W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki. [rozumiem. zamknij okno] x
 
Jesteś tutaj » Home » Zdarzyło się kiedyś »
Bernarda, Sabiny, Samuela , 20 sierpnia 2019

Było sobie województwo…

2012-12-06

medium_news_header_2247.jpg

Województwo lubuskie istnieje już od wielu lat, ale ciągle żywe są wspomnienia i tęsknoty za dawnym województwem gorzowskim, które sięgało od Choszczna, Drawna i Recza przez Myślibórz, Międzychód aż po Trzciel i Miedzichowo. Przypominamy o tym fakcie publikując fragment książki „Zawsze Nowak. Wywiad-rzeka Krystyny Kamińskiej z wieloletnim wojewodą gorzowskim Stanisławem Nowakiem” 

Jak rodziło się województwo gorzowskie?

W 1974 roku Stanisław Nowak był I sekretarzem Komitetu Powiatowego PZPR w Międzyrzeczu, gdy dotarła do niego propozycja, aby Międzyrzecz wystąpił w Banku Miast, telewizyjnym konkursie, w którym rywalizowały z sobą podobne miasta. Natychmiast zaakceptował tę propozycję i tak zorganizował występ, że Międzyrzecz wygrał rywalizację krajową.

Bank Miast stał się dla Pana także ważny ze względu na ciąg dalszy życia.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zaważy na moim życiu. Wtedy cieszyłem się z wygranej, a także z tego,  że przy okazji poznaję dużo znaczących osób z ministerstwa gospodarki komunalnej, z telewizji, że Międzyrzecz nie jest miastem anonimowym.

Aż pewnego dnia...

W pewną kwietniową sobotę 1975 roku mieliśmy czyn społeczny na ulicach miasta.

Co to jest czyn społeczny?

To wspólne wykonanie jakiejś pracy przez starszych i młodszych mieszkańców, którzy razem chcą na przykład uporządkować miasto lub coś prostego zbudować. W latach 70. popularne były takie czyny. Inicjowali je członkowie partii, więc i ja zawsze w nich uczestniczyłem. Wtedy sadziliśmy krzewy między jezdnią a chodnikiem. W pewnej chwili przyszedł do mnie ktoś z Komitetu Powiatowego PZPR i powiedział, że był telefon z Warszawy, że mam się stawić za godzinę, bo zadzwonią ponownie. Nie wiedział, kto dzwoni. Wystarczyło, że „Warszawa”, więc nie ociągając się poszedłem do biura. Jeszcze nie minęła zapowiedziana godzina, nawet nie zdążyłem usiąść, a już zadzwonił telefon. Po upewnieniu się, że jestem przy telefonie, mój rozmówca przedstawił się, ale nie dosłyszałem jego nazwiska. Poprosiłem o powtórzenie. Powiedział: „Babiuch”. Nie spodziewałem się, że zadzwoni do mnie tak wysoko postawiona osoba. Edward Babiuch był wtedy sekretarzem Komitetu Centralnego PZPR i członkiem Biura Politycznego. Sam wierzchołek partyjnej hierarchii. Zapytał mnie, czy mogę być w poniedziałek o godz. 10.00 w gabinecie I sekretarza Edwarda Gierka. Na takie pytanie nie odpowiada się przecząco. „Oczywiście, tak” – natychmiast odpowiedziałem. Nie zamierzał wyjaśniać mi, dlaczego mam się stawić. Zachodziłem w głowę, co też mogłem zrobić takiego złego, żeby mnie aż do Warszawy ściągali. Zadzwoniłem do I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, nic mi nie powiedział, zadzwoniłem do wojewody – też nie otrzymałem wyjaśnienia. Ale już pojechałem spokojniejszy, że nie chodzi o naganę.

A tam....

W sekretariacie było już kilka znanych mi osób, między innymi Jerzy Kusiak, minister gospodarki terenowej i ochrony środowiska, który gościł w Międzyrzeczu podczas Banku Miast, Maria Milczarek, przewodnicząca Zarządu Głównego Ligi Kobiet Polskich, Józef Łobudko i Mirosław Wierzbicki – wicewojewodowie katowiccy, Jan Przytarski – sekretarza KW PZPR z Bydgoszczy. Także sporo osób dotąd mi nieznanych. Nie miałem pojęcia o co chodzi. Wyszedł do nas premier Piotr Jaroszewicz i powiedział, że Komitet Centralny podjął decyzję o reformie administracyjnej i że trzeba przygotować jej przeprowadzenie. Dalsze rozmowy prowadzone były indywidualnie. Do gabinetu I sekretarza Edwarda Gierka wszedłem jako czwarty. Rozmowę zagaił Gierek, poinformował mnie o planach podziału administracyjnego i oświadczył, że jestem kandydatem na pełnomocnika rządu do organizacji województwa gorzowskiego. Zapytał, czy wyrażam zgodę. Rozumiało się samo przez się, że w przyszłości mam objąć stanowisko wojewody. Bardzo byłem zaskoczony, ale też dumny, że właśnie mnie tak wyróżniono. Wreszcie Gierek powiedział: – Teraz towarzysz Piotr Jaroszewicz przestawi wam, jak do tego przystąpić. Później dowiedziałem się, że premier Jaroszewicz niechętnie mnie wtedy zaakceptował. On stawiał przede wszystkim na ludzi doświadczonych. Uznał, że jestem za młody na to stanowisko. Pewnie dlatego później stale mnie egzaminował. Miałem satysfakcję, że wkrótce uzyskałem jego pełne zaufanie. Po przedstawieniu przez premiera najważniejszych spraw, żartobliwie odpowiedziałem, że do tej pory raczej łamałem przepisy, a teraz trzeba będzie stać na ich straży. Premier stwierdził: – Jeśli będziecie łamali przepisy, to odwołamy was ze stanowiska, ale jeśli zdarzy się, że złamiecie je dla dobra sprawy i ta decyzja przyniesie pożytek, będę robił wszystko, aby was wybronić. (…)

