Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa i regionu, publicystyka, wywiady, sport, żużel, felietony

Jesteś tutaj » Home » Prosto z miasta »
Błażeja, Joanny, Telimeny , 3 lutego 2026

Kociary i inne dobre dusze

2026-02-02, Prosto z miasta

Zima – ale kociary są na swoim szlaku. I nie tylko one. Dobre dusze rozsypują ziarno, sprzątają skórki od chleba, bo kaczki będą chorować.

medium_news_header_45835.jpg
Fot. Renata Ochwat

Późny wieczór, jedno z podwórek na gorzowskim Nowym Mieście. Do kilku śmietników stojących w samym niemal środku podchodzi energiczna szczupła pani. Nie mówi, jak ma na imię, można się do niej zwracać - pani Mario. Szybkimi ruchami przegląda odpadki. Wybiera to, co się nadaje do recyclingu. Na osobnym stosie lądują puszki po napojach, na osobnym metal, na jeszcze innym rzeczy, na które nikt by nie zwrócił uwagi. Jedna z gorzowskich kociar właśnie zaczyna pracę. Ile ich jest? Tego nie wie nikt, bo nikt ich nie liczy, ani nie bardzo zwraca uwagę na ich pracę. Teraz pani Maria robi obchód dwa razy dziennie. Zima, trzeba więcej karmy, a i trzeba dopatrzeć ulubieńców.

Karmić je trzeba

Takich kociar w mieście jest trochę. Z reguły ich nie widać, bo wtapiają się w pejzaż. Mieszkańcy Nowego Miasta czasami zauważają kociary, ale traktują je, jakby były niewidoczne. – Ot, nieszkodliwe fiksatki. Chcą karmić koty, niech karmią. Póki mnie to nie dotyczy, niech sobie będą - mówi jedna z mieszkanek Nowego Miasta.

A inna przypomina, jak kilka lat temu z taką jedną „nawiedzoną”, jak określa jedną z gorzowskich kociar, stoczyła wojnę o zamykanie piwnicznych okienek, bo mróz od piwnicy szedł. - No i ona znalazła jakiś inny sposób, aby tym kotom pomagać. Teraz jakoś mi zniknęła z oczu, ale nadal te zwierzaki karmi, bo miski stale widać - opowiada.

Walka o przetrwanie

Mroźna zima, jaka przyszła, jest dla kociar wielkim wyzwaniem. Szczelne piwniczne okienka, pozamykane wejścia do klatek schodowych to więcej niż wyzwanie, to często być albo nie być kotów wolno żyjących i dokarmianych przez kociary. Muszą często toczyć walkę nie tylko z zimnem, nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z niechętnymi sąsiadami.

Na pytanie, dlaczego to robią, wszystkie mówią, że tak trzeba, bo zwierzaki bez nich nie przeżyją, że bez kotków to jakoś trudno im w życiu. Żadna nie używa słów górnolotnych, jak miłość, poświęcenie, obowiązek.

Żeby kaczki nie chorowały

Mroźna zima to też wyzwanie dla dokarmiaczy ptaków. – Ile ja się nawalczę z tymi, co to chleb czy jakie spleśniałe stołowe resztki wyrzucają i  mówią, że to dla ptaków – złości się drobna starsza pani spotkana przy stawie w Parku Wiosny Ludów. Niechętnie zgadza się na rozmowę.

– Mają mnie za wariatkę. Bo ja chodzę, zbieram ten spleśniały chleb. Tłumaczę, że można kupić ziarno, niesolony słonecznik albo jakieś inne niesolone orzeszki. Sikorom daję niesoloną słoninę. Zresztą teraz w sklepach dla zwierząt można kupić wszystko, co zwierzętom na stół się podaje – mówi. Dodaje, że nie rozumie, jak ludzie mogą dawać kaczkom resztki. – Przecież to obrzydliwe jest – kończy rozmowę.

Miejsc, gdzie gorzowianie dokarmiają głodne ptaki, jest sporo, bo i na nabrzeżach Kłodawki, bo i na brzegach Warty, ale i nad miejskimi stawami też. Wszędzie tam, gdzie zimują kaczki.

I tylko małe dzieci maja problem – bo nie rozumieją, jak kaczuszkom nie jest zimno w nogi.

Renata Ochwat

X

Napisz do nas!

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x