2014-05-09, Trzy pytania do...
Trzy pytania do Jerzego Kanclerza, jedynego kibica, który był na wszystkich żużlowych turniejach Speedway Grand Prix
- Jaka, na obecną chwilę, jest kondycja indywidualnych mistrzostw świata na żużlu?
- Gdybym miał odpowiedzieć jednym słowem stwierdziłbym, że mizerna. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. Tu nawet nie chodzi o zbyt dużą ilość turniejów SGP organizowanych corocznie. Problemy tkwią w zawirowaniach, jakie wystąpiły wokół mistrzostw w ostatnich latach. Zapomniano, że nie można wszystkiego przekładać na pieniądz. Główny organizator mistrzostw w pędzie za zyskiem nie idzie w kierunku promowania. Dobitnym tego przykładem jest powielanie miejsc, w którym rozgrywane są poszczególne rundy. Potrzebna jest większa rotacja. Jeżeli w Pradze już rozegrano 17 turniejów, niedługo będzie tam kolejny to trudno dziwić się, że ludzie jakoś nie ciągną do tego pięknego miasta. Niedawno w Bydgoszczy odbył się turniej nr 16 i na trybunach zasiadła garstka widzów. Miejscowi kibice zaczynają być tym znużeni. A przyjezdni chcą skorzystać dodatkowo turystycznie. Ile razy jednak można pójść na Hradczany czy na bydgoski rynek? No i te wysokie ceny biletów. Coraz mniejsze grono ludzi stać na płacenie po sto i więcej złotych za obejrzenie jednych zawodów.
- W jakim kierunku powinny pójść zmiany, żeby Speedway Grand Prix odzyskało zaufanie kibiców i ponownie cieszyło się sporym zainteresowaniem?
- Przede wszystkim organizatorzy z BSI nie powinni wojować z innymi firmami, które działają na rzecz żużla. Mam tu na myśli choćby mistrzostwa Europy czy nieoficjalne mistrzostwa świata par. Dla tych imprez miejsce jest i niech one idą swoim torem. BSI wraz z władzami światowego żużla powinny szukać nowych lokalizacji, starać się organizować turnieje rotacyjnie, a przede wszystkim poszukać sponsorów, dzięki którym zwiększone zostaną honoraria dla zawodników. W tej chwili tylko najlepsi nie dopłacają do startów. A i tak dochodzi do rezygnacji z występów. Przykładem są Jason Crump, Tomek Gollob czy Emil Sajfutdinow. Ci trochę słabsi po kilku turniejach przestają z kolei inwestować w sprzęt i tylko odjeżdżają zawody. Do tego poszczególne turnieje muszą stać się łatwiej dostępne dla widzów. Chodzi o urealnienie cen biletów. I pomimo wszystko zmniejszyłbym liczbę turniejów do dziewięciu. Ale najważniejsze to dobór zawodników. Muszą jechać najlepsi z najlepszych, a nie ludzie z łapanki. Przecież danie po raz piąty dzikiej karty Chrisowi Harrisowi, czy ściągnięcie w ostatniej chwili do elity Troya Batchelora, to jest wielkie nieporozumienie.
- Wiele turniejów jest utrzymywanych przez polskie miasta, które chwilami płacą horrendalne stawki za licencję. Żużlowcy zaś są finansowani przez polskie kluby, które płaczą rzewnymi łzami, ale płacą najczęściej z zaciągniętych kredytów. Czy pana zdaniem ta sytuacja utrzyma się w kolejnych latach i nadal będziemy w żużlowym światku słyszeć, że problemu nie ma, bo Polacy rzucają kasą na prawo i lewo?
- Problemy już się pojawiły, bo obok samorządów i klubów byli jeszcze polscy sponsorzy, którzy wykładali spore pieniądze zawodnikom na promocję w Speedway Grand Prix. I wielu z tych sponsorów właśnie się wykruszyło. Myślę, że po turnieju w Bydgoszczy również nasze kluby z samorządami zaczną poważnie zastanawiać się, czy jest sens licytować się o organizację kolejnych turniejów. Jeśli ktoś będzie skłonny negocjować z BSI to już na bardziej realnych stawkach. A co do klubów, to eldorado powoli się kończy i już w przyszłym roku żużlowcy zaczną się dziwić, że działacze proponują im niższe stawki niż do tej pory. Uważam, że sens współpracy jest wtedy, kiedy wszystkie strony są zadowolone, a nie tylko jedna. Co z tego, że BSI wykiwało niektórych naszych działaczy czy prezydentów miast? Na krótką metę zarobiło, ale źródełko przez to może szybciej wyschnąć…
RB
Trzy pytania do Piotra Palucha, nowego (starego) trenera Gezet Stali Gorzów