Czy wtedy określono wielkość województwa? 

W gabinecie I sekretarza pokazano mi mapę i planowany obszar województwa gorzowskiego. Miało to być bardzo duże województwo. Później w Urzędzie Rady Ministrów mogłem szczegółowo zapoznać się z obszarem województwa oraz z jego strukturą.

Kiedy otrzymał Pan formalną nominację? Czy miał Pan udział w określeniu granic województwa?

12 maja w Urzędzie Rady Ministrów premier Piotr Jaroszewicz wręczył mi nominację na Pełnomocnika Rządu do spraw utworzenia województwa gorzowskiego z uprawnieniami wojewody. (…) Dopiero wtedy dowiedziałem się o ostatecznych granicach województwa, bo nie uczestniczyłem w bardzo istotnym procesie ich wytyczania. Takie decyzje zapadały na szczeblu centralnym. Początkowo zakładano, że województwo gorzowskie będzie większe, ale ościenni wojewodowie i pierwsi sekretarze Komitetów Wojewódzkich PZPR wnosili swoje uwagi i zastrzeżenia. Na przykład planowano, że u nas znajdzie się cały powiat międzychodzki, ale włączono tylko część. W województwie poznańskim pozostawiono Sieraków i Kwilcz. Czyniłem zabiegi, żeby Kwilcz włączyć do województwa gorzowskiego, bo są tam gleby o dobrej bonitacji, a wokół Kwilcza rozciągają się piękne tereny rekreacyjne. Bez efektu. Właśnie argument, że wokół Sierakowa i Kwilcza znajdują się ośrodki rekreacyjne poznańskich zakładów pracy przeważył i te gminy pozostały w dawnym województwie. W pierwotnym planie miały do naszego województwa należeć Mieszkowice, Cedynia i Siekierki. Ostatecznie pozostały w szczecińskim. Kilka lat wcześniej wypromowano je jako dużą atrakcję turystyczną województwa szczecińskiego ze względu na 1000-letnie więzy historyczne regionu, dlatego ich nie oddzielono. Także nie włączono do nas Torzymia i Cybinki, a gminy te pozostały w województwie zielonogórskim. Ostatecznie województwo gorzowskie obejmowało 850 tys. hektarów i 422,5 tys. mieszkańców. Pod względem obszaru znajdowaliśmy się na 8 miejscu wśród 49 województw. Początkowo mieliśmy 8 miast, 13 jednostek miejsko-gminnych i 36 gmin. Po roku przeprowadziliśmy korektę struktur podstawowych, połączyliśmy miasta i gminy, niektóre znieśliśmy. Po reorganizacji w województwie było 40 jednostek szczebla podstawowego, w tym tylko dwa miasta wydzielone: Gorzów i Kostrzyn. Planowany był znaczny rozwój Kostrzyna, stąd zachowaliśmy jego samodzielność.

Z takim wyposażeniem miał Pan stanąć do pracy?

Obok dokumentu z nominacją dostałem 435 etatów dla Urzędu Wojewódzkiego, w tym dla trzech wicewojewodów. Komisja Planowania przy Radzie Ministrów opracowała dla każdego województwa strategię, która miała być dla nas wyznacznikiem działań. Od 13 maja zacząłem urzędowanie w Gorzowie. (…)

Jakie prace trzeba było przeprowadzić przed  1 czerwca 1975 roku, czyli przed utworzeniem województwa i czy uczestniczył Pan w tych pracach?

