2014-08-25, Renata Ochwat: Moje irytacje i fascynacje
Brawurowym „Fandango” Antonio Solera zakończyła się 12. edycja Muzyki w Raju. To było 27 koncertów w dziewięć dni. Ja i przemili znajomi już w drodze do miasta nad trzema rzekami zaczęliśmy się zastanawiać, co w trakcie najbliższych dni będziemy robić, bo jazda do Raju stała się naszym chwilowym sposobem na rzeczywistość.
To było dziewięć wspaniałych dni, kiedy leciałam rano do pracy, potem szybko do domu i w końcu do Raju. Ciągnęło mnie tam wszystko. Muzyka, klimat, ludzie poznani na chwilkę, szarlotka, stoisko z płytami z cudowną panią Elwirą, która potrafiła wyczarować płytkę z muzyką, której od dawna bezskutecznie szukałam spokój i kompetencja modus vivendi i modus operandi festiwalu, pana Cezarego Zycha. Ale przede wszystkim muzyka. Bo Raj, to barok i to taki barok, który jest mało znany, rzadko grywany, dla mnie cały czas odkrywany i słuchany w niemym zachwyceniu. No i trochę średniowiecznej muzy oraz odrobina renesansu. No czegóż chcieć więcej…
Ja do tej pory w Raju bywałam sporadycznie. Ot jakiś koncert czy dwa się wydarzyły w roku, bo ktoś z przemiłych wie, że bardzo, ale to bardzo lubię, więc zabierał. A tym razem dostałam karnet na całość. I tu kolejne wielkie dzięki panu Tadeuszowi Sienkiewiczowi, gorzowskiemu dilerowi Skody i jednocześnie jednemu ze sponsorów festiwalu, który mnie ten karnet darował. Bo rzadko się zdarza, albo po prawdzie nigdy, aby sponsor wydarzenia tak się zachowywał. Darował karnet komuś innemu. W tym wypadku mnie, zakręconej na punkcie muzyki bardzo. Nie znam motywów, ale za gest wielce wdzięczna jestem. Bo stanęłam na uszach oraz rzęsach i przy pomocy przemiłych znajomych udało mnie się dotrzeć na wszystkie koncerty, czyli dziewięć wieczorów po trzy sety każdy, co mnie osiołkowi matematycznemu (jak się okazuje w niezłym klubie jestem, bo ksiądz prałat Witold Andrzejewski też tak o sobie mówi – więcej o niezwykłym prałacie na naszej stronie głównej przeczytać można) daje 27 wydarzeń muzycznych, czyli coś około 30 godzin muzyki, bo koncerty bywały dłuższe niż afisz głosił, co i tylko bardzo dobrze dla mnie. To taki trochę maraton, ale jakiż przyjemny, bez morderczego wysiłku przynależnego sportowi.
Na ten festiwal docierali gorzowianie, niektórzy na wszystko, inni na część wydarzeń. I każdy chwalił, każdy się zachwycał, nawet ci, co rzadko lub prawie wcale baroku lub jeszcze starszej muzyki nie słuchają. Było cudnie.
I raz jeszcze panu Sienkiewiczowi dziękuję. Dziękuję także innym przemiłym, którzy sprawili, że bez większych kłopotów dane mi tam było być. Tu zwłaszcza Markowi Piechockiemu, mecenasowi Stanisławowi Żytkowskiemu i Ewie Serafinowskiej oraz jej bratu Adamowi. Spędziliśmy razem fajne chwile, takie mocno niepowtarzalne, jakie na zawsze zapadają w pamięć.
Ale Raj się skończył i pora wrócić do rzeczywistości, do codziennego oglądu świata i naszego nadwarciańskiego podwórka. A ono jakoś tak dziwnie wygląda, bo kampania wyborcza do fotela szeryfa już pędzi pełną parą. Ciągle ktoś coś obiecuje, ktoś mami mirażami. W nocy po Raju pożeglowałam po necie i trochę mnie to wszystko zastanawia. Analizę sytuacji uczynię sobie za czas jakiś, jak w mózgu uspokoją się barokowe nutki. Ale już widzę, że kolejny festiwal nam się szykuje, festiwal wyborczy. No cóż, przeżyjemy. Ale jak po tym przeżyciu będziemy wyglądać, to już inna sprawa.
A wracając do kultury, w mieście na siedmiu wzgórzach na razie cisza i spokój. Nic się nie dzieje, więc spokojnie można pójść do biblioteki i poczytać nowości. A w Winnym Grodzie, no cóż, hula Lato Muz Wszelakich, o czym przypomniał mi Mariusz, mój i nie tylko mój przemiły znajomy, z którym widuję się przy dużych wydarzeniach w mieście na siedmiu wzgórzach, a który dociera na nie w przedziwny sposób. Bo jak się coś dzieje, to wiadomo, że Mariusz musi być. I z reguły bywa. Ale czasami dotarcie z Winnego Grodu do Miasta nad Wartą, Kłodawką i Srebrną zajmuje mu wiele godzin. Bo Mariusz potrafi wynaleźć najbardziej nieprawdopodobne połączenie i jechać te około 110 km przez różne inne i odległe miejsca w Polsce, tym dziwnym kraju między dwoma rzekami z cezurą jednej, tej największej w środku. Oczywiście Mariusza spotkałam w Raju…
No tak, skończył się Raj, zacznie się labidzenie, choć może nie do końca, zobaczymy.
Gorzów ma tego pecha, że jak już się znajdzie na czołówkach ogólnych mediów, to zawsze za sprawą jakiejś katastrofy. No i dziś tak jest.