2018-11-19, Renata Ochwat: Moje irytacje i fascynacje
No i jaki pech. Pół roku nie padało, a wczoraj musiało i to w momencie, kiedy do polskiego chodzonego stawali goście koncertu familijnego. Ale dali radę i poloneza na Placu Sztuk odtańczyli.
Siąpić zaczęło na kilka minut przed 13.00. No i szlag jasny, co było robić? Koncert miał się ku końcowi, dwie pary z Małych Gorzowiaków w kostiumach, sprzęt przygotowany. Krótka decyzja – tańczymy. Przecież Polacy to twardy naród. Zsyłki na Sybir przeżyli, kilka wojen wygrali, poradzili sobie z komuną, to smarkatej mżawki się przestraszą? No nie.
Bo poloneza mieli zatańczyć goście po koncercie familijnym 100 lat Polsko! w FG, ale na zewnątrz, na Placu Sztuk.
Krótka decyzja – idziemy w chodzonego. Na zewnątrz krokiem poloneza idą dwie pary w kostiumach. Taniec się zaczyna. Jako pierwsza przyłącza się Asia z córeczką Agatką. Trochę trwa, ale i inni też idą w poloneza. Mżawka litościwie odpuszcza. W chodzonym idzie kilkadziesiąt osób, dorosłych, mniej dorosłych oraz małych i maleńkich. Taniec się rozwija, zabawa robi się całkiem, całkiem.
Może niezbyt dużo osób się przyłączyło, może inni się wstydzili, ale ci, co w poloneza poszli, bardzo byli zadowoleni.
W tak bardzo inny sposób gorzowianie uczcili kolejny raz 100-lecie niepodległości. Nie było nadęcie, było radośnie, bo koncert w przygotowaniu i wykonaniu gorzowskich szkół muzycznych pod niezrównanym kierownictwem Anetty Rajewskiej i Michała Grabowskiego, absolutnie nadęty nie był. Był raczej bardzo niezwykły, bo życzono Polsce 100, 200, 400, 600 a nawet tysiąca kolejnych lat. Bo zabrzmiała przepiękna piosenka „Warszawo ma” (brawo Julka Bury), bo w końcu pojechał Czerwony Autobus i zakukała Kukułeczka. A duzi, znaczy rodzice, dowiedzieli się, że pies marszałka Józefa Piłsudskiego miał na imię po prostu… Pies.
A potem był ten polonez. Ja uważam, że z sukcesem zatańczony. Bo jednak trochę osób do niego stanęło. Uczciwie mówiąc, pomysł został zgapiony z Krakowa, gdzie w ubiegłym roku do chodzonego na Starym Rynku poszło kilkuset mieszkańców miasta Smoka Wawelskiego, no i kilku, OK, kilkunastu polskich królów też, żeby być sprawiedliwym.
Ci, którzy w chodzonego w Gorzowie poszli, mogą czuć się bardzo specjalnie. Raz bowiem na stulecie tańczy się poloneza przy Filharmonii Gorzowskiej. Raz na stulecie. Jak już mówiłam, prowadzili tancerze z Zespołu Tańca Ludowego Mali Gorzowiacy, gorzowianie zatańczyli do poloneza Józefa Elsnera „W starym zamku”. Potem jeszcze tancerze dzielnie pozowali do zdjęć z tymi, którzy za nimi w chodzonym poszli.
Dzięki wielkie Małym Gorzowiakom, pani Marii Szupiluk za współpracę. Sami tancerze na wieść, że trochę wody pada z nieba, stwierdzili, że dadzą radę. I dali, i to jak.
A kto do poloneza nie stanął, niech zwyczajnie żałuje. Raz bowiem na sto lat się poloneza na Placu Sztuk tańcuje.
A ja tam byłam, z mikrofonem zapraszałam do tańca i sama dlatego zatańczyć nie mogłam. Choć po prawdzie ja i taniec to pojęcia kompletnie niestyczne. I tak kolejny raz w życiu nie udało mnie się chodzonego przejść. Bo jako bardzo nieliczny ludek w tym kraju nie byłam na swojej studniówce. Wówczas wybrałam latanie z mapami po lesie, a tym razem przyszło mi zapraszać do chodzonego. I chyba już więcej w życiu mnie się okazja do przejścia poloneza nie przytrafi. No cóż, bywa.
Gorzów ma tego pecha, że jak już się znajdzie na czołówkach ogólnych mediów, to zawsze za sprawą jakiejś katastrofy. No i dziś tak jest.