Każde nowe województwo miało swoją tzw. matkę, czyli to stare województwo, z którego wydzielano największą część. Ponad 60% terenów przyszłego województwa gorzowskiego miało być przejęte z województwa zielonogórskiego, dlatego wojewoda zielonogórski, Jan Lembas został uznany za naszą „matkę” i odpowiadał za organizację naszego województwa. To matkowanie trwało do 1 VI 1975 roku, czyli do ustanowienia województwa gorzowskiego. Muszę przyznać, że otrzymałem dużą pomoc ze strony ówczesnego wojewody zielonogórskiego oraz od I sekretarza KW PZPR Mieczysława Hebdy. To oni przygotowali propozycje kadry kierowniczej. Już   w trakcie pierwszej rozmowy z premierem zadałem pytanie, czy jako pełnomocnik będę mógł mieć wpływ na dobór moich współpracowników. Zależało mi przede wszystkim, aby wicewojewodami zostali ludzie kompetentni i doświadczeni, z którymi będzie mi się dobrze pracować. Premier powiedział, że tak, tylko prosił, abym szybko przedstawił proponowaną obsadę. Wszyscy mieli zostać powołani  z dniem 1 czerwca.

Czy upatrzył Pan sobie wcześniej swoich zastępców?

Znałem większość osób pracujących w Zielonej Górze i w województwie zielonogórskim na kierowniczych stanowiskach, więc wiedziałem, kogo chciałbym mieć w Gorzowie. Nie wnosiłem uwag co do wicewojewody Waleriana Judkowiaka (PZPR), długoletniego, najbardziej doświadczonego pracownika administracji, przez kilkanaście lat dyrektora Wydziału Handlu, Przemysłu i Usług w Urzędzie Wojewódzkim w Zielonej Górze. Zabiegałem bardzo mocno o powołanie na wicewojewodę naczelnika powiatu gorzowskiego, Rajmund Pietraszkiewicza (PZPR), bo miałem świadomość, że bez jego wiedzy i znajomości terenu trudno by nam się organizowało województwo gorzowskie. Natomiast miałem zastrzeżenia do kandydatury z ramienia Stronnictwa Demokratycznego Henryka Stawskiego. Poza funkcją wicewojewody zamierzał on zostać w naszym województwie przewodniczącym Wojewódzkiego Komitetu SD, bo taką funkcję pełnił w Zielonej Górze, oczywiście nadal miał piastować mandat poselski i w najbliższych wyborach zamierzał kandydować do Sejmu z Gorzowa. Miałem świadomość, że z powodu tak wielu innych obowiązków zabraknie mu czasu na realizację zadań, jakie na mojego zastępcę chciałbym przerzucić. Po drugie uznałem, że do reprezentowania jest wojewoda, a wicewojewoda – do pracy. Długo rozmawialiśmy, chyba ostatecznie podzielił mój punkt widzenia, bo sam zrezygnował z tej funkcji. Niedługo potem objął znacznie wyższe stanowisko – członka Rady Państwa. Trzecim wicewojewodą został Mirosław Jutkiewicz, członek SD, wcześniej dyrektor Wydziału Komunikacji w Urzędzie Wojewódzkim w Zielonej Górze. Zalecano, aby jednym z wicewojewodów była kobieta. Przyznaję, nie znałem wtedy żadnej kobiety, która według mojej opinii mogłaby dobrze spełniać tę funkcję. Dość długo musiałem premierowi uzasadniać, dlaczego wybieram mężczyznę, a nie kobietę. Twierdziłem, że tylko tymczasowo, na najtrudniejszy okres organizacji województwa.

Ostatecznie nigdy kobieta nie była wicewojewodą w województwie gorzowskim, nawet po okrzepnięciu władz.

Formalnym wicewojewodą nie była, ale odpowiedzialną funkcję przewodniczącej Wojewódzkiej Komisji Planowania i członka Kolegium Wojewody jakiś czas pełniła Lilianna Jaraszkiewicz, wcześniej sekretarz ds ekonomicznych w KW PZPR.

Czy dyrektorów wydziałów też przygotowywała Zielona Góra?

W zasadzie tak, ale przyjąłem mniej niż 50% propozycji. Chciałem, żeby nowe województwo zaakceptowali mieszkańcy dołączonych powiatów z województwa szczecińskiego i poznańskiego, a najlepszymi jego orędownikami będą ludzie stamtąd, którzy obejmą funkcje kierownicze. Najwięcej dyrektorów powołałem z Choszczna, także z Myśliborza i jednego z Międzychodu. Z perspektywy lat widzę, że może za mało stanowisk kierowniczych oddałem gorzowianom, ale oni mieli już swoje dobre miejsca pracy, a na pewno nie chciałem burzyć struktury Urzędu Miejskiego i nie wywoływać sytuacji konfliktowych. Bardzo mi zależało, aby nie stracić nikogo wartościowego i zawsze starałem się stawiać na młodych, z pomysłami. Zastrzegałem jednak, że będę przyglądał się pracy i za jakiś czas zdecyduję, czy dana osoba nadaje się na to miejsca. I rzeczywiście, po mniej więcej pół roku rozpoczęły się zmiany. Ale zdecydowana większość dyrektorów była trafnie dobrana i okazało się, że w skali kraju kadra kierownicza w gorzowskim urzędzie była najbardziej stabilna.

Czy wszyscy oni musieli uzyskać akceptację odpowiedniej instancji partyjnej? Jakiej, gdy komitet wojewódzki jeszcze nie istniał?

