Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa i regionu, publicystyka, wywiady, sport, żużel, felietony

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Artura, Rajmunda, Seweryny , 8 stycznia 2026

Ciężko się z taką śmiercią pogodzić

2026-01-07, Prosto z miasta

Śledztwo w sprawie narażenia pacjenta na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez personel medyczny gorzowskiego szpitala prowadzi tutejsza prokuratura. Pacjent zmarł.

medium_news_header_45673.jpg
Fot. Maja Szanter

Kiedy u 39-letniego gorzowianina, Tomasza K. (dane pacjenta oraz członków rodziny zostały zmienione) niechorującego na żadną chorobę przewlekłą, pracującego fizycznie za granicą, podczas pobytu w domu, w połowie października, pojawiły się objawy ze strony układu pokarmowego oraz lekka gorączka, rodzina połączyła to z infekcją wirusową. Po trzech dniach domowego leczenia objawy ustąpiły, natomiast pojawił się męczący kaszel, duszności, ból w klatce piersiowej oraz silny ból głowy.

Odesłanie do domu to nie pomoc

- Wziął tabletkę przeciwbólową, zasnął. Około godziny 19 wstał. Wrak człowieka. Cera papierowa, oczy zapadnięte, sine – relacjonuje Bożena, partnerka Tomasza. Wraz z matką mężczyzny postanowiły taksówką pojechać do szpitala.

Pacjent trafia na Dekerta w sobotę przed południem. Sprawy formalne przy okienku załatwia partnerka, ponieważ Tomasz jest tak słaby, że jej zdaniem nie byłby w stanie ani wstać, ani czekać przy okienku. Podtrzymywany podchodzi tylko podpisać dokumenty. Obsługa, jak twierdzi rodzina, jest sprawna i szybka. Pacjent trafia do gabinetu lekarskiego, wychodzi ze skierowaniem na RTG płuc. Po 1,5 godz. oczekiwania na wynik do gabinetu Tomasz wchodzi już z matką, ponieważ jego stan jest coraz gorszy.

Opis RTG wskazuje na możliwy ropień 56 mm z płynem. Matka wskazuje lekarzowi, że syn źle wygląda, ma zapadnięte oczy, schudł kilka kilogramów, z trudnością przełyka nawet małe ilości wody. Na pytanie matki, czy ropień to coś groźnego, lekarz odpowiada, że tak, bo może pęknąć i być zagrożeniem dla życia. Zaleca doustny antybiotyk, inhalacje, a przy braku poprawy w ciągu trzech dni  - wizytę u lekarza rodzinnego. Ponadto zaleca dużo pić wody. W opisie wizyty lekarz pisze: ,,stan ogólny dość dobry”.

Ciężki powrót do domu, Tomasz nie pozwala się podtrzymać przy wchodzeniu na pierwsze piętro, ponieważ jest cały obolały. W domu, według relacji matki, łapie powietrze jak ryba. Inhalacja nie zdaje egzaminu, bo po dwóch - trzech wziewach jest jeszcze gorzej.

Tak mija niedziela, ale wieczorem Tomasz, podtrzymujący się ściany, wracając z łazienki, upada. Jeszcze świadomy, ale ,,odpływający”. Bożena wzywa pogotowie. Ratownicy pojawiają się po kilku minutach. Intubacja, po chwili 20-minutowa resuscytacja. Tuż przed godziną 20. pacjent trafia do szpitala w stanie ciężkim. W poniedziałek po godzinie 6. rano umiera. Bezpośrednia przyczyna zgonu: odma płucna. Wyjściowa: ropień płuca z zapaleniem płuc.

Rodzina decyduje się na sekcję zwłok

- Nie mamy żadnych zastrzeżeń do zespołu ratowników medycznych, bo oni odwalili największą robotę. Winimy jedną osobę, lekarza z naszej pierwszej wizyty, bo gdyby go w sobotę zostawił w szpitalu, to Tomasz miałby szanse na przeżycie – mówi Bożena. - On był do uratowania. Gdyby dostał w takim ciężkim stanie dożylnie antybiotyk, gdyby został zrobiony drenaż... Lekarz przed sekcją pytał, dlaczego nie zgłosiliśmy się z tym chociaż dzień czy dwa wcześniej. Tylko że my byliśmy i nas odesłali... Spuścił wzrok i podpisał zgodę na sekcję. Mam wyrzuty, bo gdybym na pierwszej wizycie znała ryzyko, że on może umrzeć, to policja by mnie z tego szpitala wyniosła, ale on by tam został. To nie był jego czas – płacze kobieta.

Dodaje, że ciężko się z taką śmiercią pogodzić, bo to nie było zdarzenie losowe, na które nie mamy wpływu. -  Zgłaszasz się po pomoc i jej nie dostajesz. Odesłanie go do domu to nie była pomoc. Oni nie spróbowali nawet. Ile mogło być takich przypadków wcześniej? Zawiódł jeden lekarz, jego zaniedbanie i tylko o niego nam chodzi. Żeby więcej matek przez niego nie płakało – żali się Bożena.

Wydanie opinii  może zająć do dwóch lat

Rodzina zgłasza się do kancelarii prawnej. 16 października sprawa trafia do gorzowskiej Prokuratury Rejonowej. Ta wszczyna śledztwo w sprawie narażenia Tomasza K. na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez personel medyczny Wielospecjalistycznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie przez nieprawidłowe postępowanie diagnostyczno-lecznicze, w wyniku czego pokrzywdzony zmarł.

