W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Bernarda, Sabiny, Samuela , 20 sierpnia 2019

Była pierwszą Polką tak wysoko na podium

2012-11-30

medium_news_header_2194.jpg

Im gorzej dzieje się z gorzowskim sportem, tym bardziej tęsknimy za dawnymi sukcesami, medalami i mistrzostwami. Jedną z wielkich gwiazd dawnego sportu była Maria Gontowicz-Szałas, dla której judo było drogą na sportowe szczyty. Przypominamy jej wspinaczkę po laury w reportażu Jana Delijewskiego, który w 1995 roku ukazał się w książce „Przygody ze sportem”.

Pierwsza dama gorzowskiego sportu

Występ na igrzyskach olimpijskich 1992 roku w Barcelonie miał być ukoronowaniem jej sportowej kariery. Nikt tego tak nie stawiał, nawet ona, ale to się wyczuwało. I był, choć nie takim, o jakim marzyła. A marzyło medalu... Maria Gontowicz-Szałas.

 

Na mistrzostwa Europy 1985 roku w Landskronie /Szwecja/ jechały z niewielkim bagażem, ale z wielkimi nadziejami. Najpierw leciały samolotem do Kopenhagi, stamtąd promem dotarły do Malmoe, gdzie wsiadły do autokaru i po dwóch godzinach jazdy były na miejscu. Nawet nie zdążyły się zmęczyć.
Ulokowano je w starym, wiekowym hotelu ze współczesnymi wygodami. Skromnie, ale wygodnie i godnie - ta dewiza gospodarzy towarzyszyła im od początku do końca mistrzostw. Marysia zamieszkała w trzyosobowym pokoju, razem z Jolą Adamczyk i Beatą Maksymow. Przyjaciółki.
Po rozpakowaniu rzeczy poszły obejrzeć halę, w której miały występować. Na zewnątrz nic imponującego. Dopiero w środku wyszło na jaw, że to co widziały wcześniej stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej. Główna sala z widownią na pięć tysięcy osób i całym zapleczem mieściły się pod ziemią.
Przyjechały w piątek, mistrzostwa rozpoczynały się w sobotę. Marysia startowała w niedzielę. Miała dwa dni na aklimatyzację, na przygotowanie się do walki i zbicie wagi. Ważyła o całe dwa kilogramy za dużo. Lubi ciastka, słodycze. Teraz musiała z nich zrezygnować. Mogła jedynie popatrzeć jak inni się nimi objadają. Sama dieta jednak nie wystarczała, aby w tak krótkim czasie zrzucić taką nadwagę. Na szczęście treningi zrobiły swoje.
Jej kategoria wagowa, do 56 kilogramów, z reguły bywa najmocniej obsadzona. Może dlatego, że jest najbliższa naturalnej wadze przeciętnych kobiet. Tym razem na mistrzostwa Europy zjechało do Landskrony aż 15 zawodniczek pretendujących do tytułów i medali w tej kategorii wagowej. Głównie z Austrii, Francji, Anglii, RFN i Włoch, czyli krajów, które w kobiecym judo mają najwięcej do powiedzenia w świecie. Tam panie na serio już walczyły w judo, kiedy w Polsce dziewczyny jeszcze niemal ukradkiem musiały startować w zawodach sportowych. Polki dopiero przed kilku laty mogły poważnie zająć się tym sportem, a i to nie bez oporów konserwatywnie nastawionych działaczy.