Równolegle ze strukturami administracji państwowej powstawała struktura partyjna. Ryszard Łabuś, wcześniej sekretarz KW PZPR w Zielonej Górze, później I sekretarz Komitetu Miasta i Powiatu PZPR w Gorzowie, otrzymał pełnomocnictwo do utworzenia przyszłego Komitetu Wojewódzkiego PZPR. To tymczasowe ciało partyjne wyrażało zgodę na objęcie stanowiska przez wskazaną przeze mnie osobę. Takie obowiązywały zasady. Muszę jednak dodać, że żadna z proponowanych przeze mnie osób nie została odrzucona. Moja rekomendacja była wystarczająca.

Ilu swoich współpracowników zabrał Pan z Międzyrzecza?

Na kierownicze stanowiska nikogo. Obawiałem się, że w nowym miejscu pracy zostanę pomówiony o nepotyzm lub kumoterstwo. Nigdy nie faworyzowałem nikogo z członków mojej rodziny ani najbliższych przyjaciół. Jedynym kryterium, za jakie awansowałem znanych mi wcześniej ludzi, były wyniki ich pracy. Kilka osób powołałem na zastępców dyrektorów, bo nie miałem podstaw, by ich pomijać z racji zamieszkania. Naczelnik powiatu – Piotr Doniec został wicekuratorem oświaty i wychowania, Tadeusz Budka – zastępca naczelnika powiatu – zastępcą dyrektora Wydziału Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, Stefania Walczak, przewodnicząca Komisji Planowania w Urzędzie Powiatowym – zastępcą przewodniczącego Wojewódzkiej Komisji Planowania. Po jakimś okresie stanowisko dyrektora Wydziału Budżetowo-Gospodarczego powierzyłem Bohdanowi Jarmolińskiemu z Międzyrzecza.  

A najbliżsi współpracownicy: sekretarka, kierowca? Oni wiedzą o swoim szefie często więcej niż na przykład jego zastępca. Muszą się cieszyć zaufaniem przełożonego.

Z pełnym zaufaniem odnosiłem się do mojego międzyrzeckiego kierowcy – Antoniego Olejnika, więc zabrałem go ze sobą z Międzyrzecza. Długie lata jeździł ze mną. Był obowiązkowy, punktualny, po prostu przyjacielski. Pamiętać trzeba, że aby dojechać do Warszawy na godzinę dziesiątą, o której zazwyczaj zaczynały się posiedzenia Rady Ministrów, musieliśmy wyjeżdżać co najmniej o czwartej w nocy. A po naradzie znów powrót, by na rano być gotowym do pracy. Nigdy nie miał wypadku. Raz, już nie pamiętam z jakiej przyczyny, pojechałem do Warszawy z kierowcą wicewojewody i ten za Poznaniem wpadł na drzewo. Było to zimą, droga śliska, padał gęsty śnieg, ciemno, pusto, telefony komórkowe nie istniały. Do Poznania nie ma po co wracać, bo tamtejszy urząd jeszcze nie pracuje.

A Warszawa czeka. Na szczęście uszkodzenie samochodu pozwoliło na to, że podgięliśmy pękniętą blachę i jadąc wolniej dotarliśmy do Warszawy. Jeden jedyny raz trochę, choć minimalnie, spóźniłem się na początek narady. Premier Jaroszewicz powitał mnie zdziwionym spojrzeniem. Od tamtego zdarzenia nie chciałem nigdy jeździć z innym kierowcą niż z Antonim.

Kto został Pana sekretarką?

Na stanowisko sekretarki przyjąłem rekomendowaną przez wicewojewodę Pietraszkiewicza jego wcześniejszą sekretarkę z Urzędu Powiatowego panią Helenę Tomalową. Była znakomita: doskonale orientowała się w specyfice pracy, była niezwykle kompetentna, przy tym miła i dyskretna. Ale pracowała ze mną stosunkowo krótko, bo na początku 1980 roku odeszła na emeryturę. Po niej sekretarki się zmieniały, aż nastała pani Urszula Wyderko. Wcześniej była ona sekretarką wicewojewodów, a potem przez kilka lat łączyła obie funkcje. W niczym nie ustępowała pani Tomalowej, też była kompetentna i miła. Na tym stanowisku pracowała jeszcze długo po moim odejściu, widać, docenili ją także moi następcy.

Dość daleko odeszliśmy od organizacji województwa. Wróćmy: jakie zadania postawiono przed Panem?

Miałem do wykonania trzy główne zadania, które ja uszeregowałem w następującej kolejności: po pierwsze – wykorzystanie potencjału ludzi z likwidowanych urzędów powiatowych, po drugie – przygotowanie obsady kadrowej urzędu i nowo powstałych instytucji wojewódzkich, a po trzecie wytypowanie miejsc, w których zlokalizujemy gorzowski Urząd Wojewódzki oraz wojewódzkie instytucje.

Na pierwszym miejscu postawił Pan tych, którzy odpadli w wyścigu o miejsca pracy?

