2019-01-20, Prosto z miasta
Tak mówiła Carla Müller, córka ostatniego właściciela willi Schroedera. Dziś siedziby Muzeum Lubuskiego im. Jana Dekerta w Gorzowie.
Przesympatyczna starsza pani bywała częstym gościem dawnej rodowej siedziby. Pod koniec życia zamieszkała w malutkiej wsi pod Santokiem.
20 stycznia minął rok od śmierci Carli Müller, wnuczki Gustawa Schroedera, budowniczego willi przy ul. Warszawskiej, oświeconego fabrykanta landsberskiego, jej dziadka. Muzealnicy gorzowscy mówią o niej – dobry duch naszego muzeum. W Dzień Pamięci i Pojednania Muzeum Lubuskie im. Jana Dekerta otworzy wystawę kolekcji francuskiej porcelany podarowaną przez Carlę Müller, w tym tą najsłynniejszą z Sevres. A my przypominamy tekst o Niej, który powstał w styczniu 2014 roku. Na potrzeby tego wydania została zmieniona jedynie gramatyka wypowiedzi.
- Jestem głęboko wdzięczna temu rosyjskiemu oficerowi, który nie dopuścił do dewastacji naszego domu – powtarzała za każdym razem Carla Müller, córka ostatniego właściciela przepięknej willi Gustawa Schroedera, gorzowskiego fabrykanta, światłego obywatela tego miasta, który willę postawił dla własnej rodziny, a jego potomkowie musieli uciekać z miasta nad Wartą, Kłodawką i Srebrną bardzo mroźną zimą 1945 roku. Pani Carla miała na myśli generała Nikołaja Bierzarina, bo dzięki niemu przepiękna budowla ocalała w stanie nienaruszonym.
Opowieść o rodzinie
Muzeum jakiś czas temu otworzyło stałą ekspozycję poświęconą właścicielom, czyli tym, którzy budynek wznieśli. I tam, wśród różnych zdjęć, jest też fotografia, zresztą nie jedna, ślicznej dziewczynki, Carli Lehmann. Można ją zobaczyć samą, albo w konfiguracji z rodzeństwem lub też z rodzicami. To oni właśnie doczekali do końca niemieckiego państwa w 1945 r. na tych ziemiach i to oni uciekali przed Armią Czerwoną z Gorzowa, wówczas Landsbergu. Jest zresztą takie zdjęcie, gdzie widać dziwny wóz, taki trochę drabiniasty, trochę jak z filmów fantasy. Tym wozem właśnie wyjeżdżali z Landsbergu.
– No tak, tym jechaliśmy na zachód – przyznawała pani Carla. A ówczesny dyrektor Muzeum Dekerta, Wojciech Popek dodał, że ten wóz to jeszcze długo był gotowy do drogi, bo a nuż, znów trzeba będzie gdzieś się przemieszczać. Rodzina szczęśliwie przeżyła, cała piątka rodzeństwa, co można zobaczyć na zdjęciach w muzeum, cieszyła się dobrym życiem i czasami zaglądała do Gorzowa. Pani Carla miała najbliżej, bo mieszkała w Ludzisławicach, tuż koło Gorzowa. Zresztą w domu po Emilii Domańskiej, artystce tkaczce, która się wyprowadziła do Poznania. I jak sama mówiła, już do Niemiec nie miała zamiaru wracać.
– Pani Carla bywa u nas, jak jest w Gorzowie, napije się z nami kawy, coś wspomni, my ją też wspomagamy, jeśli trzeba – mówił wówczas Wojciech Popek i pokazywał kolejne zdjęcia wiążące się z rodziną Schroederów i Lehmannów. To stare dagerotypy, bądź ich nowe cyfrowe odczytania. Ale tak naprawdę, to ważne było to, że pani Carla przyjeżdżała do Muzeum Lubuskiego, dobrze się tu czuła i rozmawiała z ludźmi, którzy niekoniecznie znają jej macierzysty język, czyli niemiecki. –To wspaniała sprawa móc tu przyjeżdżać i patrzeć, jak ktoś dba o mój dom, a jest on zadbany znakomicie – mówiła uśmiechnięta i życzliwa wszystkim starsza pani.
Pół świata mojego jest
Jak się patrzyło wówczas na panią Carlę, wybitnie sympatyczną osobę, ubraną w sweter wydziergany na drutach i z włosami zawiązanymi w niedbały kucyk, albo kok, stojącą przy zdjęciach rodzinnych z tych czasów, kiedy nazywała się jeszcze Lehamann, to trudno uwierzyć, że to córka i wnuczka wielkich fabrykantów, bardzo zamożnych ludzi. Bo w niej nie było nic, co każdy chciałby przypisać majątkowi. Oto zwyczajna pani w mocno średnim wieku, która zaglądała do Muzeum Lubuskiego, kiedyś jej własnego domu. I czuła się jak u siebie, a to za sprawą dyrekcji muzeum i ludzi tam pracujących.
– Przecież nikt nie pamięta, a może i nie wie, że pani Carla, to doktor geodezji i naprawdę pół świata zjeździła na różnych badaniach. Dość wspomnieć, że pracowała dla wielkiej amerykańskiej firmy Texaco – tłumaczył dyrektor Wojciech Popek. I dodawał, że objechała pół świata i okolic. - A dziś, to najważniejsze, że jest z nami i nam opowiada swoją i naszą historię miasta i nas samych – mówił w 2014 roku.
Klucze jeszcze pasują
Choć do muzeum najczęściej zaglądała właśnie pani Carla, to sama placówka ma jeszcze bardzo dobre kontakty z pozostałym rodzeństwem. – To wszak oni podarowali muzeum śliczny komplet śniadaniowy, który zachwyca do dziś zwiedzających. Jak obchodziliśmy stulecie willi, to pan Mathias Lehmann, brat Carli podarował na pęk kluczy do willi. I co ciekawe, one nadal pasują do tych zamków, bo przecież nie są zmienione – opowiadał dyrektor Wojciech Popek.
Dzięki kontaktom z Lehmannami w muzeum można oglądać wystawę malarstwa niemieckiego, wiosną ona się zmieni, bo obecna ekspozycja pojedzie do właściciela, czyli Mathiasa Lehmanna, a przyjdzie kolejna część jego zbioru.
A wśród eksponatów po byłych właścicielach jest też mały lekko przybrudzony kotek. To zabawka, która należała także do Mathiasa Lehmanna i była furorą wystawy, jaką przed laty muzeum urządziło w Spichlerzu. Pokazano wówczas przedmioty, jakie należały do uciekinierów niemieckich, ale i Polaków, których na te tereny po II wojnie światowej przygnała historia. – Oj, to była bardzo ważna zabawka mego brata. Miał ją ze sobą podczas całej podróży w czasie ucieczki – mówiła pani Carla.
Renata Ochwat
Od piątku, 30 stycznia pracownicy Urzędu Miasta Gorzowa Wlkp. będą roznosić decyzje ustalające wysokość podatku od nieruchomości, podatku rolnego, podatku leśnego oraz łącznych zobowiązań pieniężnych na rok 2026.