- 27 października 2025 roku śledztwo zostało przejęte do kontynuowania przez Prokuraturę Okręgową w Gorzowie Wielkopolskim – informuje prokurator Mariola Wojciechowska-Grześkowiak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie. - Śledztwo pozostaje w toku, trwa zbieranie materiału dowodowego. Zostali przesłuchani świadkowie, gromadzona jest dokumentacja medyczna pokrzywdzonego i dokumentacja z sekcji zwłok, na której był obecny prokurator. Ze wstępnego ustalenia z sekcji zwłok wynika, że przyczyną śmierci pokrzywdzonego było zapalenie płuc z powikłaniami – mówi M. Wojciechowska-Grześkowiak.

W dalszym kroku prokuratura planuje powołanie zespołu biegłych lekarzy, by wydali specjalistyczną opinię sądowo-medyczną. To może potrwać od pół roku do dwóch lat w skrajnych przypadkach.

Do zaistniałej sytuacji odniósł się Paweł Trzciński, rzecznik prasowy gorzowskiego szpitala.

- Zgodnie z wewnętrznymi uregulowaniami obowiązującymi w szpitalu każdy przypadek zgonu, również ten, podlega analizie wewnętrznej. Szpital na bieżąco współpracuje z prokuraturą i udziela wszelkich niezbędnych informacji – komentuje rzecznik.

Jak przyznaje rodzina zmarłego Tomasza, jej wątpliwości budzi nie tylko feralna decyzja o odesłaniu ich bliskiego do domu podczas pierwszej wizyty w szpitalu, ale to, czy lekarz mógł dobrze zrozumieć opis RTG. Zarówno lekarz przyjmujący, jak i opisujący RTG, byli Ukraińcami. Nie wiadomo ponadto, czy lekarz widział płytę ze zdjęciami, czy tylko opis. Językowo nie było problemów komunikacyjnych, choć – ja przyznaje rodzina – wizyta była krótka, a lekarz mało się odzywał. 

Wszystkie okoliczności sprawy zbada prokuratura.

Izba Lekarska domaga się zmian

Zasady zatrudniania w placówkach medycznych obcokrajowców to problem ogólnopolski. Zwracała na to uwagę Naczelna Izba Lekarska, która protestowała przeciw brakowi jakiegokolwiek sprawdzania znajomości języka polskiego i domagała się od Ministerstwa Zdrowia, by wprowadzić wymóg znajomości języka polskiego na poziomie B1 – taki wchodzi o stycznia 2026 roku.

- Naszym zdaniem to zbyt mało. Domagamy się, by było to analogicznie do krajów zachodnich – B2/C1 – informuje Jakub Kosikowski, rzecznik prasowy NIL.

B1 to znajomość średniozaawansowana, radzenie sobie w większości sytuacji, B2 – to swobodna komunikacja, także w zakresie terminologii specjalistycznej, np. medycznej, a C1 to poziom zaawansowany i biegłość w języku obcym. 

Problemem jest także, sygnalizowane w całym kraju, udokumentowanie wykształcenia lekarzy z Ukrainy i Białorusi.

- Mamy już potwierdzony przypadek sfałszowanego dyplomu w trybie uproszczonym. Naszym zdaniem jedyna ścieżka zatrudnienia w polskich placówkach medycznych to albo nostryfikacja, albo egzamin państwowy - Lekarski Egzamin Weryfikacyjny. Weryfikują one jednocześnie język i znajomość medycyny – przedstawia stanowisko NIL rzecznik J. Kosikowski. 

Pytania zadaliśmy rzecznikowi już po ujawnieniu w mediach sprawy z jednej z prywatnych pracowni diagnostycznych we Wrocławiu, w której zespół złożony z Białorusinów i Ukraińców podał pacjentowi kontrast, mimo zgłoszenia przez niego, że wcześniej doznał wstrząsu anafilaktycznego. Mężczyzna zmarł. Sprawę ujawnił dr n. med. Paweł Wróblewski, prezes Dolnośląskiej Rady Lekarskiej, zwracając uwagę na wiele aspektów zatrudniania lekarzy zza naszej wschodniej granicy, głównie na różnice w systemie kształcenia oraz znajomość języka (za portalem tuwroclaw.com), co finalnie stanowi zagrożenie dla polskich pacjentów. Sprawę prowadzi wrocławska prokuratura, która obecnie czeka na opinię uzupełniającą zespołu biegłych z Katowic.

W gorzowskiej lecznicy procedury MZ

W sprawie zasad zatrudniania lekarzy z Ukrainy i Białorusi w gorzowskim szpitalu zapytaliśmy także u źródła. Jak informuje P. Trzciński szpital przyjmuje lekarzy wedle zaleceń Ministerstwa Zdrowia - po zdanym egzaminie z języka polskiego (poziom B1) i procedury uproszczonej zatrudniania.

- Przyjmujemy lekarzy z aktualnym prawem wykonywania zawodu wydanym przez Okręgową Radę Lekarską – informuje rzecznik.

Szpital weryfikuje dokumenty, odbywa się ponadto rozmowa z kierownikiem oddziału czy zakładu, w którym lekarz ma pracować.

Aktualnie w szpitalu przy Dekerta lekarze z Ukrainy i Białorusi stanowią 23 proc. zatrudnionych na umowę o pracę, pielęgniarki – 2 proc. Wśród medyków  zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych to odpowiednio 10 i 2 proc.

Lekarz, do postępowania którego zastrzeżenia ma rodzina Tomasza K., legitymuje się dyplomem państwowego uniwersytetu w Sumach oraz aktualnym prawem wykonywania zawodu lekarza. W gorzowskim szpitalu pracuje na umowie zlecenie od października 2023 roku. 

Tekst i zdjęcia: Maja Szanter

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x