Nigdy nie myślałem, że to było odpadnięcie i że to był wyścig. Jeszcze na etapie przygotowań po kilka razy odwiedzałem urzędy powiatowe, ustalałem, kto przejdzie do Gorzowa, a kto zostanie na miejscu, by wspomóc urzędy gmin lub inne instytucje. Zależało mi, aby uwzględnić różne potrzeby ludzi, którzy przez tę reformę tracili dotychczasowe miejsca pracy. Część mogła otrzymać pracę w Gorzowie, ale nie wszyscy chcieli się przeprowadzać, porzucać własne domy lub szkoły i przyjaciół swoich dzieci. W wielu województwach ci pozostawieni mieli duże pretensje, były z tego powodu potężne awantury. U nas tylko dwie osoby wniosły skargi do Urzędu Rady Ministrów, ale szybko, polubownie zaspokoiliśmy ich oczekiwania.               

O kadrze kierowniczej już trochę Pan powiedział, ale zdecydowana większość pracowników to urzędnicy. Skąd się wzięli w urzędzie?                                          

W powiatach pracowało łącznie 851 osób, natomiast dla urzędu wojewódzkiego otrzymałem 435 etatów, a więc niewiele ponad połowę. Pierwszeństwo w obejmowaniu tych miejsc mieli, oczywiście, pracownicy likwidowanych urzędów powiatowych. Przyjęliśmy wszystkich pracowników Urzędu Powiatowego z Gorzowa, oprócz tych, którzy przeszli na emerytury lub którzy sami wybrali inne miejsce pracy. Z terenu zgodziło się przejść 223 urzędników. Około 300 pracowników przeszło do innych zakładów lub instytucji w swoich miastach lub gminach. Ci, którzy nabyli uprawniania emerytalne lub rentowe, otrzymali możliwość szybkiego przejścia na emerytury lub renty.

Taka natychmiastowa zmiana łączyła się z wieloma kłopotami, choćby brakiem mieszkania.

Wiele osób przez kilka miesięcy musiało dojeżdżać do pracy. Staraliśmy się jak najszybciej zapewnić mieszkania, ale nie chcieliśmy burzyć kolejki do spółdzielczych mieszkań w Gorzowie. Wtedy na swoje przysłowiowe M-3 czekało się kilka lat, a wydłużenie kolejki zawsze było źle przyjmowane. Szukaliśmy mieszkań przez przyspieszenie budownictwa, zależało nam, aby stanęły dodatkowe bloki, nieplanowane na dany rok. 

Tym samym jesteśmy przy budynkach. Urząd Wojewódzki wymaga dużego obiektu. W Gorzowie takiego nie było, a dawny Urząd Powiatowy został zajęty przez przyszły Komitet Wojewódzki PZPR.

Urząd Powiatowy w Gorzowie przy ulicy Sikorskiego był za mały na potrzeby Urzędu Wojewódzkiego i dlatego zajęły go instancje partyjne: miejska i wojewódzka. Teraz, po znacznej rozbudowie, mieści się tam ZUS. My na bardzo krótko, chyba zaledwie na miesiąc, zajęliśmy budynek po Komitecie Miejskim PZPR przy ulicy Moniuszki, w którym obecnie, także po znacznej rozbudowie, znajduje się prokuratura. Właśnie w tym budynku w dniu 2 czerwca 1975 roku wręczałem nominacje zastępcom i dyrektorom wydziałów.

Dlaczego 2 czerwca? Wszak województwo istniało od 1 czerwca?

Tak, ale 1 czerwca była niedziela.

Gdzie znajdowały się biura urzędu, gdy jeszcze nie było okazałego wieżowca przy ulicy Jagiellończyka?

W kilku miejscach Gorzowa. Część swojego nowego biurowca przy ulicy Walczaka nr 25 oddał nam Stilon. W tym obiekcie mieścił się mój gabinet, urzędowało dwóch wicewojewodów, Biuro Organizacyjno-Prawne i Kadr, Komisja Planowania, Wydział Budżetowo-Gospodarczy, biuro Wojewódzkiej Rady Narodowej i kilka innych jednostek typu organizacyjnego. Większość wydziałów oraz jeden wicewojewoda mieli siedzibę w budynku wzniesionym jako hotel OHP przy ulicy Kwiatowej nr 9-10. Obecnie zajmuje go policja. Wydział Rolnictwa mieścił się w jeszcze innym miejscu: przy ulicy Sikorskiego w willi będącej później siedzibą biblioteki, a teraz czekającej na kolejny remont. Kuratorium Oświaty i Wychowania, bo wówczas obowiązywała taka nazwa, zajmowało pierwsze piętro w wyremontowanym budynku przeznaczonym dla Sądu Wojewódzkiego przy ul. Mieszka I 38. Teraz cały budynek zajmuje sąd. Duża odległość między budynkami rodziła wiele kłopotów, a pamiętać trzeba, że wówczas łączność nie była tak łatwa jak obecnie. Aby pomóc petentom jakiś czas mielimy specjalny, dyżurny samochód, który woził niektórych interesantów z jednego budynku do drugiego.

