ludzi wyciskał Pan z piłkarzy siódme poty, zmieniał zawodników, rozbijał prowadzoną sprawdzonymi przez lata metodami pracę sekcji piłki nożnej, która szczyciła się poważnym dorobkiem. Wyciskał pan również z klubu i działaczy co tylko się dało dla swoich pupilków. Był Pan bezwzględny w egzekwowaniu wszelkich praw i obowiązków. Nie każdy to lubi.

Do czego to doprowadziło? Do tego, że najpierw drużyna awansowała do klasy międzywojewódzkiej, by w 1976 roku zameldować się w drugiej lidze. To był szczyt bezczelności z Pana strony. Tym bardziej, że kibice dobrze jeszcze pamiętali jak to Unia w 1959 roku awansowała do drugiej ligi, by po jednym sezonie wrócić tam, skąd wyszła. A Dąb Dębno w 1975 roku?

Tak, tam musieli przeżyć to samo.

Mógł Pan jeszcze naprawić swój błąd. Rzucić klub i drużynę w diabły i wyjechać. Nikt nie miałby słusznych pretensji, choć po tym co Pan wcześniej zrobił nie odbyłoby się zapewnie bez żalów. Ale nic. Pan postanowił pójść dalej. Wciąż Panu było mało. Wymagał Pan od zawodników działaczy rzeczy, które nigdy wcześniej im się nie śniły. Po co burzył Pan świętości, łamał utarte schematy? W imię czego? W imię chorobliwej ambicji, którą zarażał Pan nieszczęsnych zwolenników w gronie klubu, a nawet kibiców.

Tego już było za wiele, i zawodnikom, i działaczom. Czy nie rozumie Pan, że ludzie nade wszystko cenią sobie święty spokój i łatwe życie? Nie może im Pan odmawiać do tego prawa. A Pan wciąż żądał i wymagał, wymagał i żądał. Miarka się przebrała. Żaden trener nie może pracować w nieskończoność w jednym klubie. Zrozumiał Pan to chyba w 1979 roku, kiedy grupa zawodników napisała petycję z żądaniem Pańskiej dymisji. Zarzucali Panu nie bez racji, że jest Pan zbyt ostry, zbyt wymagający, za twardy. Zarząd petycję odrzucił, ale Pańska pozycja była już zagrożona. Wystarczyło klika przegranych spotkań jesienią 1979 roku, by dojść do wniosku, że musi Pan odejść, bo drużyna Pana nie akceptuje i nie chce z Panem dłużej pracować.

Złożył Pan rezygnację, odszedł z klubu. Wyglądało, że Pan dojrzał, że wyciągnie wnioski, że nauka nie pójdzie w las. Życie jednak pokazało, że niewiele Pan się nauczył. Co gorsze swym postępowaniem i wynikami doprowadził Pan do tego, że każdy następny trener okazywał się nieodpowiedni. Owszem, Jerzy Słaboszowski, który przyjął drużynę z rąk Pańskiego asystenta, Stanisława Adamskiego, mógł kontynuować Pańskie nieodpowiedzialne dzieło, ale po przepracowaniu w Stilonie wiosennej rundy 1980 roku wolał pożegnać się z klubem. Miał jakby inne plany życiowe, nie chciał się wiązać z Gorzowem. W każdym razie wiedział co czyni. A uczynił mądrze, bo wszyscy dobrze go wspominają.

Ale po Słaboszowskim był Edward Wojewódzki, z którego usług zrezygnowano nim na dobrą sprawę rozpoczął szkoleniową robotę, bo zawodnikom nie odpowiadały jego fachowe umiejętności. Po nim swą szansę otrzymał Stanisław Adamski. Pański asystent, który okazał się pojętnym uczniem i wiernym kontynuatorem. Za jego kadencji drużyna śmiała zająć trzecie miejsce w drugiej lidze w sezonie 1980/81. I niech się Pan nie zapiera, to była także Pańska wina. Przecież z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc nie można zmienić nawyków, mentalności, zasad i reguł gry, które Pan kiedyś narzucił. Jednak to trzecie miejsce oraz wysoka lokata w tabeli po jesiennej rundzie kolejnego sezonu, okazały się zgubne dla Trenera Adamskiego. Nie był w stanie sprostać nadmiernie rozbudzonym żądaniom i oczekiwaniom futbolistów, którzy również zażądali jego dymisji. Odszedł, bo odejść musiał, bo to trener zawsze jest winien i odchodzi.