Po piątkowym losowaniu Marysia wiedziała, że w pierwszej walce spotka się z Hiszpanką Manes. Znała ją. Na poprzednich mistrzostwach Europy w RFN, gdzie debiutowała, wygrała z nią przez yuko, czyli rzutem ocenionym przez sędziów na pięć punktów. Nie obawiała się jej, choć dobrze wiedziała, że wystarczy chwila nieuwagi i można przegrać prowadząc na punkty. Jeden udany rzut, dźwignia lub duszenie może w ostatnich sekundach czterominutowej walki diametralnie zmienić losy pojedynku.
W judo zwycięża ten, kto oprócz opanowania techniki walki ma jeszcze wyobraźnię, jest szybszy, bardziej zdecydowany, inteligentniejszy, nie czuje strachu i potrafi narzucić przeciwnikowi swój styl. Tak mówią trenerzy.
Marysia, mimo swych zaledwie 19 lat umiała dużo, ale perfekcjonistką nie była. Zanadto wrażliwa, pobudliwa, byle co ją wytrąca z równowagi. To przeszkadza jej w koncentracji, osłabia wolę walki, odbiera pewność siebie. Zbyt niecierpliwie dąży do rozstrzygnięcia każdego spotkania przed czasem i dlatego nie lubi walki w parterze, bo uważa, że w stójce szybciej pokona rywalkę.

Tak powiadali szkoleniowcy o jej niedostatkach.
Do spotkania z Hiszpanką nie przygotowywała się specjalnie. Trochę ćwiczyła z koleżankami, trochę spacerowała i słuchała nagrań Steve Wondera, którego muzyka ją uspokajała.
Ona i Bogusia Olechnowicz zdaniem trenera Jacka Skubisa miały największe szansę na medal. Wygrywały już z najlepszymi w Europie i na świecie. W najważniejszych imprezach nie miały dotąd jednak szczęścia. Coś lub raczej ktoś stawał zawsze na przeszkodzie.
Marysi do tej pory najlepiej wiodło się na krajowych matach. Z judo zetknęła się za namową starszego brata w 1980 roku, kiedy trafiła do gorzowskiego AZS, gdzie trenerzy Andrzej Blady i Eugeniusz Pilch poznali się na jej talencie. Od 1981 roku była już zawodniczką liczącą się w kraju, zdobywała medale i tytuły w kategoriach juniorek i seniorek, szybko stając się liderką wagi do 56 kilogramów.

Do judo trzeba mieć charakter. W 1980 roku w AZS-ie zaczynało 40 dziewcząt. Po pięciu latach została tylko Marysia. Ona jedna miała dosyć sił i chęci, by wytrzymać wyczerpujące i często bolesne treningi. Jej sytuacja była tym trudniejsza, że nim podjęła naukę w gorzowskim liceum ogólnokształcącym i zamieszkała w internacie, przez dłuższy czas musiała dojeżdżać na zajęcia sportowe z rodzinnej Witnicy.
Medalową passę zainaugurowała Olechnowicz. Zdobyła złoty medal co wszystkie dziewczyny przyjęły z wielką radością, nawet te, które wcześniej przegrały swe walki o miejsce na podium. Dobry nastrój dużo znaczy w sporcie. I tym razem okazał się pomocny.

W niedzielne przedpołudnie Marysia wyszła na matę dziwnie ociężała. Trener Skubis już po kilkunastu sekundach skonstatował, że coś tu jest nie tak. Zawodniczka AZS-u walczyła bez zwykłej sobie dynamiki. Być może dlatego sędziowie nie zaliczyli jej trzymania, które było mało przekonywujące. Hiszpanka wiła się jak piskorz, uciekała z maty, mostkowała. Byle tylko nie zaliczyć pleców, co oznacza jedno: koniec walki przed czasem. Marysia mogła wygrać przez kokę, czyli za trzy punkty, ale i tego sędziowie nie przyznali.