Jak wyglądał Pana gabinet? Czy wszedł Pan do gotowego, czy też miał udział w jego urządzeniu i wyposażeniu? Czy do tego i następnych swoich gabinetów wprowadzał Pan coś osobistego, np. zdjęcie żony lub maskotkę?

Zawsze interesowała mnie przede wszystkim funkcjonalność wyposażenia. Z pierwszym gabinetem łączyła się pewna osobliwa historia. Gdy wszedłem do niego, ze zdziwieniem zobaczyłem stojące tam bardzo ładne, stylowe, stare meble. Były piękne, ale moim zdaniem nie pasowały do wnętrza w wieżowcu i do funkcji gabinetu wojewody, a bardziej do salonu w mieszczańskim, bogatym domu. Okazało się, że przywieziono je z gabinetu naczelnika powiatu w Międzychodzie. Przy biurku z tego kompletu przez jakiś czas rezydował marszałek Gieorgij Żukow, zastępca naczelnego wodza Armii Radzieckiej podczas II wojny światowej, gdy przygotowywał operację berlińską. Mówiono więc, że są meblami z gabinetu marszałka Żukowa. Uznałem, że to za wysoko dla mnie. Kazałem odwieźć je tam, skąd je przywieziono. Potem dowiedziałem, że meble te były darem przedwojennych rzemieślników z Międzychodu dla burmistrza, ale to nie miało znaczenia dla mojej decyzji. Przyznam, obawiałem się także, że międzychodzianie poczują się ograbieni z ich cennych, historycznych mebli, a że wcale nie byli szczęśliwi z odłączenia ich od Wielkopolski, więc nie chciałem stwarzać nowej okazji do pretensji. Teraz zdobią wnętrza muzeum w Międzychodzie. Poprosiłem o proste, nowe meble. We wszystkich moich gabinetach z drugiej strony biurka musiał stać mały stoliczek i dwa fotele. Zawsze wychodziłem zza biurka witając gości lub petentów, siadałem obok nich przy tym małym stoliczku. Zależało mi, aby mój rozmówca siedział blisko mnie i aby nas nie dzieliła szerokość biurka. W żadnym z moich gabinetów nie miałem osobistych rzeczy, natomiast zawsze na ścianie musiała być mapa województwa i plan Gorzowa. Często szybka lokalizacja czegoś na mapie lub planie pomagała mi w rozmowach.

Pamiętam, że w Pana gabinecie wisiały dwa lub trzy duże obrazy cenionego u nas malarza Andrzeja Gordona przedstawiające Gorzów z katedrą i mostem na Warcie.

O to zadbał dyr. Wydziału Kultury Edward Korban. Ładnie te obrazy wyglądały na ścianie naprzeciw okna.

Powołanie województwa łączyło się z powstaniem wielu instytucji. Jak dla nich znajdowaliście pomieszczenia?

Z trudem. Wiele instytucji na początku działało poza miastem i dopiero po wybudowaniu nowego budynku Urzędu Wojewódzkiego mogliśmy zapewnić im lepsze warunki. Wojewódzki Zakład Ubezpieczeń Społecznych mieścił się w Sulęcinie, a w Gorzowie miał tylko filię. Wojewódzki Ośrodek Postępu Rolniczego był w Lubniewicach, Wojewódzki Zakład Inwestycji Rolnych w Łupowie, Wojewódzki Związek Kółek i Organizacji Rolniczych w Myśliborzu, Wojewódzki Związek Spółdzielni Produkcyjnych w Międzychodzie. Początkowo planowaliśmy, że Sąd Wojewódzki będzie w Międzyrzeczu, ale sędziowie ostro zaprotestowali i musieliśmy szybko wyremontować dla sądu budynek dawnej szkoły przy ulicy Mieszka I. Wojewódzki Dom Kultury też kilka lat czekał w Skwierzynie na remont pałacyku za Wartą.

Jakie gratyfikacje łączyły się ze stanowiskiem wojewody?