Nie bez przyczyny, ludzie wtajemniczeni w klubowe sprawy, powiedzieli, że to mści się duch Ksola, który krąży po Gorzowie. Pańskie autokratyczne rządy, odważne wydeptywanie ścieżek w dziewiczym terenie oraz konsekwencja w działaniu połączone z trenerskim warsztatem odbijały się czkawką z każdym rokiem głośniejszą. Rodziła się legenda Ksola, która przytłaczała mniej lub bardziej kolejnych następców,

Dlatego m.in. miernym fachowcem okazał się w pracy z drużyną Stilonu człowiek o tak znanym nazwisku jak Witold Szyguła. Dlatego nie zagrzał miejsca w Gorzowie Jan Kępa, choć miał wszystkie dane ku temu i nikt go stąd nie wyganiał, Z tego również powodu najpierw Roman Sługocki, a po nim Andrzej Włodarek nie byli w stanie sprostać nadziejom działaczy i kibiców.

Trenerzy przychodzili, odchodzili. Zmieniali się jak rękawiczki, a Pański duch zacierał ręce z uciechy, bo starsi zawodnicy, niektórzy działacze coraz częściej wspominali Pana nazwisko. Nic zatem dziwnego, że kiedy wiosną 1985 roku drużyna znalazła się blisko trzeciej ligi, zwrócono się do Pana po ratunek. Miał Pan być mężem opatrznościowym…

Z przesłuchania na okoliczność pracy w ZKS Stilon:

Z aktu oskarżenia:

Miał Pan być mężem opatrznościowym... i co? Pewnie, że było już za późno na zatrzymanie tego rozpędzonego pociągu, że do katastrofy dojść musiało, ale stało się już za Pana ponownej kadencji w ZKS Stilon. Przyszedł Pan jednak o kilka tygodni za późno. Zbyt długo rozpamiętywał Pan boje Pogoni Szczecin w europejskich pucharach, zbyt długo nosił w sobie żal do szczecińskich działaczy i piłkarzy, którzy przyczynili się do tego, że znalazł się Pan nagle za burtą pierwszoligowego klubu. Nie wiedział Pan kiedy odejść,..

Dał się Pan skusić działaczom Stilonu,  bo czuł się Pan z Gorzowem związany, bo miał Pan ochotę zacząć jeszcze raz od początku Nie lepiej było wybrać jakąś ofertę pierwszoligowego klubu? Miał Pan przecież ich sporo. Za większe pieniądze, z większą satysfakcją, byłby Pan na pierwszym planie. Tylko niech Pan nie mówi, że był zmęczony pierwszoligową piłką. Bliżej miał Pan do domu w Szczecinie? No tak. Przychodzi czas, że człowiek ma już dość tułaczki po kraju. A przyjemnie było tułać się po boiskach trzeciej ligi? Panu, trenerowi z dorobkiem i nazwiskiem? Sentymenty i nastroje nie mają tu nic do rzeczy! Wie Pan przecież najlepiej, że ligowa walka o punkty nie ma nic wspólnego z postawą gentelmenów. To bardziej brutalna walka niż się kibicom wydaje. Na dodatek ubzdurał Pan sobie stworzenie kolektywu, przy pomocy którego chciał Pan nie tylko zbudować klasową drużynę, ale również ruszyć z modernizacją i rozbudową stadionu. Po co? Pan miał tylko zrobić wynik! Nieważna jest gra, nieważne zaplecze, liczy się tylko to, co jest od frontu. Zgodnie z tą prawdą postępuje znakomita część ligowych trenerów. Mają wyniki i mają się dobrze. Biorą drużynę, wyciskają ją jak cytrynę i odchodzą, bo już w kolejce czekają następne. A później tacy jak Pan psują im markę, bo zaczynają od podstaw, patrzą szerzej, dalej, nie zabiegają o doraźne wyniki a spoglądają w mglistą przyszłość. Komu to potrzebne?!