W judo, podobnie jak w zapasach, sędziowie mają decydujący głos przy interpretacji postawy zawodników. Od ich subiektywnej oceny zależy często kto wygra. Mogą sterować walką według własnych odczuć, przekonań i sympatii. Trzeba być naprawdę dobrym lub mieć znane nazwisko, aby nie obawiać się nieprzychylnych spojrzeń i gestów arbitrów.
W pojedynku z Hiszpanką nie uzyskała punktów, ale też nie miała ich na swoim koncie rywalka. Sędziowie musieli więc sami wskazać zwyciężczynię. Biała chorągiewka w górze oznaczała wygraną Marysi, która ten właśnie kolor wylosowała przed rozpo¬częciem spotkania.
Jacek Skubis nie krył jednak swego rozczarowania. Wypominał jej, że jest powolna, nie kończy akcji i w ogóle jest do niczego. Wtedy dopiero przyznała się do swej niedyspozycji, typowo kobiecej. Tak się złożyło. Nic nie poradzi. Walczyła jednak dalej.
Po dziesięciu minutach odpoczynku stanęła przed Brytyjką Beli, która miała już w swym dorobku medale mistrzostw kontynentu.
Zaczęła z animuszem. Zaatakowała. Udało się. Sędzia na macie przyznał kokę. Dwóch sędziów stolikowych było innego zdania. To przeważyło. Koki nie było. Podłamana tym faktem jakby się pogubiła. Fatalnie. Beli podcina nogą i otrzymuje kokę, która warta jest trzy punkty. Na nic zdały się późniejsze próby założenia dźwigni, trzymania, duszenia. Zabrakło czasu. Brytyjką broniła się mądrze, skutecznie.
Teraz jej los zależał od postawy Beli. W przypadku wygrania przez nią następnej walki, Marysia mogła walczyć dalej, gdyby przegrała... Na szczęście reprezentantka wyspiar¬skiego kraju zwyciężyła przez wskazanie Holenderkę Gross i Polka zyskała prawo udziału w repasażach, czyli w potyczkach z takimi jak ona przegranymi, których zwyciężczyni powędrowały dalej w turnieju. Taki system. Jedna porażka nie pozbawia definitywnie szans ubiegania się o medale.
Włoszkę Sorazci potraktowała z furią. Najprostszymi sposobami zmierzała do zakoń¬czenia pojedynku przed czasem.
Tak już jest, że na treningach ćwiczy się mozolnie najbardziej skomplikowane i wyrachowane techniki, by na zawodach używać najczęściej tych prostszych, ale skutecznych.
Zdobywa kokę. Włoszka nadal stawiała zacięty opór. W trzeciej minucie była już bezradna. Wspaniałe morote-gari zakończyło walkę. Ippon. Sędziowie nie mieli wątpli¬wości.
Morote-gari to jej specjalność. Jest to jeden z efektowniejszych rzutów. Polega na tym, że trzeba się pochylić, złapać przeciwniczkę za uda i przewrócić do tyłu na plecy. Warunkiem powodzenia są szybkość, zdecydowanie i siła.
Koleżanki żartowały, że zastraszyła Włoszkę swymi okrzykami, jakie zwykle wydaje przy każdej akcji. Nie, nic konkretnego, byle sobie dodać animuszu. Tak się jakoś przyzwyczaiła.

Po kolejnych dziesięciu minutach przerwy znów pojawiła się na macie. Zmierzyła się z Holenderką Gross, którą wcześniej pokonała Beli. Ponownie spróbowała morote-gari. Wyszło, ale nie tak efektownie jak poprzednio, bo Holenderką rozpaczliwie się broniła i rzut różnił się od pokazowego. Sędziowie ocenili go na juko, czyli pięć punktów. To wystarczyło do odniesienia zwycięstwa.
W przerwie obiadowej mogła wreszcie odpocząć, dojść do siebie. Obiad zjadła bez smaku. Była zmęczona, szumiało jej w głowie. Miała za sobą cztery wyczerpujące walki, o jedną więcej od Olechnowicz, gdy ta zdobywała swój mistrzowski tytuł. A przed nią było jeszcze jedno spotkanie. Decydujące o brązowym medalu. Z zawodniczką RFN, Philips.