Dekret z 1972 r. przyjęty przez Radę Państwa określał płacę kadry kierowniczej. Wojewodowie byli w grupie „D”, wspólnie z wiceministrami i kierownikami urzędów centralnych. Były one średnio czterokrotnie wyższe od średniej krajowej, choć różnie to bywało w poszczególnych latach. Trzynastek nie było, przyznawano nam nagrody z okazji święta narodowego w dniu 22 lipca. Otrzymałem służbowe mieszkanie w dwurodzinnym domu, obok Ryszarda Łabusia, I sekretarza KW PZPR. Miałem dwa służbowe samochody, ale z jednym kierowcą. Na początku ministrom i wojewodom zakupiono z rządowej puli Fiaty 132. Tym samochodem jeździłem do Warszawy, bo był szybki i niezawodny. Na terenie województwa poruszałem się Fiatem 125. Potem Fiata 132 zamieniono na Poloneza 2000. W prywatnych sprawach mogłem jeździć poza granice województwa służbowym samochodem, ale pod warunkiem opłacenia paliwa. Talon na własny samochód dostałem dopiero w końcówce urzędowania, bo wcześniej nie był mi potrzebny. Miałem możliwość, za odpowiednią odpłatnością, korzystania z rządowych ośrodków wczasowych i z wczasów zagranicznych, ale zupełnie wyjątkowo tam jeździłem. Po prostu zawsze miałem za dużo pracy i nie korzystałem z urlopu. Z budżetu terenowego pokrywano nam koszt zainstalowania telefonu, wtedy stosunkowo wysoki, oraz abonament telefoniczny. Moje stanowisko łączyło się także z wieloma ograniczeniami. Każdorazowo musiałem uzyskiwać zgodę Warszawy na służbowy lub prywatny wyjazd za granicę nie tylko kraju, ale nawet województwa. Na początku roku musiałem zgłaszać premierowi terminy mojego urlopu i moich wicewojewodów. Ponieważ trudno mi było z góry planować, najczęściej nie miałem urlopów.

Czy miał Pan swoją teczkę w Urzędzie Bezpieczeństwa?

 Nie wiem. Nie interesowało mnie to nawet wtedy, gdy już można było dotrzeć do zasobów Urzędu Bezpieczeństwa i nie zamierzam tym się zajmować.

Jak w Pana opinii Gorzów przyjął tę nową instytucję, nadrzędną przecież w stosunku do najważniejszego dotąd Urzędu Miasta?

Nigdy nie dotarły do mnie niechętne opinie. Dla Gorzowa był to awans. W 1975 r. miasto liczyło 81 tysięcy mieszkańców, w 1980 r. przekroczyło 100 tysięcy, a w 1990 r. miało o 42 tysiące więcej niż w roku powołania województwa. Jakby powstało nowe miasto. A stało się to w znaczącej mierze dzięki osiedleniu się tu ludzi związanych z nową strukturą administracyjną. Wzrosły fundusze dla miasta, z wojewódzkiej puli wybudowaliśmy szpital, dużo bloków mieszkalnych, zwiększyła się oferta i atrakcyjność. W związku z powołaniem województwa powstało ok. 50 nowych instytucji, zlokalizowanych najczęściej w Gorzowie, choć, jak mówiłem, nie tylko. Do pracy w instytucjach wojewódzkich przyjechało wiele osób z wyższym wykształceniem, którzy nadali ton miastu. Zrodziły się nowe środowiska: prawnicze, inżynierskie, kulturalne, dziennikarskie. We wspólnym województwie zielonogórskim Gorzów miał poczucie drugorzędności w stosunku do Zielonej Góry, a po powołaniu województwa stał się miastem równorzędnym. Z prezydentami Gorzowa współpracowało mi się zawsze w pełnej zgodzie. Lata województwa to był dobry okres w rozwoju miasta. Co prawda nie udało nam się zbudować obwodnicy, ale jeszcze nie był to czas na takie inwestycje.

Natomiast trwałą inwestycją, jaką Pan pozostawił, jest budynek Urzędu Wojewódzkiego i sąsiedni, w którym obecnie ma siedzibę Urząd Skarbowy.

Od początku wiedziałem, że trzeba wybudować nowy obiekt dla Urzędu Wojewódzkiego. Dowiedziałem się, że we Wrocławiu znajduje się konstrukcja 16-kondygnacyjnego budynku, która od kilku lat leżała niewykorzystana. Była skorodowana, wymagała piaskowania. Kupiliśmy ten budynek, który kosztował znacznie taniej od  stawiania nowego. Jest tam 6160 m. kw. Wprowadził się tam Urząd Wojewódzki i niektóre instytucje.

Obok stanął inny budynek administracyjny, popularnie zwany tramwajem.

Obiekt był bardzo potrzebny dla instytucji podległych urzędowi oraz dla innych służb wojewódzkich. Nie mogłem go wprowadzić do planu, nie miałem funduszy na budowę, więc zacząłem szukać pieniędzy w resortach, które chciały tam umieścić swoje agendy. Budynek ten powstał więc w drodze tzw. partycypacji środków. Na podstawie zamawianej powierzchni określaliśmy wysokość kosztów. Ale to ja musiałem jeździć do Komisji Planowania, do resortów i zjednoczeń, aby te środki wyjednać. Ma on 5129 m kw. powierzchni, budowa kosztowała 269 mln zł i prawie w całości została pokryta przez zamawiających. Udało się dwa budynki wybudować i oba zagospodarować. Trzeba jednak pamiętać, że zostały one skończone dopiero w końcówce 1986 roku, więc ponad 10 lat pracowaliśmy

w bardzo trudnych warunkach. Za zakończenie inwestycji byłem chwalony przez pracowników i interesantów, ale niektórzy, szczególnie ci stojący z boku, narzekali.

 

Podstawowy zarzut związany był z Pana obietnicą, że pomieszczenia opuszczane przez biura przeznaczone zostaną na cele mieszkaniowe.

