2018-01-19, Renata Ochwat: Moje irytacje i fascynacje
Kiedy wczoraj zaczęło sypać i wiać, strach padł na miasto. Strach dodatkowo podsycały komunikaty o zbliżającym się lodowatym orkanie. Zaczął się masowy exodus do własnych domów.
Jak już wiele razy mówiłam i pisałam, lubię zimę i chłód. Jak nagle zaczęło padać, znaczy śniegiem sypnęło, to na dzień dobry nie zauważyłam. Ale po chwili popatrzyłam za okno, a w pracy mam duże okno, więc wszystko wyglądało bajecznie. Pięknie i biało się zrobiło. Tylko ten wiatr mnie osobiście niepokoił. Z doświadczenia wiem, że jak pada i wieje, to wcale nie musi być dobrze. Parę razy przeżyłam coś takiego. Nawet jak byłam przygotowana, a zwykle na zimę jestem, to nie było to coś, co polecić mogę tym, co zimy w wersji hard nie lubią.
No i na chwilkę okazało się, że nie jest dobrze. Prognozy pogody podawane w Internecie tylko potęgowały niepokój. Bo były straszne. Orkan lodowy ponoć się miał do nas zbliżać. No i zaczął się exodus ludzieńków do domów. Bo jak wiadomo, takie chwile to najlepiej przeczekiwać we własnych pieleszach. Zrobiły się korki. Trudno było o czasie gdzieś dotrzeć. Ja musiałam być gdzie indziej niż w domu własnym. No i jak tam już byłam, to mnie w pewnym momencie zaskoczyła cisza. Przestało wiać i sypać śniegiem.
Ale jak wracałam do domu, to szło się źle. Chodniki pokryte śniegowo-wodną masą były niebezpieczne. Nie było właściwie służb, które posypywałby trotuary piaskiem lub popiołem – co dziwne nie jest, bo popiołów już być nie powinno. Szłam sobie ostrożniutko, bo o poślizg, zwłaszcza w płaskich butach nie jest trudno. A po co ma mnie ktoś z ziemi, i to mokrej zbierać? Nie lubię.
Kiedy już dotarłam do własnych pieleszy, to znów mnie naszła konstatacja, że jednak pogoda i jej zawirowania są największym wyzwaniem dla służb wszelakich. I jak sobie służby dobrze radzą w pogodę i to w miarę ciepłą, to w takie zawirowania, jednak niekoniecznie duże, to już nie. Bo zima jest wyzwaniem, gorące lato – co też bywają, i owszem także. Jak już coś zawiruje, to jest klęska i armagedon.
Nurtowała mnie jedna myśl, co będzie jak w nocy przyjdzie mróz. Ale ponieważ jestem zwolenniczką tezy, że co nie jest nazwane, zwyczajnie nie istnieje, więc dałam sobie spokój z próbą bycia Kasandrą. Niech więc będzie – na los szczęścia Baltazarze, co ma być. Zobaczymy zatem. Ale strach przed lodowym orkanem był i to wielki.
A teraz z drugiego kątka. Jak wiadomo, przynajmniej niektórym, z uporem maniaka – czego zresztą sama nie bardzo rozumiem – śledzę wątki miastowe pojawiające się w różnych tekstach kultury. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli gdzieś natrafię na nazwę miasta nad trzema rzekami zanotowaną w jakikolwiek sposób, to to zapisuję, analizuję i czasem o tym piszę.
Tym razem było tak. Zawiało mnie do książnicy. Poszłam tam pogadać o gabinecie Christy Wolf, który zostanie otwarty w Dzień Pamięci i Pojednania, czyli 30 stycznia tego roku. Poszłam też i po to, żeby pogadać z koleżankami bibliotekarkami, bo wielce szanowne to i ciekawe oraz jak dla mnie interesujące towarzystwo. Zawsze lubię. No i po ostatnie – żeby wymienić książki. No i jak stałam przy półce z nowościami, oko moje zahaczyło o kryminał – bo to rzeczywiście kryminał jest, czyli o książkę Katarzyny Rygiel „Ekspedycja Kolitz”. Już informacja na tyle okładki była zachęcająca, bo klasztor na Pomorzu Zachodnim, miejscowość Kolitz, trochę mnie znajomo brzmiało, fonetycznie znajomo. Wzięłam książkę. Oczywiście w domu sprawdziłam i wyszło, że jednak niedoukiem jestem. Bo Kolitz nic nie znaczy. Znaczy natomiast Kolbatz. Ale zaczęłam czytać i wyszło mi na to, że owo Kolitz to jednak Kolbatz, czyli Kołbacz po polsku. Licentia poetica autorki, zresztą z wykształcenia archeologa spowodowała, że nieco zmieniła nazwę, odrobinę lokalizację, ale poza tym wszystko się zgadza. Nawet o pięknej ceglanej rozecie w Kołbaczu jest, o Domu Konwersów – dziś bibliotece, też jest. Wszystko się zgadzało z Kołbaczem. No i się doczekałam. Na 36. stronie książki jest i wzmianka o mieście. Bo z Kolitz – Kolice można pojechać autobusem do miasta nad trzema rzekami, także do Szczecina i Myśliborza. Pada literalnie nazwa Gorzów Wielkopolski. Zatem kolejną książkę, kolejny trop do moich prywatnych studiów nad funkcjonowaniem miasta w różnych tekstach kultury dopisuję. Cóż, że jedno zdanie, jedna wzmianka. Ale jest. Znakiem dla mnie oczywistym jest, że autorka w Kołbaczu być musiała, bo z netu o połączeniu do miasta nad trzema rzekami raczej by się nie dowiedziała, zresztą sama jeszcze nie sprawdziłam, czy nadal funkcjonuje. Kolejny kamyk do mozaiki o mieście. No i super.
Dodam tylko jedno słowo, a właściwie apel. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkiego, co się ukazuje. Jeśli czytający złośliwce moje znają takie książki, gdzie nazwa miasta pada, a ja o nich nie wiem, wdzięczna bardzo będę za informację. A kryminał o Kolitz polecam. Dobrze się czyta. A info o książkach, filmach, clipach i innych tekstach kultury, gdzie pojawia się nazwa miasta, nawet jednym zdaniem, nawet dopiskiem, można słać na adres naszego portalu. Wdzięczna będę.
Ps. W mieście jest całkiem spory klub miłośników VW Garbusów. To takie autko, które wzrusza. Żuk, bo i tak o nim mówią, kiedyś marzenie, dziś wyzwanie. Sama znam wielu, którzy Garbusami jeździli, kilka razy mnie w podróże bliższe i dalsze nimi zabierali. I choć już dawno Żukiem nie jeżdżą, to jednak we wdzięcznej pamięci akurat to autko przechowują. Dlatego tylko informuję, że dziś przypada 40. rocznica, kiedy ostatecznie w niemieckim Emden zakończono produkcję Garbusów w Europie w wersji klasycznej. Produkcję przeniesiono do Meksyku, ale ostatecznie w 2003 roku i tam się wszystko skończyło. No i jaka szkoda i jaki żal. Ja lubię…. Garbusy lubię, choć prawa jazdy nie mam.
Gorzów ma tego pecha, że jak już się znajdzie na czołówkach ogólnych mediów, to zawsze za sprawą jakiejś katastrofy. No i dziś tak jest.