Niepoprawny optymista. Zamiast brać i trenować np. lubińskie Zagłębie, gdzie nikt nie liczył złotówek, byle tylko górnicza jedenastka grała na przyzwoitym poziomie, bo tego życzyła sobie miedziowa brać górnicza. Pan wolał podjąć wyzwanie rzucone przez koalicję szczecińskich zespołów, które jakby zmówiły się, by nie dopuścić Stilonu do wrót drugiej ligi. Trzeba przyznać, że udało się Panu postawić na swoim. Stilon awansował. Kibice, działacze mieli swoją radość. Ale co to za radość mogła być dla Pana?

Idziemy dalej. Czyż nie było szaleństwem to co działo się w następnym sezonie -1986/87. Kto to widział, żeby beniaminek tak w lidze rozrabiał, jakim prawem wygrywał i odbierał punkty możniejszym od siebie! Kto na to pozwolił? Nie zaprzecza Pan... Piłkarze grali z wielką ochotą, wiarą, ambicją. Grali skutecznie. Na szczęście do czasu. Przyszło załamanie formy, bardziej w sferze psychiczne] niż fizycznej, co oznaczało straty punktów i spadek w tabeli. Tak, tak z piłkarzy uszło powietrze, gdy rywale serio potraktowali beniaminka. Nie może też Pan mieć pretensji do kibiców, że nie dopingowali. Że wręcz zniechęcali zawodników, gdy im się nie wiodło. Kibic płaci i ma prawo wymagać skutecznej gry. A za zespół i jego grę Pan ma odpowiadać, nikt inny. Zresztą, Pańska wina polegała na czym innym. Na tym, że znowu rozbudził nadzieje, że znowu nie krył się ze swymi marzeniami o pierwszej lidze. Jak to zrobić? To było Pana zasadnicze zmartwienie. Dziwne, że inni trenerzy, którzy pracowali w Stilonie przed Panem i po Panu mieli zmartwienia raczej innej natury.

Pan się uparł. Zapominając, że rok wcześniej była jeszcze trzecia liga. Trudno to zrozumieć. Zwłaszcza, że w wiosennej rundzie piłkarzy ogarnął jakiś pierwszoligowy amok. Za nic mają szanowane firmy, uznane drużyny, nazwiska. Szombierki Bytom, Zawisza Bydgoszcz, Bałtyk Gdynia. A Pan publicznie się obnosił z tym, że interesuje go w Gorzowie coś więcej niż druga liga. Wmówił Pan sobie i zawodnikom, że możecie zająć przynajmniej trzecie miejsce, które uprawnia do spotkań barażowych o ekstraklasę. Śmieszne.

0 mały włos, a byłoby się to wam udało. To byłby dopiero skandal na całą Polskę! Długo trzecia lokata w tabeli była wasza. Na mecie rozgrywek było jednak czwarte miejsce, z którego wypadało się cieszyć, a nie martwić. Nie Pan. Pan wtedy obnosił swoje pretensje i żale. Mówił, że nie wierzy w niektóre wyniki, że być może zabrakło wam umiejętności, ale nie uczciwości. Po co te oskarżenia, pomówienia? Na układy nie ma rady. Pan tego nie wie? Pan? Z takim doświadczeniem, wiedzą. Sam Pan przyznaje, że nie jest taki naiwny.

Nie można było spokojniutko, w środku tabeli. Tu wygrana, tu przegrana? Od beniaminka nikt więcej nie oczekiwał. Byłoby w porządku. Dla piłkarzy, dla działaczy, dla kibiców, dla Pana. Dla Pana nie? Niczego się Pan nie nauczył... Nie wie Pan, że podniesioną poprzeczkę trudno jest potem obniżyć? I trzeba się z tego poważnie tłumaczyć. Z czym, z kim do pierwszej ligi?! Sam Pan przecież mówił, że w Gorzowie nie ma ku temu warunków. Zapomniał Pan? To niech Pan sobie wreszcie uzmysłowi, że to cholerne czwarte miejsce było lokatą na wyrost, że praktycznie przekraczało możliwości Stilonu, To był wybryk natury, której Pan przez nieodpowiedzialność i niefrasobliwość bardzo pomógł,

Z przesłuchania na okoliczność pracy w ZKS Stilon:

Z aktu oskarżenia:

Za mocno się Pan rozpędził. Za wysoko podniósł poprzeczkę... Sam był Pan sobie winien. Nie chodzi tylko o błędy popełnione w przygotowaniach do następnego sezonu, 1987/88. To prawda że za dużo było gier z zespołami NRD, że nie miał Pan szczęścia do transferów. Przede wszystkim jednak drużyna była już Panem zmęczona. W poprzednich rozgrywkach wydobył Pan z niej tyle, że potrzebne były nowe siły psychiczne, nowa krew, aby można było rozruszać piłkarzy. Ile razy można pobudzić człowieka do wzmożonego wysiłku tymi samymi metodami, podsuwając pod nos te same niespełnione od lat cele?