Długo mierzyły się wzrokiem nim schwyciły za kimona. Żadna nie ustąpiła. Ale już w pierwszej minucie udany chwyt za nogi i rzut na plecy dał Polce kokę. Tylko kokę. Zmusiła jednak w ten sposób Philips do większej aktywności. Na to czekała. Kolejny rzut i kolejna koka. Było po walce.
Na podium stanęła obok Beli, która również zdobyła brązowy medal. Złoto wywalczyła Francuzka Rodriguez, a srebrny przypadł w udziale Austriaczce Winkelbauer. Do medali dołączono skromne róże i to było wszystko co się najlepszym judoczkom Europy przynależało.
Na wieczorny bankiet polska ekipa udała się w radosnych nastrojach. Do medali Olechnowicz i Gontowicz doszły jeszcze brązowe krążki Ani Chodakowskiej i Beaty Maksymow, która w kategorii open wzięła rewanż za niepowodzenie w swej wadze. Na bankiecie nie zabawiły długo, choć szampański humor prowokował do zabawy. Rano o piątej wyjeżdżały, musiały wypocząć przed podróżą. Triumfalny powrót do kraju odbył się tą samą drogą co w tamtą stronę.
A w kraju - serdeczne powitanie, gratulacje, spotkania, kwiaty i pytania o wrażenia, oceny. Cieszę się mówiła Marysia, choć liczyłam na więcej. To dobrze, że tak czuła i mówiła. Głód sukcesów i wiara we własne siły są najlepszą gwarancją powodzenia.
Medal mistrzostw Europy, zdana matura, rozpoczęte studia w gorzowskiej AWF, to bilans najważniejszych dokonań 1985 roku Marysi Gontowicz, która wyrosła na pierwszą damę gorzowskiego sportu. Wiele zawdzięczała trenerom, działaczom i licealnym nauczycielom, ale najwięcej zawdzięczała sobie - swemu niezwykłemu charakterowi, talentowi i pracy.

Judo jest typowym sportem walki, gdzie stale trzeba pokonywać lęk przed bolesnym zetknięciem z matą, zwalczać strach przed kontuzją. Dopiero po przezwyciężeniu własnej słabości można myśleć o pokonaniu przeciwnika. Trening nie sprowadza się tylko do ćwiczenia padów, rzutów, dźwigni, duszenia, trzymania i innych sposobów prowadzenia walki, ale polega na równoległym ćwiczeniu charakteru, osobowości. Judo to sport, ale również filozofia mająca głębokie korzenie i znaczenie. Dlatego judo jest sportem dla ludzi silnych duchem, którzy potrafią przełamać wewnętrzny opór i wznieść się ponad ułomności własnego ciała. Sukcesem już jest, jak powiadają doświadczeni szkoleniowcy, jeśli ktoś bez sukcesów wytrwa w judo parę lat.
Marysia mierzyła wysoko, bardzo wysoko. Tam, gdzie ludzie ulepieni ze zwykłej gliny w najśmielszych nawet marzeniach nie sięgają, bo byłoby to dla nich niedorzecznym, świętokradczym pragnieniem.