Przyznaję, nie wywiązałem się z takiego przyrzeczenia. Stało się nieco inaczej. Budynek po Wydziale Rolnictwa przy ul. Sikorskiego otrzymała biblioteka, która dotąd miała niewielką siedzibę, za małą do spełniania swojej wojewódzkiej funkcji. Uznałem, że potrzeby tej instytucji użyteczności publicznej są priorytetowe. Pomieszczenia po Wojewódzkiej Dyrekcji Inwestycji przekazane zostały Wojewódzkiemu Sztabowi Wojskowemu. Najwięcej awantur dotyczyło budynku przy ulicy Kwiatowej. Pierwotna koncepcja zakładała, że będą tam mieszkania rotacyjne dla młodych małżeństw. A ja zdecydowałem, aby ten obiekt oddać milicji. Moim zdaniem było to optymalne rozwiązanie. Komenda milicji musiała mieć nowy budynek, bo wcześniej wielu milicjantów pracowało nawet w barakach. W zasadzie obiekt dla milicji był w planie, ale tylko na papierze. Pieniądze i materiały musielibyśmy wygospodarować we własnym zakresie kosztem innych inwestycji. Ciągle uważam, że to była słuszna decyzja. Gdyby po następnej reformie administracyjnej policja w Gorzowie nie dysponowała taką siedzibą, oczywiście po późniejszej modernizacji, na pewno nie mogłaby tu powstać Komenda Wojewódzka Policji, a instytucję tę przejęłaby Zielona Góra.

Podobnie nie moglibyśmy marzyć o Lubuskim Urzędzie Wojewódzkim, gdyby nie było odpowiedniego obiektu.

To tamte inwestycje zdecydowały, że dziś Gorzów jest siedzibą wojewody lubuskiego i lubuskiego komendanta policji.

O wieżowcu Urzędu Wojewódzkiego mówiło się wtedy „Nowak-majning”. Nowak – zrozumiałe, bo był Pan wojewodą i zbudował ten obiekt, majning – bo wtedy w telewizji królował serial „Powrót do Edenu” o bogatej rodzinie Harperów, która prowadziła firmę Harper-Mining w podobnie eleganckim wieżowcu.

Wiem. Odbierałem takie określeni jako wyraz uznania dla inwestycji, ale już chyba nikt go nie pamięta. Poszedł w zapomnienie jak i serial „Powrót do Edenu”.

Jak wyglądał przeciętny dzień Pana pracy?

Pracę zaczynałem ok. godz. 6.30, a kończyłem w późnych godzinach wieczornych. Miałem zasadę, że gdy wracałem z terenu do Gorzowa, obojętnie o której godzinie, zajeżdżałem do biura, aby przejrzeć pocztę i ustalić plan pracy na dzień następny. Mój sekretariat był czynny 24 godziny na dobę. W niedziele i dni wolne od pracy też.

W przededniu Dnia Kobiet, a dokładnie w 3 marca 1988 r. „Gazeta Lubuska” przeprowadziła wśród osób ważnych dla regionu ankietę: „Czy możemy porozmawiać o pańskiej żonie?”. Odpowiedział Pan wtedy: Oj, pani redaktor, wolałbym rozmawiać o wszystkim, tylko nie o własnej żonie. Nigdy nie unikałem kłopotliwych pytań, ale to należy do wyjątkowo trudnych. Bo widzi pani w normalnych rodzinach związki między małżonkami są inne niż u ludzi na stanowiskach. Mój kontakt z żoną jest niewielki, gdyż widujemy się tylko wieczorami. Do pracy wychodzę o 6.00, wracam po 23.00. Pracuję niemal w każdą sobotę i niedzielę, Dlatego podziwiam żonę za jej tolerancję i wyrozumiałość, za to że była i jest dobrą matką. Przecież na nią spadł ciężar wychowania naszej córki, która już skończyła studia i pracuje. Jak więc widzi pani z żoną nie mamy nawet czasu na wspólne wyjścia do kina czy do teatru. A że jest to kobieta dobra i wspaniała, świadczy chyba fakt, że przeżyliśmy  z sobą prawie 30 lat. Czy dziś, po kolejnych 25 latach powiedziałby Pan to samo?

Tak. Jesteśmy zgodną, szanującą się rodziną. Z żoną przeżyliśmy już razem ponad 50 lat. A córka, obok swojego męża, dała nam dwóch wspaniałych wnuków bliźniaków, już też prawie dorosłych.

Krystyna Kamińska

Od redakcji: Książka „Zawsze Nowak” jest do kupienia w biurze Uniwersytetu Trzeciego Wieku , ul. Jagiełły 15, tel/fax (095) 722 48 75, e-mail: utw-gorzow@wp.pl.  Cena 30 zł. Sponsorzy tej książki zdecydowali, że zysk z dostępnych jeszcze egzemplarzy przeznaczony zostanie na dofinansowanie Uniwersytetu Trzeciego Wieku, stąd to miejsce sprzedaży.