Nie, Panie Ksol. Pan musiał odejść ze Stilonu. Ba, powinien Pan uczynić to wcześniej, a nie wiosną 1988 roku, kiedy drużynie wyraźnie nie szło w lidze i widmo degradacji z daleka zajrzało jej w oczy. Twierdzi Pan, że rozstaliście się w zgodzie. A można było inaczej? Nawet jeżeli piłkarze szemrali po kątach, a działacze bacznie nadstawiali temu ucha. Nieważne było to, co Pan wcześniej robił i zrobił. Nieważne, że coś się zmieniło w sekcji, że powstało zaplecze socjalne na stadionie. Ważne były wyniki. Co z tego, że wzrosły potrzeby i oczekiwania a możliwości za tym nie nadążały? Kogo to obchodzi? Ten trener jest dobry, który daje dobre wyniki. Najwyższy czas, aby Pan tej prawdy się nauczył.

Nie Pan pierwszy, nie ostatni... Chociaż może Pan być szczęśliwy, że pracował w Gorzowie tak długo - za pierwszym razem pięć lat, za drugim trzy. Niektórzy twierdzą, nie bez racji, że o kilka lat za długo...

Takie są prawa i wymogi ligowej piłki. Zasadą jest też, że po zmianie trenera drużyna przez jakiś czas gra lepiej, by później wrócić do dawnego poziomu. Trzeba wielu miesięcy pracy, by rzeczywiście nastąpiła radykalna zmiana w stylu i sposobie gry. Czy warto jednak tak się angażować? Piłka i tak dalej toczyć się będzie...

Pan się angażował. Były tego widome skutki. Są dowody. Jest więc Pan winny.

Ostatnie słowo oskarżonego:

- Zgadzam się z twierdzeniem, że w sporcie obok zwycięstw potrzebne są porażki. Chociażby po to, by krytycznie spojrzeć na to, co się robi, by wyciągnąć wnioski, które staną się podstawą przyszłych sukcesów. Każdy ma wady i słabości i w życiu chodzi o to, aby je eliminować, żeby było ich jak najmniej. Przy tym potrzebny jest jasno postawiony cel, do którego należy konsekwentnie dążyć.

Po spadku z drugiej ligi, przed rozpoczęciem rozgrywek trzecioligowych postawiłem twarde warunki i wszyscy je przyjęli. Włącznie z piłkarzami, którzy mieli najwięcej do stracenia, gdyż grali za małe pieniądze, bo umówiliśmy się, że w przypadku awansu otrzymają odpowiednie wyrównanie. Mieli więc o co grać. Nie można jednak sprowadzać wszystkiego do pieniędzy. Zależało nam wspólnie na awansie, bo to było coś więcej niż... było.

Przyznaję, jestem kontrowersyjny, czy to jednak grzech, że wymagam od innych równie dużo co od siebie? Przecież mamy wspólny cel. Wspólne zadanie, do którego wykonania niezbędne są określenia siły i środki. Tylko role są inne, bo muszą być odpowiednio podzielone, rozpisane. To prawda, że nie ze wszystkimi i we wszystkim się zgadzam, ale to chyba normalne? Co ze mnie byłby za trener, gdybym nie miał swego warsztatu szkoleniowego i swego zdania? Oczywiście, że popełniłem pomyłki, błędy. Takimi błędami było sprowadzenie zawodników, którzy się nie sprawdzili. Ale gdybym ich nie wziął do drużyny, to być może żałowałabym, a tak wziąłem i też żałuję.

To nie tak, że kieruję się sercem, nie rozumiem. Gdybym kierował się wyłącznie sercem to po awansie w drugiej lidze graliby jedynie zawodnicy, którzy ten awans wywalczyli i nie byłoby chyba najgorzej. Trener musi być jednak brutalny, bo rosną wymagania, a możliwości niektórych piłkarzy są coraz mniejsze. Dlatego rozstałem się z niektórymi zawodnikami, dlatego w ich miejsce przyszli inni.