Jej nadzieje i pragnienia miały rzetelne i uczciwe podstawy. Na kolejnych mistrzo¬stwach Europy, w Londynie powtórzyła wyczyn z Landskrony zdobywając brązowy medal. Ten medal cieszył ją mniej niż poprzedni, bo taki w swej kolekcji przecież już miała. Za to bardzo doskwierał jej brak szlachetniejszego krążka z mistrzostw świata.
Bezpośrednie przygotowanie do mistrzostw świata 1986 roku rozpoczęły się w lipcu. Przez trzy miesiące, z kilkudniowymi przerwami na wypoczynek i załatwienie niezbęd¬nych spraw osobistych Gontowicz przebywała i trenowała na zgrupowaniach kadry narodowej prowadzonej z zapałem przez Jacka Skubisa. Litry potu wsiąkały w matę, a im ciągle było mało i mało. Jeżeli forma miała być mistrzowska... Istotnie, ćwiczeń nigdy dość.
W sobotę, 25 października mogła zbierać tego owoce.
Do Amsterdamu przyleciały samolotem. Dalej, do leżącego w pobliżu granicy holendersko-belgijskiej Maastricht udały się pociągiem. W mieście MŚ'86 czekała je przykra niespodzianka. Okazało się że nie ma już miejsc w hotelu. Trzeba było szukać zakwaterowania. Telefonicznie znaleziono wolne pokoje w hoteliku w pobliskim Valken-burgu, gdzie dojechać można tylko taksówkami. Nie było wyboru.
Zawody o mistrzostwo świata rozgrywano w małej, ciasnej sali, która z trudem mieściła dwie maty. Zainteresowanie publiczności było ogromne, co w połączeniu z brakiem klimatyzacji dało dość przykry efekt. Ciężko było oddychać, ciężko było walczyć. Nie było też mowy o odpoczynku, spacerach czy drobnych zakupach.
Emocje zaczęły się po losowaniu. Zawodniczka AZS-u gorzej chyba trafić nie mogła. Złośliwy los uczynił z jej turniejowej drabinki prawdziwe strome schody, po których wspiąć się do finału było rzeczą niezwykle trudną. Na jej drodze stawały same najlepsze w świecie w wadze do 56 kilogramów, zawodniczki obwieszone medalami mistrzostw Europy i świata.
Marysia jednak nie była tym wystraszona. Przez ostatnie kilkanaście miesięcy bardzo się zmieniła, dojrzała. Wciąż była uparta, ale potrafiła się skoncentrować i jak trzeba było przemienić w tygrysicę, której agresja porażała rywalki. Już ją byle drobiazg nie wytrącał z równowagi, nauczyła się cierpliwości. Inteligencja i szybkość wsparte nienaganną techniką oraz umiejętność wzbudzania sportowej złości stały się jej atutami.
Pierwszą na drodze do finału była Australijka Williams, wicemistrzyni świata z 1984 roku. Przez cztery minuty żadna nie zdobyła punktu technicznego. O wyniku zdecydowali sędziowie. Nie mieli wątpliwości, że aktywniejsza i bliższa skutecznej akcji była gorzowianka.
To zwycięstwo mocno ją podbudowało, bo największym nieszczęściem w judo jest przegranie pierwszej walki. Po takiej porażce pozostaje niesmak, oszołomienie i zerkanie na matę, czy zwyciężczyni pociągnie potem przegraną do repasaży. To największa złuda w całym judo i żadne pocieszenie, twierdzi Marysia.
W drugiej rundzie zmierzyła się z Amerykanką Aronoft, brązową medalistką mi¬strzostw świata 1980 roku. Nigdy wcześniej z nią nie walczyła. Ta pierwsza próba okazała się udana. Zwyciężyła przez kokę. Była już spokojniejsza. Teraz czekała na nią Francuzka Rodriguez, mistrzyni świata z 1982 roku i mistrzyni Europy dwóch ostatnich sezonów. To byt wyrównany pojedynek. Sędziowie dali jednak Francuzce karę "shido" za stosowanie niedozwolonego podwójnego uchwytu. Skończyło się na 3:0 i wielkiej uldze. Faworyzowana Rodriguez popłakała się ze złości.
W czwartej rundzie wpadła na Włoszkę Sorazci, aktualną wicemistrzynię Europy. Dążyła do zwycięstwa na punkty, ale nie wychodziło. Wygrała przez wskazanie.

Była w finale i miała półtorej godziny na odpoczynek. Trener Skubis przeklinał później te 90 minut przerwy. Rozbroiły one Polkę, która uradowana zdobyciem przynajmniej srebrnego medalu nie mogła się odnaleźć w finałowym spotkaniu z Brytyjką Hughes. Tak wysoko przecież jeszcze w swej karierze nie zaszła...
To była przedziwna walka. Obie nie potrafiły wykonać żadnej punktowanej akcji. Brytyjką skuteczniej markowała swoją aktywność, stosując na dodatek tzw. wieszaki, czyli próby rzutów z kolan, czego w judo robić nie wolno. Gdyby Polka wcześniej spróbowała pogonić rywalkę po macie... Próbowała, ale było już za późno. Hughes wygrała przez wskazanie.

