Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Na szlaku »
Aureli, Kamila, Kleofasa , 25 września 2022

Szlak do Wolności, czyli o szlaku kurierów Solidarności

2022-08-20, Na szlaku

Mija 35 lat od słynnego spotkania polskich i czechosłowackich opozycjonistów na Borówkowej Górze w pobliżu Lądka Zdrój.

medium_news_header_34485.jpg
Mija właśnie 35 lat od słynnego spotkania opozycjonistów z Polski i Czechosłowacji na Borówkowej Górze Fot. Robert Borowy

Borówkowa Góra to bardzo sympatyczne z turystycznego punktu widzenia miejsce na wysokości 900 m n.p.m w Górach Złotych. Jest to szczyt na samej granicy polsko-czeskiej, do którego można dojść wyznaczonymi szlakami z Przełęczy Lądeckiej ze strony Lądka-Zdrój. Na szczycie znajduje się wybudowana przez Czechów 126 lat wieża widokowa, z którego roztacza się szeroka panorama na Ziemię Kłodzką po polskiej stronie, a po czeskiej na Morawy i Śląsk. Trzeba przyznać, że widoki są piękne.

Nie tylko widoki, jak i spacer niemal przez cały czas wzdłuż leśnej granicy polsko-czeskiej przyciągają do Borówkowej Góry turystów. Jest to bowiem wyjątkowe miejsce w historii polskiej i czechosłowackiej opozycji walczącej pod koniec lat 80. z władzą komunistyczną. To w tym miejscu 21 sierpnia 1987 roku spotkali się przedstawiciele opozycji demokratycznej z obu krajów. O historii tego spotkania świadczy jego opis zamieszczony na tablicy na samym szczycie. Autorem wspomnień jest Mietek Piotrowski ,,Dučin’’, przewodnik turystyczny, opozycjonista.

,, Cześć :) Witam na Borówkowej Górze, miejscu pierwszego, po stanie wojennym, dużego spotkania przedstawicieli opozycji demokratycznej z Polski i Czechosłowacji. Ich kontakty zostały zainicjowane już w latach 70. XX wieku przez środowiska KSS KOR i Karty 77. W nawiązaniu do tej tradycji i inspirowany Przesłaniem l Zjazdu Delegatów NSZZ Solidarność, Mirek Jasiński wraz z grupą przyjaciół jesienią 1981 roku założył we Wrocławiu tajną organizację o nazwie Solidarność Polsko-Czeska a działacze wywodzący się z opozycji przedsierpniowej wsparli ją konspiracyjną umową o wzajemnej współpracy. Ta tajność procentowała w nocy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, i większość osób zaangażowanych w struktury SPCzS uniknęła internowania i zajęła się odtwarzaniem zerwanych kontaktów...

Wystarczy tej historii. Doczytasz w innym miejscu, a teraz słów kilka o samym spotkaniu z 21 sierpnia 1987 roku. Dzień był piękny. Logistycznie wszystko dopięte, włącznie z blachą przewodnicką na piersi i zleceniem na spacer kuracjuszy z Lądka na Borówkową w kieszeni. Samochody zostawiliśmy w Wojtówce i w dwóch grupach podążaliśmy do kapliczki we Wrzosówce. Trochę mnie zmroził widok zmotoryzowanego podoficera WOP-u, który po wylegitymowaniu mnie, Mirka i Zbyszka Janasa postanowił zaczekać z nami na resztę „kuracjuszy”.

Danusia Winiarska nie wzbudziła żadnych podejrzeń. Bezrobotny Janek Lityński wykpił się stwierdzeniem, że jest rencistą, co zważywszy jego mikrą posturę, było tłumaczeniem całkiem wiarygodnym. Zbyszek Bujak, po krótkim wertowaniu kapownika dzielnego wopisty, został potraktowany pytaniem czy jest bratem Janusza (sic!). Jako żywo w tamtych czasach każdy Bujak mógł się spodziewać pytania o związki rodzinne ze Zbigniewem, ale nie w tym przypadku. Sprytnie zachował się Józek Pinior podając nie dowód, tylko legitymację z KUL-u. „O widzicie państwo, pan Pinior, to przynajmniej jest studentem!" wykrzyknął rozradowany plutonowy.

A mnie już chodziły ciarki po plecach i na przemian czułem, że zimne i gorące poty mnie zalewają, bo właśnie legitymował się ostatni „kuracjusz” z naszej grupy. „Jacek Kuroń... Jacek Kuroń... nazwisko pana nie jest mi obce, a tu widzę, że pan również nie jest nigdzie zatrudniony...”. I wtedy Jacek ozwał się swoim, jakże charakterystycznym głosem „Jak to nigdzie nie pracuję!? Ja, proszę pana jestem publicystą!”. I tu postrzegłem iluminację na twarzy funkcjonariusza: „No oczywiście! Ja pana znam, znam pana z... Dziennika Telewizyjnego!” (sic!)... No cóż, plutonowy dobrze słyszał dzwonienie, jeno kościół mu się co nie co pomylił.

Nasi przyjaciele przyszli spóźnieni... Tak ze trzy kwadranse... Havel witając się z Kuroniem z radością obwieścił: „My w Czechosłowacji dobrze wiemy, że w Polsce sierpień jest tym miesiącem, kiedy wcale nie pije się alkoholu, dlatego nie zabraliśmy ze sobą nawet jednej butelki piwa...”. Na szczęście Jacek, na moich plecach, wniósł na szczyt pięciolitrowy „termos”, jakże rozpopularyzowany w jego ministerialnych czasach... i tak uniknęliśmy poważnego konfliktu w „międzynarodówce dysydentów”...’’

RB

X

Napisz do nas!

wpisz kod z obrazka

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x