więcej
Echogorzowa logo

wiadomości z Gorzowa Wlkp., publicystyka, sport, żużel, felietony, blogi

Jesteś tutaj » Home » Żużel »
Bonifacego, Julity, Macieja , 14 maja 2021

Prezes, który na widok żużlowców zamykał oczy

2021-01-12, Żużel

Ponad dwa lata temu środowisko sportowe Stali Gorzów pożegnało Janusza Nasińskiego, dwukrotnego prezesa tego klubu.

medium_news_header_23359.jpg
Janusz Nasiński w towarzystwie legendarnej, również nieżyjącej już Ireny Szewińskiej Fot. archiwum

Janusz Nasiński pochodził z Chorzowa, w którym to urodził się 6 września 1935 roku. Tam mieszkał do chwili zdania matury, po czym wyjechał do Krakowa na studia. Od dzieciństwa kochał sport, grał w piłkę i boksował. Po studiach w 1957 roku przyjechał do Gorzowa, gdzie rozpoczął pracę jako kierownik odlewni w Zakładach Mechanicznych ,,Gorzów’’. Potem został dyrektorem oddziału zakładu w Sulęcinie, a po powrocie mianowano go na zastępcę dyrektora ds. osobowych.

Działalność w klubie rozpoczął w 1961 roku od kierowania sekcją bokserską. Pomagał mu Eugeniusz Kwiatkowski.

- Mecze rozgrywaliśmy w różnych salach, ale najczęściej w Metalowcu przy ul. Wawrzyniaka – wspominał Janusz Nasiński przed niespełna czterema laty w rozmowie z niżej podpisanym na potrzeby przygotowywanej wówczas książki z okazji 70-lecia Stali Gorzów. – W dniach meczowych zajmowałem się ustawianiem krzesełek dla kibiców, najczęściej pomagała mi w tym żona. Byłem odpowiedzialny zresztą za wszystkie inne sprawy, nawet za sprawdzenie poziomu naciągnięcia lin w ringu. Chętnych do pracy w sekcji za bardzo nie było, bo to zabierało mnóstwo czasu i nie przynosiło żadnych korzyści – tłumaczył.

Działał również w sekcji brydża sportowego, będąc jednym z zawodników. W następnych latach był wiceprezesem klubu i dwukrotnie prezesem. Pierwszym razem w latach 1979-86, drugim 1988-91. W tym czasie bardzo zaangażował się w rozwój żużla, choć nie było to takie proste, gdyż po latach sukcesów przyszedł trudniejszy czas. W 1981 roku chciał on założyć w klubie filię sekcji w… Poznaniu, a wiązało się to z faktem, że w tym mieście żużlowcy Stali rozgrywali swoje mecze ze względu na remont stadionu przy ul. Śląskiej.

- Kiedy okazało się, że nie zdołamy w Gorzowie dokończyć remontu stadionu, z którym ruszyliśmy pod koniec 1980 roku, zdecydowaliśmy się porozumieć z działaczami Olimpii Poznań, którzy zarządzali stadionem w Golęcinie – opowiadał. - Tor znajdował się w fatalnym stanie, ale pod czujnym okiem naszego toromistrza, najlepszego w historii chyba całego żużla Stefana Kwaśnego gospodarze doprowadził go do znakomitego stanu. Poznańscy działaczy zajęli się też modernizacją stadionu i zrobili naprawdę dużo, żeby optymalnie przygotować obiekt. Współpraca była wzorcowa i kiedyś tak zaczęliśmy rozmawiać o powołaniu sekcji w Poznaniu. Zwłaszcza, że w naszej szkółce zawsze było wielu utalentowanych chłopaków, którzy jednak nie mieli możliwości przebicia się do pierwszego składu. Dogadaliśmy się nawet w ten sposób, że każdy kto się wybije będzie wracał do Stali – podkreślił.

Na przeszkodzie w realizacji tego ambitnego celu stanął… stan wojenny. Do tego Olimpia była milicyjnym klubem i nikt nie miał już głowy do realizacji tego ciekawego pomysłu. Szkoda, bo chęci były wielkie, zainteresowanie meczami stalowców w Poznaniu bardzo duże, co świadczyło o sporym potencjale.

Za kadencji Janusza Nasińskiego nasi żużlowcy wywalczyli kilkadziesiąt medali mistrzostw Polski, były też medale mistrzostw świata wywalczone przez Edwarda Jancarza i Jerzego Rembasa.

Janusz Nasiński do ostatnich swoich dni kibicował naszym żużlowcom. Ze względu na podeszły już wiek i szwankujące zdrowie nie na każdym meczu mógł być, ale na kilku wybranych w sezonie. I pozytywnie oceniał obecną atmosferę panująca na stadionie.

- Czuję się dobrze na stadionie, bardzo podoba mi się atmosfera, zachowanie kibiców. Takich widowisk kiedyś brakowało. Cieszę się również, że ten sport na tyle rozwinął się w mieście, że jest jego wizytówką. Co do samej jazdy to muszę przyznać, że z dawnych lat pozostała mi jedna rzecz. Kiedy żużlowcy wchodzą w pierwszy łuk zamykam oczy. Naoglądałem się tylu w życiu wypadków w tym pierwszym łuku, że już nie chcę więcej ich widzieć. Wypadek na torze żużlowym dla wielu oglądających jest tylko smutnym zdarzeniem. Ale dla samego zawodnika, jego rodziny oraz działaczy to często wiele tygodni a bywa, że miesięcy pracy w powrocie do pełni zdrowia.  Nie zliczę ile wizyt w szpitalach miałem, ile trzeba było załatwiać różnych rzeczy, żeby pomóż takiemu chłopakowi czy jego rodzinie… – tak mówił w ostatniej rozmowie na początku 2017 roku.

Robert Borowy

X

Napisz do nas!

W celu zapewnienia poprawnego działania, a także w celach statystycznych i na potrzeby wtyczek portali społecznościowych, serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając z serwisu wyrażasz zgodę na przechowywanie cookies na Twoim komputerze. Zasady dotyczące obsługi cookies można w dowolnej chwili zmienić w ustawieniach przeglądarki.
Zrozumiałem, nie pokazuj ponownie tego okna.
x