Mógł być złoty medal... Był srebrny! Maria Gontowicz z AZS-u Gorzów została wicemistrzynią świata! Jako pierwsza Polka w historii kobiecego judo! Jako druga z reprezentantek Polski wpisała się na listę medalistek mistrzostw świata, po Joannie Majdan, która dwa lata wcześniej na mistrzostwach w Wiedniu sięgnęła po brązowy medal w wadze do 52 kilogramów.
To był wielki sukces polskiego sportu kobiecego. Docenili to czytelnicy "Przeglądu Sportowego", którzy umieścili nazwisko Marii Gontowicz w gronie laureatów (na dziesiątym miejscu) plebiscytu na najlepszych sportowców Polski 1986 roku. Na tradycyjnym balu Mistrzów Sportu wystąpiła obok Andrzeja Maliny (mistrza świata w zapasach stylu klasycznego), Marka Łbika i Marka Dopierały (mistrzowie i wicemistrzo¬wie świata w kajakarstwie), Janusza Darochy (mistrza świata w lotach rajdowo-nawigacyjnych wespół z Krzysztofom Lenartowiczem i mistrz Europy w lataniu precyzyjnym), Andrzeja Grubby (jeden z najlepszych tenisistów stołowych świata, podwójny brązowy medalista mistrzostw Europy - w singlu i turnieju drużynowym), Bogdana Darasa (mistrza świata w zapasach stylu klasycznego), Adama Kaczmarka (mistrz i rekordzista świata w strzelaniu z pistoletu sylwetkowego), Jerzego Kukuczki (alpinista, zdobywca ośmio-tysięczników), Jacka Gutowskiego (wicemistrz świata w podnoszeniu ciężarów), Krzy¬sztofa Lenartowicza (mistrza świata w lotach rajdowo-nawigacyjnych i wicemistrza Europy w lataniu precyzyjnym). Była jedyną kobietą w tym towarzystwie.
Pierwsza dama gorzowskiego sportu, na tym nie poprzestała. W 1987 roku zdobyła kolejny, trzeci w swym dorobku brązowy medal mistrzostw Europy, ale w mistrzostwach świata już nie wystartowała, choć tam najlepsze zawodniczki kwalifikowały się do turnieju pokazowego na olimpiadzie w Seulu. Postanowiła bowiem wyjść za mąż, założyć rodzinę. W roku olimpijskim urodziła syna Damiana. Mąż, Mirosław Szałas także judoka, zajął się dzieckiem. Mogła więc wrócić do sportu, by już w 1989 roku na mistrzostwach Europy w Helsinkach zająć drugie miejsce oraz wywalczyć tytuł mistrzyni Polski. W 1990 roku rodzina powiększyła się o córkę Kasię. Rok później, dzięki akceptacji i zrozumieniu ze strony męża, po raz kolejny pojawia się na macie, by wywalczyć tytuł akademickiej wicemistrzyni świata, zdobyć mistrzostwo kraju, wystąpić w mistrzostwach świata (siódma lokata) oraz zdobyć brązowy medal w słynnym turnieju odbywającym się cyklicznie w japońskim mieście Fukuoka.
Z taką rekomendacją rozpoczęła przygotowania do występów na olimpijskich matach w Barcelonie.

W turnieju olimpijskim zajęła siódme miejsce. Nie udało się nic więcej zwojować. Może popełniono jakiś błąd w przygotowaniach... Może zabrakło szczęścia... Pozostał niedosyt, uczucie niespełnienia, żalu... Tym bardziej, że po 14 latach walk, wstrząsów i rzutów szwankowało już zdrowie, a bilans zysków i strat dawał sporo do myślenia. Medale, puchary i dyplomy nie mogły zapewnić przyszłości rodzinie, która była najważ¬niejsza. Była przecież matką i żoną.
Postanowiła pożegnać się ze sportem.

Jan Delijewski