Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa i regionu, publicystyka, wywiady, sport, żużel, felietony

Jesteś tutaj » Home » Sport »
Bony, Horacji, Jerzego , 24 kwietnia 2024

W piłce nie ma drogi na skróty

2019-12-20, Sport

Rozmowa z Krzysztofem Kaczmarczykiem, piłkarzem Stilonu Prosupport

medium_news_header_26579.jpg

- Jak pan ocenia rundę jesienną w wykonaniu Stilonu?

- Runda nie była łatwa dla klubu po spadku z trzeciej ligi. Początek był słaby w naszym wykonaniu, gdyż zdobyliśmy tylko punkt w dwóch pierwszych spotkaniach. Później się jednak pozbieraliśmy i koniec rundy oraz mecz z Zagłębiem Lubin w Pucharze Polski pokazał, że drużyna prezentuje się dobrze.

- Sporo młodych zawodników pojawiło się w kadrze Stilonu w tym sezonie. Kto z nich według pana ma tzw. papiery na granie w wyższej lidze?

- Jest czterech czy pięciu takich chłopaków, ale przed nimi długa droga. Dużo treningów, ciężkiej pracy przed nimi, gdyż nie ma w piłce drogi na skróty. Wiele rzeczy w życiu tych chłopaków musi być poukładane - dom, wsparcie rodziców, szkoła, a chłopcy muszą mieć świadomość, że tylko przez ciężką pracę mogą pójść dalej.

- Wszyscy na Pana mówią „Jogi”, skąd wziął się ten pseudonim?

- Stara historia jeszcze ze szkoły podstawowej, obok której mieszkałem i chodziłem na przerwach do domu coś zjeść. Jak koledzy pytali gdzie idę to odpowiadałem, że idę zjeść. Chłopacy się śmiali i mówili, że kradnę komuś kanapki jak miś Jogi i tak to zostało.

- Awansował pan kilka lat temu z zespołem z Niecieczy do ekstraklasy, lecz rozegrał pan w niej tylko trzy spotkania, jakie są, więc wspomnienia z tego klubu?

- Miałem długą drogę do ekstraklasy, mogłem grać wcześniej w Amice Wronki, ale złapałem kontuzję. Później już nawet nie myślałem, że zagram w ekstraklasie, ale cały czas robiłem swoje, trenowałem i czekałem na swoją szansę. Awansowałem wraz z Niecieczą do ekstraklasy, zagrałem w trzech pierwszych meczach, które niestety przegraliśmy. Trener mnie chwalił, miałem najwyższe noty w drużynie w mediach. Później jednak wydarzyły się rzeczy, o których do końca nie chce mówić szerzej, bo się dobrze pożegnałem z Niecieczą. Nie czułem się gorszy od innych zawodników, ale w klubie oprócz trenera jest menadżer, wokół klubu sporo innych menadżerów, którzy mieli też tam swoich zawodników. Postawiono na innych piłkarzy, od których wcale nie czułem się gorszy na treningach. Miałem wtedy już 35 lat i byłem zresztą chyba w pierwszej piątce zawodników, którzy tak późno debiutowali w ekstraklasie. Jak się w klubie robi czystki, to bierze się pod uwagę wiek zawodnika. Nie mam pretensji do trenera Piotra Mandrysza, że zostałem odsunięty od składu. Mogłem zostać do czerwca do końca sezonu w Niecieczy, gdyż miałem ważny kontrakt. Wychodzę jednak z założenia, że jak mnie nie chcą, to odchodzę. Miałem kilka propozycji z pierwszej ligi, ale ostatecznie wróciłem do Gorzowa, gdyż chciałem zająć się uzyskaniem papierów trenerskich. Niecieczę miło wspominam, grałem tam ze świetnymi zawodnikami choćby z Darkiem Pawlusińskim, Dawidem Plizgą, Sebastianem Nowakiem, Emilem Drozdowiczem, Wojtkiem Kędziorą, a na koniec włodarze klubu na czele z panią prezes Witkowską pożegnali się ze mną z klasą.

- Rozumiem, że przyszłość wiążę pan z zawodem trenera?

- W tej chwili cały czas się dokształcam, posiadam licencję UEFA A, a wszystko kręci się wokół piłki.  Dodatkowo pracuję w szkole w Liceum Akademickim i w Akademii Młodych Orłów. Trenuję codziennie z młodymi zawodnikami, do tego dochodzą treningi z pierwszą drużyną. Choć tu trener poszedł mi na rękę i z racji wielu obowiązków nie jestem na każdym treningu pierwszej drużyny. Praca trenera to jest często gonitwa od rana do wieczora kosztem rodziny i tak to wygląda. Czasami głowa boli od piłki.

- Mimo nawału obowiązków spotkać pana można często na siłowni, gdzie akurat rozmawiamy.

- To już we własnym zakresie trenuję indywidualnie, jestem już starszym zawodnikiem i muszę dbać o siebie i stąd też wizyty na siłowni.

- Ma pan 39 lat, ale sylwetka nadal nienaganna, omijają również pana kontuzje. Zakładam, że na razie nie zamierza pan kończyć przygody z piłką, jako zawodnik?

- Powiem krótko, dopóki zdrowie pozwoli to będę nadal grał.

- Niedawno prowadzona przez pana drużyna juniorów Stilonu przegrała baraż z Rakowem Częstochowa o wejście do Centralnej Ligi Juniorów do lat 17. Czego zabrakło pana drużynie, żeby awansować?

- To było chyba najtrudniejszy rywal, na jakiego trafiliśmy w losowaniu. Taktycznie i motorycznie nie byliśmy gorsi, dobrze byliśmy przygotowani również mentalnie. Na pewno Raków, jako zespół posiadał większe umiejętności, jest tam wielu chłopaków, którzy grają w kadrze narodowej. Ogrywają się również w czwartoligowych rezerwach i ta selekcja jest na innym poziomie. Mieliśmy też kilka kontuzji, dodam tylko, że my ten zespół budowaliśmy tak naprawdę tylko dwa miesiące. Taki Raków ma 3 miliony złoty na akademię, to też pokazuje skalę różnicy. Mieliśmy jednak cały czas wsparcie klubu, rodziców, szkoły, pomagało nam wielu anonimowych sponsorów, za co wszystkim należą się słowa uznania. Z tej grupy wielu chłopaków może pójść wyżej.

Przemysław Dygas

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x