Rozstania są przykre, wiem, ale są konieczne. Najbardziej przykro jest kończyć karierę. Sam kiedyś przez to przeszedłem i wiem jak trudno odnaleźć się w życiu. Nagle przecież traci się sens istnienia, a nowego nie da się tak od razu poszukać, zaakcep­tować samego siebie. Przez pół roku nie mogłem znaleźć sobie miejsca, choć miałem 34 lata, papiery instruktora w kieszeni i bliską perspektywę podjęcia studiów trenerskich. Byłem niby przygotowany, a przychodziła sobota czy niedziela i łapałem się na tym, że myślę o swojej drużynie, która gdzieś gra tam beze mnie. Nie mogłam się pogodzić z tym, że nie jestem już piłkarzem, że to koniec mojej wspaniałej przygody.

Po co to mówię? Ano po to, by pokazać, że piłka jest dla mnie wszystkim. To prawda, że jestem pazerny na piłkę i piłkarskie sukcesy, że chcę ciągle więcej. I nie chodzi tu wcale o pieniądze, bo pieniądze to mogłem mieć w innych klubach. Interesuje mnie tworzenie zespołu, kolektywu, który potrafi piąć się coraz wyżej i wyżej. Ale zawodnicy muszą autentycznie tego chcieć, muszą być żądni sukcesów. Z czasem niektórym przestaje się jednak chcieć.

Dlaczego zawsze mierzyłem wysoko? Bo tylko w ten sposób można do czegoś dojść, coś osiągnąć. Minimalizm zabija sport. W sporcie trzeba dążyć do mistrzostwa. Bez względu na koszty, wyrzeczenia. Dlatego uważam, że Gorzów, jako miasto, jako województwo może pomóc Stilonowi stworzyć warunki do zbudowania drużyny, która zagra w pierwszej lidze.

Zupełnie inną sprawą jest postawa gorzowskich kibiców. Nie potrafią, nie nauczyli się prawdziwego kibicowania. Doping i oklaski należą do rzadkości, mają miejsce wtedy, gdy drużyna jest na fali, gdy jej się wiedzie. Częściej ludzie potrafią naubliżać zawodnikom, trenerom, działaczom. Więcej w tych relacjach złośliwości niż życzliwości. Często kibic nie rozumie, że mecz, że gra to nie tylko strzał, gol i piękna akcja ofensywna, ale to również zablokowanie strzału, wślizg, przyjęcie piłki, drybling, podanie i cała masa innych elementów. To jest technika, i to jest taktyka, i to jest mecz. Można grać mniej lub bardziej efektownie, ale nie zawsze wychodzi, nie zawsze przeciwnik na to pozwala.

Ludzie lubią gole, ale co to za mecz, który kończy się wynikiem 6 : 5. Skuteczność była duża, ale co robili obrońcy. Widowisko było może i ciekawe, ale w lidze liczą się punkty. One decydują o wszystkim.

Żeby jeszcze wszystko zależało od trenera... Faktycznie, jestem trenerem, który nie mógł pracować za długo w jednym miejscu. Trzy lata, najwyżej. Po tym czasie ja zawodnikami jestem znużony, a zawodnicy mają mnie dość i nie mogę z nich więcej wykrzesać. Przyznaję, dlatego musiałem odejść ze Stilonu. Czy jednak jestem winny?

Cieszę się mimo wszystko, że mogę tu w każdej chwili przyjechać, że czuję się tu jak u siebie, że nikt na nikogo nie jest obrażony. Coś chyba tutaj pozostawiłem...

W każdym razie gorzowskim piłkarzom i kibicom życzę samych sukcesów.

Sentencja wyroku:

W 1985 roku z okazji 40-lecia piłkarstwa gorzowskiego wybrano dziesiątkę najlepszych trenerów w historii naszego futbolu. Honorową listę otwiera nazwisko Eugeniusza Ksola. Za nim uplasowali się w kolejności: Stanisław Adamski, Roman Sługocki, Władysław Piec, Adam Kaczorowski, Edward Kassian, Stefan Studziński, Mieczysław Mikuła, Alfred Pluszczyk i Władysław Sieja.

Jan Delijewski